Fronda.pl: Pana przerwa w pisaniu wierszy trwała prawie 20 lat, teraz jeden po drugim pojawiają się tomiki wierszy. Skąd ta zmiana?
Jan Polkowski*: Piszę znowu od trzech lat i udało mi się z tego wykroić dwa tomy, Cantus (A5) i Cień (Znak). Skąd zmiana? Nie jest to dla mnie całkiem jasne. Być poetą, czy szerzej artystą to kontaktować się z rzeczywistością za pomocą tej strony osobowości, której się w pełni nie rozumie i nie kontroluje. Więc i współdziałanie z tą częścią siebie i co za tym idzie z tajemną częścią świata nie jest czymś, co da się zaprogramować. Próby sięgania za zasłonę rzeczy i nazywanie niewidzialnych odkryć to rodzaj daru i człowiek może go jedynie przyjąć lub stchórzyć i odrzucić. Z drugiej strony pewne okoliczności w moim życiu wspierały silnie tę zmianę nastawienia do świata, dzięki której osadzające się we mnie historie, obrazy czy atmosfera czasu znalazły swoje ujście w języku poetyckim.
Czy z tego wynikało, że w "Cantus" i "Cieniu" właściwie nie ma wierszy dotyczących sfery społeczno-politycznej, które wcześniej się u Pana pojawiały, a bardziej mamy do czynienia z introspekcją?

Ja jest tylko pośrednikiem, filtrem i w wypadku tych tomów introspekcja obejmuje jednak mocno przygnębiające, polskie doświadczenie diabelskiego XX wieku, dramat amputacji i wykorzenienia z kresów, sowieckie represje, poniżające czasy PRL-u, kryzys i wielkość chrześcijaństwa. Nie uciekam w prywatność. Piszę bardzo osobiste wiersze, ale dotykają one w którejś z warstw spraw wychodzących poza moje doświadczenie. Nie potrafię odizolować swojego przeżywania od wspólnoty, od kultury i obnosić się ze swoją ezoteryczną osobnością. To, poza wszystkim, mogłoby być nadzwyczaj nudne. Gdybyśmy sądzili, że siła sztuki leży w dystansie do spraw tego świata, gdyby inne epoki nie wdzierały się do naszego losu, gdyby inne losy, także anonimowe nie przemawiały przez nas, kultura stałaby się katalogiem martwych eksponatów a człowiek skazany i uwięziony w sobie przyprawiałby innych i siebie o mdłości lub irytację. Jeśli chce się opowiadać prawdziwe historie, dotykać tajemnicy losu, świata, trzeba pozostając wiernym swojej niepowtarzalności wychodzić poza własne ego, by spotykać innych, wskrzeszać, udzielać głosu, słuchać i rozmawiać z nimi.
XX wiek rzeczywiście jest tak diabelski w porównaniu z poprzednimi wiekami?
Dla nas tak. Jaćwingowie, Wenetowie, Longobardowie czy Chazarowie mogą mieć w tej sprawie inne zdanie. Skutecznych holocaustów w historii ludzkości było wiele. To jedna ze szczególnych specjalności człowieka. Jednak z natury rzeczy najważniejsze jest to, czego dotyka się swoim losem, może w jakimś stopniu doświadczeniem swoich bliskich. Czuje się wtedy większą odpowiedzialność. To, że nie żyją wśród nas Huryci i Sumerowie, w mniejszym stopniu wiąże się z moją odpowiedzialnością niż to, co działo się w drugiej połowie XX wieku. Budziłem się wówczas każdego dnia z zamiarem czynienia dobra i powinienem się teraz rozliczyć z tego, czy mi się to udało.
Huryci i Sumerowie także starają się u Pana powrócić.
Żyjemy w czasach, w których, o ile się nie mylę, co dwa tygodnie ginie bezpowrotnie język. Do końca XXI wieku ma zginąć 90 proc. z sześciu tysięcy istniejących dziś języków. Więcej uwagi, a to także znaczy więcej pieniędzy, poświęcamy zagrożonym gatunkom owadów czy roślin. Mniejsze zrozumienie i oddźwięk w społeczności międzynarodowej mają ginące bezpowrotnie nieopisane języki, całe kultury. To w większości języki bardzo małych ludów, niemniej jakiś język, świat ulega zagładzie i zapomnieniu.
Dlaczego jest to tak wielki dramat?
Bez języka bylibyśmy niezbyt sprawnymi zwierzętami. Rodzimy się w języku, jesteśmy ludźmi dlatego, że nazywamy świat. Światów jest tyle, ile języków. Gdy ginie język, świat, który opisywał, rozpyla się w kosmosie i nigdy już nie zostanie odtworzony. Z ostatnim przedstawicielem jakiejś kultury, bez względu na to jakiej, czy wielkiej, czy małej, ludzkość traci niepowtarzalny fragment dziedzictwa obyczajowego, kulturalnego, cywilizacyjnego. Poza tym przyzwolenie na zło ginięcia kultur okalecza nas moralnie, jesteśmy przez to gorszymi ludźmi. Inne niepowetowane straty ponosimy, gdy język, który jest krwioobiegiem naszego życia, karleje, dostaje arteriosklerozy. Kiedy na skutek barbaryzacji życia, jego dążenia do funkcjonalności i skrótu, język staje się swoją prymitywną imitacją. Obumieranie języka powoduje, że i człowieczeństwo staje się niepełne. Im uboższego używamy języka, tym uboższymi duchowo i intelektualnie stajemy się ludźmi bez względu na zasób zgromadzonych wiadomości czy status materialny.
Język polski coraz częściej zapożycza słowa przede wszystkim z języka angielskiego.

Języki rozwijają się dzięki temu, że się o siebie ocierają. To zjawisko bardzo pozytywne. Polska kultura tam wydawała najlepsze owoce, gdzie osmoza kultur była intensywna, wielopłaszczyznowa i wielostronna. Zmieniających się mód i wpływów nie należy się obawiać, niemożliwa zresztą do przeprowadzenia izolacja języka byłaby dla niego niekorzystna. Z drugiej strony mamy do czynienia z ideologizacją kultury, naciskiem na kulturową unifikację. Mamy też rozstrzygniętą konkurencję między językami światowymi. Wydaje się, że taki status będzie miał tylko jeden język i to jego wpływy będą rosły coraz szybciej. Państwa takie, jak Francja, Rosja, Hiszpania czy Niemcy wydają ogromne pieniądze na promocję swych języków, na konkurowanie z angielskim. To jest walka, jak sądzę z góry przegrana, jednak języki na niej zyskują.
Dlaczego?
Wydaje się, że zdrowe granice ekspansji języka angielskiego zostały przekroczone. Owszem pamiętamy, że ekspansja języka łacińskiego była w Europie kilkaset lat temu przygniatająca. Jednak z różnych powodów jego całkowita hegemonia nie była możliwa. Inaczej jest z żywym i posiadającym pozainstytucjonalną dynamikę ekspansji językiem angielskim. Dlatego też w wielu państwach (np. Francja, Niemcy) właśnie ze względu na ekspansję języka angielskiego, podejmuje się działania na rzecz ochrony języka narodowego. Nie dlatego, że Francuzi są szczególnymi nacjonalistami, ani dlatego, że nie lubią języka angielskiego. Ludzie reprezentujący państwo powinni wiedzieć, że chroniąc język wywiązują się ze swoich podstawowych obowiązków. W Polsce mamy takie same instytucje, ale nie ma analogicznych działań. U nas jest to jeden z objawów postkolonialnej świadomości. Idąc ulicą nie mogę pojąć, dlaczego sklep musi się nazywać "Mini Market" lub Market Plaza a nie "sklep spożywczy".
"Bazar" przyjął się doskonale.
Oczywiście, wiele wyrazów uznawanych za polskie pochodzi z łaciny, włoskiego, rosyjskiego, niemieckiego czy angielskiego. Ale jeśli takie mechaniczne zastępowanie prowadzi do wypierania polskich słów, to mamy do czynienia ze zjawiskiem groźnym nie tylko na poziomie słownikowym. Mamy problem z samooceną, tożsamością, siłą kultury, zdolnością społeczeństwa do rozwoju. Niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego słowo "kontent" zastąpiło słowo "treść". Nie jestem z tego powodu kontent. We Francji nie można nazwać sklepu "Mini Market" i koniec, nazwa ma być francuska. Inaczej przychodzi policjant i daje mandat.
W Polsce w latach 90-tych XX wieku były próby wprowadzenia takich ustawowych zapisów.
Z tym, że w Polsce jeśli ktoś mówi o ochronie języka polskiego, to jest szowinistą, narodowcem, opanowanym przez "demony polskiego patriotyzmu", z którym dyskusja jest bezzasadna. W najlepszym wypadku traktuje się takie tematy jako czwartorzędne zawracanie głowy przez hobbystów. Humaniści odpowiedzialni za zdrowie kultury, a więc za zdolność do istnienia narodu, dali sobie wmówić, że są dotowaną, a więc zbędną bandą darmozjadów. Siedzą więc cicho a wydatki państwa na kulturę rosną jedynie w dniu wygłaszania expose przez nowego premiera. Dlaczego w dobie ostrych przemian Rada Języka Polskiego jest instytucją nieznaną i chyba niezbyt aktywną?
Jaki jest Pana dialog z tymi zmianami jako poety?
Ja z nimi nie dialoguję. Poezja ma inne, zupełnie podstawowe zadanie - zachowania ducha języka. Język musi czuć w sobie siłę ducha, bogactwo kultury, wielkość frazy i piękno melodii, kontekst losów i finezję myśli. Poezja jest jedynym instrumentem, dzięki któremu język zachowuje ducha i my dzięki jego dobroczynnemu działaniu umacniamy jasną stronę człowieczeństwa. Wszystkie inne formy dbania o język – ochrona słownictwa, reguł gramatycznych – to działania niewystarczające. Poezja to budowanie wnętrza języka. Poezja sprzeciwia się karleniu języka, a przez to pielęgnuje wielkość w człowieku. Jeśli posługujemy się prymitywnym językiem, sloganami, kalkami, hasłami, wręcz gestami zastępującymi całą opowieść, to prowadzimy do skarlenia języka i kultury. Bez żywej, wolnej, rozwijającej się kultury żaden naród nie jest w stanie osiągnąć jakichkolwiek celów – także, powiedzmy to twardo, w zakresie np. innowacyjności gospodarki, czy polityki.
W zbiorze "Cantus" pojawia się Iwan Bunin i Bach, w "Cieniu" Mandelsztam i Mozart. Dwa światy – poezji rosyjskiej i muzyki. W jakiej mierze wywierają one na Pana wpływ?
Wierszy Bunina, Ajgiego i Tutczewa użyłem, by ich słowami powiedzieć coś, czego nie chciałem lub nie umiałem sam powiedzieć. Mandelsztam to poeta dla mnie niezwykle ważny, także ze względu na los, symboliczny dla diabelskiego XX wieku. Uważam go za największego poetę naszych czasów. Mam poczucie, że jako tłumacz nie dorastam do jego wierszy. Jeśli chodzi o muzykę, to jestem w tej dziedzinie jeszcze większym amatorem niż jako tłumacz. Jestem kochającym muzykę laikiem, a muzyka jest przecież jednym z tajemniczych źródeł poezji. Staram się więc, by melodia języka trwała w tym, co piszę. Nasz język jest bardzo muzyczny i jego muzyczność wzmacnia sens słów. Wiersz o Mozarcie to nawiązanie do figury losu, która jest symboliczna dla artysty. Bach z kolei jest kosmosem, gigantem w kulturze światowej, jego dzieło jest niemal boskie, trudno je ominąć.
Nazwałby się Pan miłośnikiem poezji bądź szerzej, kultury rosyjskiej?
Nie. Po prostu nie byłbym w stanie tłumaczyć z innego języka, ale co najmniej kilku rosyjskich poetów uważam za ważnych, a co najmniej dwóch – Mandelsztama i Brodskiego – za czołowych poetów XX wieku.
Wśród polskich poetów nie jest Pan jedynym, który tak uważa. Skąd się to bierze?
Nie sądzę, żeby tak było. Zresztą uważam, że polscy poeci – przede wszystkim Zbigniew Herbert i Czesław Miłosz – także byli gigantami poezji XX wieku. Istotny dla mnie jest także Paul Celan, który pisał po niemiecku. Nie jestem zafascynowany kulturą rosyjską i nie upatruję w niej szkła powiększającego, przez które mogę mądrzej patrzeć na świat. Z przyczyn politycznych musiałem uczyć się tego języka. Poza wszystkim to kultura naszych sąsiadów, groźnych i trudnych pobratymców i jest oczywiste, że zainteresowanie pada szybciej w ich kierunku, niż w kierunku kultury tajlandzkiej.
Jest Pan redaktorem naczelnym projektowanego miesięcznika "Poezja". To będzie wyraz głosu grupy literackiej, środowiskowej?
W Polsce jest wiele pism literackich finansowanych przez władze samorządowe czy państwowe, jednak na tej mapie brakuje pisma, które by zbierało to, co w polskiej poezji najbardziej wartościowe i porządkowało ten obszar dla studentów, naukowców, miłośników poezji, tłumaczy na języki obce. Ten brak trudno zaakceptować tym bardziej, że poezja bezinwestycyjnie przynosiła polskiej kulturze i Polsce wiele splendoru. Nagród Nobla w dziedzinie fizyki czy chemii ostatnio nie dostaliśmy i chyba się nie spodziewamy. Wydaje mi się, że mecenat publiczny powinien być zainteresowany przeznaczeniem stosunkowo niewielkich środków na tę część polskiej kultury, która wydaje się szalenie elitarna i marginesowa, ale jednak budząca w świecie spore zainteresowanie. A że Kraków uważany jest za stolicę polskiej poezji, doszliśmy do wniosku z kolegami – Bronisławem Majem, Marcinem Baranem, Marianem Stalą i Pawłem Próchniakiem – że to w Krakowie powinien powstać ośrodek wspierający poezję. Dlatego założyliśmy Fundację "Poezja". Jej głównym celem jest wydawanie miesięcznika, który nie będzie pismem jakiegoś jednego pokolenia, estetyki, filozofii czy, broń Boże, ideologii. Zamierzamy tworzyć pismo w pełni eklektyczne, zaangażowane w promowanie polskiej poezji we wszelkich jej cennych przejawach.
Kiedy ukaże się pierwszy numer pisma?
Jeśli wszystkie nasze rozmowy na temat mecenatu przyniosą spodziewany efekt to w kwietniu lub maju. Także dlatego, że w maju w Krakowie odbędzie się festiwal miłoszowski, który byłby dobrym kontekstem dla startu naszego pisma. Nie bez znaczenia jest też fakt, iż Kraków stara się w UNESCO o miano Światowej Stolicy Literatury, co jest tytułem szalenie prestiżowym i zobowiązującym. Liczymy, że także z tego względu miasto Kraków z sympatią i zainteresowaniem spojrzy na nasz projekt.
Co Pana zdaniem jest obecnie warte szczególnej uwagi w polskiej poezji?
Ktoś mnie kiedyś zapytał, czy będziemy zauważać w naszym piśmie zjawisko kolektywnego tworzenia poezji. Grupa młodych ludzi stworzyła generator, dzięki któremu w 30-40 osób tworzą jeden wiersz. Powiedziałem, że zauważyć zauważymy, jednak pamiętając, że tworzenie i odbiór sztuki jest i pozostanie indywidualny. W Polsce jest sporo osobowości tak w dziedzinie krytyki, eseistyki, jak i poezji i nie martwię się o zawartość pisma. Żyjemy w czasach, w których nie zwyciężają żadne nurty, prądy estetyczne. To zamknięta od dawna przeszłość. Dzisiaj indywidualny talent, siła osobowości nie musi wpisywać się w jakąś obowiązującą estetykę. A osobowości nam nie brakuje.
Był Pan wiele lat temu mocno politycznie zaangażowany. To się zmieniło – udał się Pan na wewnętrzną emigrację?
Od zawsze sprawy publiczne były dla mnie ważne. Dlatego zaangażowałem się w Studencki Komitet Solidarności w latach 70., dlatego do końca trwania PRL angażowałem się w podziemny ruch wydawniczy wydając m.in. ARKĘ. Dlatego w 1990 założyłem dziennik. Dlatego w 1991 przyjąłem propozycję pełnienia funkcji rzecznika prasowego rządu Jana Olszewskiego.
Później zaangażował się Pan w kampanię wyborczą Ruchu Odbudowy Polski.
Bardzo szanuję Jana Olszewskiego i na jego prośbę pracowałem jako rzecznik jego komitetu przez trzy miesiące. Sporą część swojego życia, bo 18 lat, byłem wydawcą i patrząc wstecz ta działalność wydaje mi się najważniejsza. Polityka była przedmiotem mojego zainteresowania a nawet pasji. Przez pewien okres pracowałem jako analityk i mówiąc prawdę żyłem ze sprzedawania podmiotom gospodarczym i politycznym swojej wiedzy o życiu społecznym i polityce. Na wiosnę 2008 roku poczułem się zmęczony. Nie dlatego, że los Polski stał się dla mnie obojętny - zmienić sobie duszy nie mogę. Nie mam siły wchodzić codziennie, nawet za pośrednictwem mediów, do tego przygnębiającego magla, jakim jest polska polityka. Postanowiłem zatoczyć koło i wrócić do wydawania poezji. Od tego zaczynałem. Od wydawania w podziemiu m.in. Zagajewskiego (dwa tomy), Barańczaka (trzy tomy), Krynickiego (dwa tomy) z pięknymi, nawet kolorowymi ilustracjami, czym wzbudziłem dziką zazdrość w literackiej Warszawie.
Ten "polski magiel" sprymitywizował się w porównaniu do tego, co było kilkanaście lat temu?
Doszliśmy do momentu, w którym nawet nie formułuje się celów narodowych. To po części tendencja światowa – w ramach komunikowania się z wyborcami szuka się tematów zastępczych, a nie tych, które ze względu na swoją wagę powinny być przedmiotem debaty publicznej. Symbolem tego globalnego zjawiska jest to – celowo użyję przykładu niepolskiego – że Barack Obama w pierwszym dniu swojego urzędowania jako przywódca jedynego światowego mocarstwa znalazł czas na malowanie domu dziecka wałkiem i farbą emulsyjną. Z całą pewnością ktoś, kto kieruje losami świata, ma ważniejsze zadania. Żyjemy w czasach, w których strategie piarowskie wypychają politykę. PR zawsze istniał, dziś publikuje się analizy, jak Stefan Batory przekonywał do siebie naród szlachecki. Jednak PR szedł za polityką, a dziś ją zastępuje. Za piarem Obamy stoją jednak potężne instytucje i rzesza lojalnych wobec Ameryki profesjonalistów. Za naszymi politykami - piarowcami stoi słabe postkolonialne państwo szarpane grupowym i indywidualnym egoizmem. Koniec historii nie nastąpił. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że jesteśmy państwem budowanym na ruchomych piaskach i że są siły wewnętrzne i zewnętrzne, które dbają o to, by były one coraz bardziej niestabilne. W tej sytuacji polska polityka wydaje się prowadzić do jakiegoś rodzaju zbiorowego, biernego - ale jednak samobójstwa.
Rozmawiał Stefan Sękowski
* Jan Polkowski – poeta i wydawca. Autor tomików poezji, m.in. "To nie jest poezja", "Oddychaj głęboko", "Drzewa", "Elegie z Tymowskich Gór", "Cantus" i "Cień". W latach 70-tych XX wieku zaangażował się w działalność Studenckiego Komitetu Solidarności, później w NSZZ "Solidarność". Internowany w stanie wojennym. W okresie PRL zaangażowany w podziemny ruch wydawniczy, po 1989 roku wydawca i dziennikarz, był redaktorem naczelnym "Czasu Krakowskiego". W 1992 roku rzecznik prasowy rządu Jana Olszewskiego. W grudniu 2010 roku za tomik wierszy "Cantus" otrzymał Nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego, w 2008 roku został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

