Przez pół roku prokuratura nie wykorzystała tych informacji. Gdyby nadała im bieg, obraz śledztwa byłby dziś zupełnie inny. Jeśli rzeczywiście karetki zabrały z miejsca katastrofy rannych, w jakim celu ukrywano fakt ich przeżycia? "Na pytanie: czy prokuratura zweryfikowała te informacje – płk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie, nie odpowiedział” - czytamy w "GP". Dziennikarze tygodnika przekonują, że zeznania funkcjonariusza BOR o trzech karetkach wpisują się w komunikat polskiego MSZ po tragedii, że trzy osoby przeżyły, lecz są ranne. Informację o rannych w smoleńskiej katastrofie podał, za Reuterem, rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Piotr Paszkowski. - Jeśli informacje te zostałyby zweryfikowane, uprawdopodobniłyby hipotezę zamachu. Karetki nie zabierają zmarłych. Ponadto ciał zmarłych nie przewozi się na sygnale. W tych karetkach, które odjechały na sygnale, musieli znajdować się ranni, prawdopodobnie z prezydenckiego samolotu. Jeśli tak było, kim byli i co się z nimi stało? A przede wszystkim dlaczego ten fakt ukryto? - czytamy w tygodniku.

Według dziennikarzy, w Agencji Wywiadu znajdują się trzy notatki z rozmów polskich wywiadowców z Rosjanami, którzy byli na miejscu katastrofy, i którzy słyszeli ludzkie krzyki i wystrzały. Gazeta przypomina, że na filmie nakręconym przez amatora tuż po katastrofie słychać strzały. Fakt ten potwierdzać mają słowa Rosjan z rozmowy z polskimi wywiadowcami. - Dlaczego w przypadku przeżycia rannych jednych miano by dobijać, jak spekulują niektórzy, innych zabierać karetkami? Odpowiedź dałaby identyfikacja osób, które znajdowały się w karetkach - piszą dziennikarze "Gazety Polskiej" i dodają, że rosyjscy śledczy „twierdzili, że wszyscy pasażerowie polskiego Tu-154 M 101 zginęli jednocześnie". - Właśnie ta zagadkowa śmierć na miejscu wszystkich 96 pasażerów, stan ciał i niewyobrażalne zniszczenie samolotu po upadku z zaledwie kilku metrów z lotu poziomego przy minimalnej prędkości wydają się ekspertom niezrozumiałe. Według MAK, nie było ani jednego rannego, który zmarłby po godzinie czy dwóch - pisze "GP".

"Nasz Dziennik" ujawnił w lipcu, że co najmniej jedna osoba mogła przeżyć katastrofę smoleńską. Według gazety, ze stenogramu moskiewskiego komitetu MAK wynika, że uderzenie prezydenckiego tupolewa o ziemię nastąpiło dokładnie o 8.41.05 czasu polskiego. Tymczasem w dokumentacji medycznej sporządzanej przez rosyjskich patomorfologów czas zgonu co najmniej jednej ofiary określony jest na godz. 8.50 do 9.00 czasu polskiego. - Co działo się w tym czasie, przez 19 minut? - pytają dziennikarze.

Ł.A/Gazeta Polska

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »