Rosja zmierza do ukształtowania nowego ładu gazowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Ma on polegać na eksportowaniu błękitnego paliwa do Europy Zachodniej z pominięciem Polski, Ukrainy i Białorusi. Jednym jego filarem ma być Gazociąg Północny, wiodący przez Bałtyk do Niemiec. Drugim – Gazociąg Południowy, który przez Morze Czarne i Bułgarię dostarczy gaz do Węgier i Austrii (przez Serbię i Rumunię), a drugą nitką – do Grecji i Włoch. Jeśli te plany się powiodą, Polska razem z dwoma swoimi sąsiadami ze Wschodu i krajami bałtyckimi zostanie na dziesiątki lat całkowicie uzależniona od Rosji. Moskwa będzie nam mogła zakręcać kurek bez drażnienia swoich strategicznych partnerów z Zachodu. Losy Ukrainy i Białorusi pokazują, że bycie na gazowej łasce Moskwy jest jak czarna dziura – wchłania z ogromną siłą wszystko, co znajdzie się w pobliżu. Umożliwia bowiem Kremlowi dowolne manipulowanie cenami strategicznego surowca, a dzięki temu – zmuszanie sąsiadów do politycznej uległości i kolejnych ustępstw gospodarczych.
Nabucco jako przykrywka

Kryzys energetyczny z początku roku, kiedy to Rosja zakręciła kurek Ukrainie, Serbii, Słowacji, Węgrom, Bułgarii i Austrii, skłonił Unię Europejską do większego zaangażowania się w konkurencyjny wobec Południowego Potoku (South Stream) projekt gazociągu Nabbucco. Ma on wieść z krajów kaspijskich przez Turcję, Bułgarię i Rumunię do Węgier i Austrii. Również polscy politycy wiążą z nim wielkie nadzieje na upragnioną dywersyfikację dostaw. Problem w tym, że jak na razie projekt Nabucco w ogóle nie obejmuje Polski, kończąc się na Austrii. "Dociągnięcie" go do naszego kraju jest dzisiaj jedynie spekulacją. – Po jego sfinalizowaniu zostałoby do dyspozycji około 1/3 mocy przesyłowej, czyli mniej niż 10 mld m3. Nie ma żadnych gwarancji, że Polska pozyska istotną część tej puli. Szanse na to są tym mniejsze, że chęć jej zagospodarowania wyraziły już Niemcy – mówi portalowi Fronda.pl dr Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.
Ponadto, Nabbucco pozostaje wciąż na bardzo wczesnym etapie przygotowań, w tyle za gazociągiem South Stream. Jeśli Rosjanie wygrają gazowy wyścig, ten pierwszy straci sens. – Choć teoretycznie oba gazociągi mogłyby współistnieć – uważa Zajdler. – W praktyce, oznaczałoby to obniżenie rentowności Nabbucco, a zatem poniekąd kwestionowałoby jego sens – dodaje.
W czasie, gdy Bruksela składa kolejne deklaracje i zobowiązania, Kreml sprawnie rozgrywa kraje, które dla powodzenia obu projektów mają strategiczne znaczenie. Tradycyjnie prorosyjska Bułgaria zgłaszała początkowo liczne zastrzeżenia do projektu South Stream, jednak po kombinacji nacisków i ustępstw ze strony Rosji ostatecznie się na niego zgodziła. Również Turcja, bez której Nabucco nigdy nie powstanie, zacieśniła ostatnio energetyczną współpracę z Moskwą, godząc się m.in. na drugą nitkę gazociągu Blue Stream, dostarczającego gaz prosto z Rosji. Dobra wiadomość to dążenie części państw basenu Morza Kaspijskiego do uniezależnienia się od Rosji. Najbardziej zdecydowany jest w tym względzie Azerbejdżan, który jednak nie jest w stanie samodzielnie napełnić Nabucco gazem. Dlatego kluczowe dla powodzenia projektu są kraje Azji Środkowej, z Turkmenistanem na czele. Jednak w optyce państw tego regionu Unia Europejska jest tylko zlepkiem państw, dlatego swoje interesy gospodarcze w Europie negocjują z najsilniejszymi w Unii Niemcami. Kiedy jesienią ubiegłego roku turkmeński przywódca Gurbanguła Berdymuchammedow przyjeżdżał wraz ze 140-osobową delegacją na Stary Kontynent, porozumień energetycznych nie negocjował z Jose Manuelem Barrosso, lecz głównie z Angelą Merkel (i przedstawicielami wielkiego niemieckiego biznesu). Sama zaś kanclerz Niemiec kontynuuje politykę opartą na zasadzie "Russia first", zakładającej strategiczny sojusz z Kremlem, także energetyczny. Zmniejsza to szanse na pozyskanie Azji Środkowej dla Nabucco.
W tym kontekście polskie zabieganie o Nabucco jawi się jako krótkowzroczne i mało przemyślane. Ewentualne wybudowanie tego gazociągu miałoby dla Polski jedynie korzyści pośrednie, zmniejszając energetyczne uzależnienie Unii jako całości od Rosji. My natomiast moglibyśmy co najwyżej uszczknąć niewielką część płynącego nim gazu, pozostając na łasce wschodniego sąsiada. Zdaniem Przemysława Wiplera, dyrektora generalnego Instytutu Jagiellońskiego i byłego dyrektora Departamentu Dywersyfikacji w Ministerstwie Gospodarki, wizja Nabucco to iluzja roztaczana przed dążącymi do uniezależnienia się od Rosji krajami. – Ciągłe mówienie o tym projekcie, kolejne zapowiedzi i deklaracje, z których nic nie wynika, służą skanalizowaniu frustracji państw dążących do dywersyfikacji dostaw – mówi Wipler w rozmowie z portalem Fronda.pl. – Realna gra toczy się o kształt Gazociągu Południowego. Bułgaria i Austria rozgrywają tu swoje interesy, ale dominantą ich polityki jest prorosyjskość. Zatem poparcie – nie werbalne, tylko faktyczne – Nabucco przez te kraje jest bardzo mało prawdopodobne – uważa Wipler.
Hamowanie dywersyfikacji

Zagrożeniem dla Polski pozostaje także Gazociąg Północny. Euforia wywołana nad Wisłą sygnałami o braku w rosyjskiej kasie funduszy na jego realizację została przez Moskwę wykorzystana do przyspieszenia prac nad Północnym Potokiem (Nord Stream). W projekt włączył się gazowy potentat znad Sekwany, Gaz de France. Oczywiście z silnym poparciem francuskiej dyplomacji. Tym samym Kreml jest o krok od pozyskania wsparcia dla Gazociągu ze strony drugiego najsilniejszego państwa w Unii. A w Niemczech Konsorcjum Nord Stream uzyskało już większość zezwoleń na budowę niemieckiej odnogi gazociągu (OPAL), której wykonanie może ruszyć jeszcze w tym roku. Jednak najważniejszym sukcesem Rosji ostatnich miesięcy jest zmiękczenie Finlandii, której opór blokował dotychczas rozpoczęcie budowy Potoku. Kolejna wersja raportu dotyczącego oddziaływania Nord Stream na środowisko spotkała się w marcu po raz pierwszy z przychylnym przyjęciem Finów. I wiele wskazuje na to, że Helsinki już w czerwcu wycofają swój sprzeciw wobec projektu. Jeśli tak się stanie, jedynym krajem zdolnym do zablokowania Gazociągu zostanie Szwecja. Milczenie Finlandii spowoduje jednak, że szwedzki sprzeciw ekologiczny będzie osamotniony i coraz trudniejszy do uzasadnienia.
Na tym tle Polska coraz bardziej przypomina samotną wyspę, której postulaty albo nie są rozumiane, albo nie bierze się ich pod uwagę. I trudno się temu dziwić, skoro buńczucznym porównaniom Nord Streamu do paktu Ribbentrop-Mołotow (w wykonaniu ministra Radka Sikorskiego) nie towarzyszy żadne działanie polityczne. Po objęciu władzy przez Donalda Tuska gotowe już projekty Baltic Pipe i Gazoportu w Świnoujściu zostały zarzucone. A przygotowujący te przedsięwzięcia pracownicy Departamentu Dywersyfikacji odeszli z Ministerstwa Gospodarki sfrustrowani brakiem zajęć. W kwietniu 2008 roku w niejasnych okolicznościach odszedł zajmujący się bezpieczeństwem energetycznym wiceminister Eugeniusz Postolski, po czym przez pół roku (!) szukano jego następcy. Zlikwidowany został również urząd pełnomocnika rządu ds. dywersyfikacji.
Zamiast podejmować realne działania na rzecz pozyskania gazu nierosyjskiego, rząd Tuska koncentruje się na tematach zastępczych. Takich jak ciągłe wracanie do koncepcji Jamału II czy rurociągu Amber (z Rosji do Niemiec przez kraje bałtyckie i Polskę). Rosjanie wielokrotnie już udowodnili, że nie są tymi projektami zainteresowani, a mówienie o nich traktują jako sposób na usypianie polskiej czujności. Nie zraża to duetu Tusk-Pawlak, który z uporem przedstawia je jako realne, podczas gdy przygotowania do budowy Nord Stream szybko postępują. Tak samo trzeba traktować idylliczne wizje gazyfikacji węgla, roztaczane przed Polakami przez wicepremiera Pawlaka. Na dzień dzisiejszy są to bowiem jedynie technologiczne spekulacje. Ich realizacja będzie możliwa najwcześniej za kilkanaście lat.
Co więcej, gabinet PO-PSL biernie zaakceptował zaproponowane przez PGNiG podłączenie się do gazociągów niemieckich i czeskich, również kontrolowanych przez Rosjan. Jeśli ten plan zostanie zrealizowany, szukanie nierosyjskich dostawców straci sens, bo więcej gazu nie wchłoniemy. Tusk zdaje się ścigać z Leszkiem Millerem o tytuł pierwszego hamulcowego polskiej dywersyfikacji.
Po rosyjsko-ukraińskim konflikcie z początku roku nasze rezerwy gazu są na tyle nadszarpnięte, że nie wystarczą na najbliższą zimę. Ich uzupełnienie zależy od dobrej woli Gazpromu, który umiejętnie przedłuża pertraktacje i nie dotrzymuje obietnic, aby poprzez wojnę nerwów zmiękczyć stronę polską. Stawka jest ogromna, ponieważ jeszcze w tym roku musimy wynegocjować warunki rosyjskich dostaw na lata 2010-23. Jeśli zakontraktujemy więcej gazu niż dotychczas, do czego dąży Gazprom, możemy zapomnieć o dywersyfikacji przed rokiem 2024, kiedy to zacznie obowiązywać kolejna, kilkunastoletnia umowa z Rosjanami. Dotychczasowa bierność i niefrasobliwość rządu Tuska w tej sprawie powoduje, że to zagrożenie jest realne.
Na dłuższą metę dywersyfikacja dostaw gazu wymagałaby wybudowania zupełnie nowej infrastruktury. – Tak jak w polityce demograficznej, w bezpieczeństwie energetycznym trzeba działać z kilkunastoletnim wyprzedzeniem – mówi Wipler. – Jeśli w latach 20. i 30. tego stulecia nie chcemy być wciąż na łasce Rosji, powinniśmy zaczynać właśnie budowę Gazoportu znacznie większego niż obecnie planowany lub gazowego odpowiednika rurociągu Odessa-Brody-Gdańsk – ostrzega ekspert Instytutu Jagiellońskiego. Nic się w tej sprawie jednak nie dzieje. Może koalicja PO-PSL nie ma nic przeciwko wchłonięciu Polski przez gazową czarną dziurę.
Bartłomiej Radziejewski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

