Francis Fukuyama nazwał tę ideę „najniebezpieczniejszą we współczesnym świecie”. Wśród jej krzewicieli znajdziemy naukowców i pisarzy SF, zapalonych miłośników gier on-line, zawodowych futurologów, domorosłych wynalazców, których łączy przekonanie, że czas ludzkości w jej dotychczasowej formie nieodwołalnie się kończy. Transhumanizm, o którym mowa, sięga korzeniami późnych lat 70., kiedy to szybko rosnąca moc komputerów wzbudziła falę spekulacji na temat granicy ich możliwości, prawdopodobieństwa powstania myślących maszyn i szybkiego zatarcia granicy między człowiekiem a maszyną. Szczególnym przypadkiem transhumanizmu jest ruch AAI (Apocalyptic AI), który doczekał się swojej szczegółowej i efektownej analizy w książce Roberta M. Geraci Apocalyptic AI: Visions of heaven in robotics, artificial intelligence, and virtual reality (2010, Apokaliptyczna SI: wizje nieba w robotyce, sztuczna inteligencja i rzeczywistość wirtualna).
Niesforne dzieci Turinga
Termin „artificial intelligence” (AI) ukuty został w roku 1955 przez amerykańskiego naukowca Johna McCarthy’ego (1927-2011). Ten niesłychanie utalentowany i przez całe życie nieodmiennie optymistyczny badacz był m.in. nauczycielem Marvina Minsky’ego, wielkim entuzjastą Internetu i propagatorem matematyki. Już w latach 60. XX wieku proponował rozwiązania, które wówczas uznano za nazbyt rewolucyjne, a które wprowadzono do użytku w wieku XXI – jak choćby przechowywanie danych w chmurze (cloud computing) czy tworzenie rozproszonych sieci komputerowych pracujących nad jednym zadaniem. Jego koncepcje grubo wyprzedziły wyobraźnię pisarzy SF, bo w literaturze fantastycznej o sztucznej inteligencji wedle rozumienia McCarthy’ego pierwszy wspomniał dopiero w roku 1973 Gardner Dozois. Było to opowiadanie Chains of the Sea, w którym Sztuczne Inteligencje z systemów obrony strategicznej – amerykańska i sowiecka – „rozmawiają” ze sobą w obliczu zagrożenia inwazją z kosmosu.
Bez wątpienia gigantyczny rozgłos pojęcie SI zyskało dzięki Williamowi Gibsonowi – w jego niezwykle popularnej trylogii (Neuromancer, Graf Zero, Mona Liza Turbo) jednym z głównych bohaterów jest twór zwany Neuromancer/Wintermute – sztuczna inteligencja, która wykracza już poza ramy definicji Johna McCarthy’ego. Ten ostatni bowiem – podobnie jak jego mistrz Alan Turing – mówił tylko o maszynach udających, naśladujących czy odtwarzających zachowania, które można uznać za inteligentne. U Gibsona (i innych pisarzy SF) mamy już istoty, które naprawdę zyskują własną świadomość i obdarzone są własną wolą. To nowa twarz dobrze znanego z klasyki SF motywu „buntu maszyn”.
Transhumanizm oraz posthumanizm włącza do powyższego równania istotę ludzką. Idzie o przekształcenie naszych organizmów przy pomocy biotechnologii i nanotechnologii, a nawet dokonanie fuzji między światem cybernetycznym i biologicznym. „Transhuman” czy „posthuman” będzie dzięki temu dysponował możliwościami tak dalece przewyższającymi nasze obecne stadium rozwoju, że stanie się istotą nowego rodzaju. Już nie człowiekiem – kimś/czymś więcej. Jak twierdzi Cory Doctorow, kanadyjski pisarz SF, „We’ll upload, we’ll transcend, we will be posthuman, better than human, multifarious and faster” (magazyn „Locus” 63-64/2005).
Ciało to tylko mięso
Case, jeden z głównych bohaterów Neuromancera, nie krył pogardy dla „mięsa”. Mięso to ciało, ciało to kotwica, zbędny bagaż, kawał bebechów, który przykuwa nas do ponurej rzeczywistości futurystycznego techno-noir. Case wolny był w cyberprzestrzeni, płynąc w strumieniu danych, oderwany od swej śmiertelnej powłoki. Ta emocja leży u podstaw ruchu transhumanistycznego.
W argumentację naukową ubrało ją trio teoretyków: Marvin Minsky, Ray Kurzweil i Hans Moravec. Marvin Minsky zajmował się Sztuczną Inteligencją już w latach 60. XX wieku. Szczególnie interesował go rozwój i ograniczenia sieci neuronowych, ale był aktywny także jako programista, współtworzył język LOGO, stworzył współogniskowy mikroskop skaningowy i znalazł nawet czas na napisanie wraz z Harrym Harrisonem powieści science fiction Opcja Turinga (1992, polskie wydanie 1999). Bohater tej książki wykonuje wielki krok w kierunku zostania istotą post-ludzką: ciężki uraz głowy, którego doświadczył, sprawia, że by uratować mu życie naukowcy rekonstruują jego mózg, używając implantów komputerowych i reprogramując nerwy. Ray Kurzweil, pisarz, wynalazca i futurysta, jest w USA uważany za jednego z głównych rzeczników ruchu transhuman. Kurzweil to prawdziwa fontanna pomysłów, z których większość zasługuje na uznanie. Rozwija technologie komputerowe pomagające w komunikowaniu się ze światem osobom ślepym i dotkniętym dysleksją, programy wspomagające uczenie, rozpoznawanie mowy, a nawet... piszące wiersze. Jego firma opracowała „cybernetycznego pacjenta” – interaktywny program komputerowy dla lekarzy.
Jednocześnie jest gorącym zwolennikiem szerokiego zastosowania nanotechnologii i uważa ją na najlepszą metodę zintegrowania ludzkiego mózgu z komputerem. Do jego najbardziej kontrowersyjnych pomysłów należy odtworzenie własnego ojca. Jak opowiadał w wywiadzie dla „Rolling Stone” w 2009 roku, chciałby pobrać próbkę DNA z ekshumowanego ciała, następnie stworzyć klon, którego następnie wyposażyłby we wspomnienia i umiejętności ojca (te zaś z kolei zamierza odzyskać z... własnego mózgu). Na tym nie koniec – wraz z Terrym Grossmanem, samozwańczym specjalistą od „medycyny alternatywnej”, pracuje nad stworzeniem diety z pigułek, dzięki której żył będzie wiecznie, ale na śmierć ciała także jest przygotowany – w takim przypadku życzy sobie być zamrożonym tak długo, aż postęp nauki pozwoli go ożywić.
Wedle Kurzweila do roku 2050 rozwój nauki sprawi, że skokowo wydłuży się długość ludzkiego życia (dzięki nanobotom), twierdzi on także, że w ciągu najbliższych dwóch dekad powstanie Sztuczna Inteligencja która nie tylko będzie od człowieka mądrzejsza i sprawniejsza, ale także będzie kierować się zasadami etycznymi (na jakiej podstawie – nie bardzo wiadomo). Maszyny więc będą stawać się coraz bardziej ludzkie, a ludzie coraz bardziej cybernetyczni.
Cyfrowe wskrzeszenie
Jest wreszcie trzeci – i najdziwniejszy – prorok transhumanizmu: Hans Moravec, który w eseju opublikowanym w 1978 roku prawdopodobnie jako pierwszy na serio postawił tezę, że rozwój technologii cyfrowych doprowadzi do czegoś, co można nazwać „cyfrowym wskrzeszeniem”. „Społeczeństwo maszyn może, a dla własnej korzyści nawet powinno, przejąć od ludzi wszystko co ważne, włączając w to informacje z naszych umysłów oraz genów. Wtedy prawdziwie ludzkie istoty oraz cała ludzkość mogłyby być – w sprzyjających okolicznościach – odtworzona” – pisał Moravec.
Z kolei w roku 1992 Moravec wysunął tezę, że Sztuczna Inteligencja ewoluująca w cyberprzestrzeni potrafiłaby symulować niemal dowolną liczbę cyfrowych umysłów, przy pomocy których mogłaby odtwarzać całą historię ludzkości, poniekąd „odgrywać ją” ponownie, tak jak lemowski doktor Corcoran odgrywał z taśm wrażenia symulujące rzeczywistość swoim pacjentom zamkniętym w skrzyniach (cyberpunkowcy pamiętają, że i Stanisław Lem był jednym z pionierów virtual reality). A skoro tak, to Moravec idzie jeszcze dalej – jego zdaniem rzeczywistość, która otacza nas w tej chwili, być może (a nawet, jak pisze „almost certainly is”) nigdy fizycznie nie zaistniała i jest całkowicie sztucznym doświadczeniem, którego doświadczamy wewnątrz SI.
Religia wirtualu
Robert Geraci w swojej przywołanej już książce analizuje fenomen transhumanizmu jako religię, i ma w tym sporo racji. To rodzaj naukowego wyznania, ze swoimi prorokami (powyżej opisałem część z nich), ze swoimi dogmatami (o wyższości sztucznego i cyfrowego nad materialnym i ułomnym), ze swoim credo (wyznaniem wiary w nieskończone możliwości rozwoju technologii). To połączenie cyfrowego New Age z dobrymi, starymi millenarystycznymi koncepcjami – ale istotnym uzupełnieniem. Królestwo Boże nadejdzie, ale Bóg nie będzie miał z tym wiele wspólnego. Duch objawi się w maszynie, duch pochwyci nas, byśmy jako inne duchy wiedli z nim Życie wieczne we wnętrzu Maszyny.
Ideowym fundamentem Apocalyptic AI jest bowiem nie tylko założenie, że w najbliższej przyszłości uda się stworzyć sztuczną inteligencję przewyższającą ludzki umysł (co samo w sobie będzie oznaczało historyczny przełom). Idzie także o to, że postęp technologiczny umożliwi skopiowanie ludzkiej świadomości do świata wirtualnego i w ten sposób uzyskanie nieśmiertelności.

Według ruchu AAI zbawienie człowieka to wyzwolenie go z niewoli biologii i zintegrowanie jego umysłu z inteligentnymi maszynami przyszłości. Świat fizyczny jest bowiem zły i ułomny – tylko przejście do świata wirtualnego pozwoli ludzkości przejście na nowy, wyższy poziom rozwoju. Cyberprzestrzeń zaś zaspokoi wszelkie ludzkie potrzeby i być może, oprócz nieśmiertelności, zapewni możliwość wskrzeszania umarłych – raz zapisany umysł będzie przecież można ponownie przetransferować do nowego ciała.
Ta ostatnia koncepcja od kilkunastu lat eksplorowana jest zresztą coraz śmielej przez pisarzy science fiction – w Polsce znamy choćby powieści fantastyczne Charlesa Strossa, w których masowo „przepakowuje” się ludzkie osobowości do innych powłok.
Dzieci Marksa i komputera
Warto jednak zwrócić uwagę na rzecz jeszcze jedną – zwolennicy AAI są nie tylko dziećmi scjentyzmu Wellsa, uczniami Turinga i Minsky’ego i fanami cyberprzestrzeni wymyślonej przez Williama Gibsona. Ich niezachwiana wiara w postęp pochodzi wprost z prac Marksa i Hegla, przekonani są bowiem, że porzucenie przez ludzkość ciał na rzecz wnętrza maszyny jest kolejnym logicznym i naukowym etapem rozwoju naszego gatunku, czymś na kształt cyberdarwinizmu.
Marksizm jako niebezpieczna forma świeckiego proletariackiego milenaryzmu doczekał się odrębnych analiz. Gnostyckie i apokaliptyczne korzenie nazizmu (Mein Kampf Adolfa Hitlera jest księgą wręcz przepełnioną duchem apokalipsy) także nie uszły uwadze badaczy. Komunizm i nazizm próbowały przecież zwulgaryzowanymi formami pseudoreligijnymi zastąpić chrześcijaństwo, przejmując jednocześnie od niego utopijną koncepcję nastania nowego, lepszego świata jeszcze za życia wyznawców (nie bez powodu Mircea Eliade uznawał marksizm za milenaryzm).
W ślad za piękną teorią poszła ponura praktyka – obydwa systemy totalitarne uznały za rzecz zupełnie naturalną, że w drodze do Nowego Lepszego Świata trzeba będzie wygubić miliony istnień ludzkich. Cele imperiów Stalina i Hitlera były podobne – położenie raz na zawsze kresu staremu porządkowi i zastąpienie go nowym, lepszym: Tysiącletnią Rzeszą lub doczesnym rajem komunizmu.
W przypadku transhumanizmu rzecz wydaje się wręcz bliźniaczo podobna – oto jeszcze za życia naszego, lub najdalej naszych dzieci, oczekiwać mamy nastania nowego, lepszego cyberświata, do którego wstąpimy pod warunkiem całkowitego wyzbycia się starej, przestarzałej, niepotrzebnej biologicznej formy – ciała. Nie będzie to wniebowzięcie, lecz wkomputerowzięcię, ale efekt przynieść ma podobny – wyzwolenie od trosk, wieczną szczęśliwość i życie wieczne. Co z tymi, którzy wskutek niedoskonałości techniki nie przeżyją rytuału przejścia – cóż, idę o zakład, że transhumaniści uznają je za niezbędne ofiary postępu, tak jak komuniści uczynili to z całymi społecznymi klasami, a naziści – z narodami podludzi.
Wracając do Fukuyamy
W 2004 roku na łamach „Foreign Policy” Francis Fukuyama pisał: „Kuszące jest zlekceważenie transhumanistów jako przedstawicieli dziwacznego kultu niczego ponad science fiction traktowaną zbyt poważnie”. Ale zaraz potem poważnie przestrzegał: czy zdajemy sobie sprawę z tego, co naprawdę oznacza próba wyzwolenia ludzkości z więzów biologii?
Swoje rozważania autor słynnego Końca historii rozwinął w wydanej i u nas książce Koniec człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej (2002, wyd. polskie 2004). Jego zdaniem nie ulega wątpliwości, że wolność i równość jednostek są dziś zagrożone wskutek fetyszyzowania przejścia do stanu „poczłowieczego” (polskie tłumaczenie terminu „posthuman”). Tam, gdzie entuzjaści transhumanizmu widzą jasną drogę do lepszej przyszłości, Fukuyama przestrzega przed eugeniką w majestacie prawa. Tam, gdzie wyznawcy Moraveca zachłystują się cybernetyczną równością, on wskazuje, że jest to najszybsza droga ku stworzeniu nowych nierówności, trudno bowiem wyobrazić sobie, by cyberrewolucja, czy przejście do stanu „poczłowieczego” odbyło się we wszystkich zakątkach świata i we wszystkich społeczeństwach jednocześnie. Raczej czekałby nas podział na nielicznych „ulepszonych” i „upośledzoną” resztę. Skąd przekonanie, że „ulepszeni”, wyzwoleni z więzów ciała i tradycyjnej moralności, mieliby dla „upośledzonych” coś więcej prócz pogardy i odrazy? Skoro już dziś dla fanów cyberpunku „ciało to tylko mięso”, jakże oczekiwać szacunku i zrozumienia dla ludzi od tych, którzy swą przyszłość wiążą z wnętrzem Maszyny?
„Wielu ludzi uważa, że poczłowieczy świat będzie wyglądał podobnie jak nasz – będzie wolny, równy, bogaty, opiekuńczy i współczujący – lecz my będziemy dysponować lepszą opieką zdrowotną, będziemy dłużej żyć i być może będziemy inteligentniejsi. Poczłowieczy świat może być jednak o wiele bardziej zhierarchizowany i nastawiony na rywalizację niż obecny – przez to zaś pełen konfliktów społecznych. Może być światem, w którym pojęcie „wspólnego człowieczeństwa” zatraci swój sens” – przestrzega Fukuyama. „Nie musimy postrzegać siebie jako niewolników nieuchronnego postępu technicznego, jeżeli postęp ten nie służy ludzkim celom. Prawdziwa wolność oznacza wolność społeczności do chronienia tych wartości, które uważają za najważniejsze”.
Czytajmy uważnie manifesty transhumanistów, posthumanistów i wyznawców Apocalyptic Artificial Intelligence. Wieczna młodość. Wieczne zdrowie. Nieograniczone możliwości. „Będziecie jako bogowie”. „Na pewno nie umrzecie”. Czas, by rodzaj ludzki powrócił do poszukiwania prawdziwego znaczenia tych ostatnich słów tam, skąd pochodzą – w Księdze Rodzaju.
Piotr Gociek
Tekst ukazał się w najnowszym, 64, numerze kwartalnika Fronda.

