Przyznaje też, że gdyby miał większy wpływ na redagowanie swojego dziennika, to jego sprzedaż byłaby niewielka.

 

 

- Żałuje pan, że „Gazeta" już nie ma takiej pozycji, jaką miała w połowie lat 90-tych? - pyta Adama Michnika w ostatnim "Przekroju" Piotr Najsztub. Naczelny "Wyborczej" uważa, że dziennik "dalej jest hegemonem debaty na tematy ważne". Jednak na pytanie, czy "bierze pod uwagę taką możliwość, że „Gazeta" znika, bo świat się zmienił?" rezygnuje z urzędowego optymizmu i mówi: - Oczywiście to jest możliwe i jak widzę, jakie gazety na całym świecie mają problemy - ledwo ciągnie „Le Monde", „Washington Post", „New York Times" - to trudno mi sobie wyobrazić, że tych problemów nie miałaby „Gazeta" - przyznaje.

Najsztub dopytuje: - Może „Gazeta" niepotrzebnie zmieniła się w taki wielki medialny koncern? - „Gazeta" musi mieć swoją silną bazę materialną, jeżeli ma być niezależna, bo ze sprzedaży się nie utrzyma. Oczywiście pojawiają się u nas materiały, które dla mnie są nieciekawe. Ale gdybym ja chciał redagować całą „Gazetę", to ona miałaby niewielką sprzedaż i podobne wpływy z reklam - przyznaje Michnik.

Te szczere wyznania to niestety tylko mały fragment wywiadu. Reszta jest głównie o lustracji i IPN. Czyżby z Adamem Michnikiem nie można już było porozmawiać na inne tematy?

IPN? - To taki Frankenstein - wyznaje Michnik. Uważa, że jego kierownictwo „deprawuje debatę publiczną, degraduje ją do poziomu barbarzyńskiego a odpowiedzialność za to ponoszą twórcy projektu IV RP, której nieusuwalnym składnikiem była pewna koncepcja IPN i lustracji". Na stwierdzenie dziennikarza, że IV RP obumarła, Michnik odpowiada, że „obumarła, a jej truchło ciągle jest wśród nas i cuchnie, i niszczy ekologię wolnej Polski".

Na pytanie, czy docenia ujawnienie przez IPN jakiejś sprawy, wskazuje na sprawę Maleszki, choć od razu dodaje: - (...) byłem przeciwny i jestem przeciwny, żeby tego człowieka wdeptać w ziemię, odstawić od jakichkolwiek możliwości przeżycia. Poza tym zdumiała go sprawa ks. Czajkowskiego, „ale po ujawnieniu wszystkich okoliczności tej całej sprawy uważam, że skoro ten człowiek po zamordowaniu księdza Jerzego jasno powiedział, że zrywa z bezpieką, to wystawia mu to jak najlepsze świadectwo, bo to było wtedy strasznie trudne".

Odnośnie zniszczenia przez komunistów sporej części akt Michnik mówi: - Nie jestem zadowolony. Im tego nie wolno było robić. Natomiast rozumiem ich intencje, dlatego że wyobraźmy sobie, iż oni zbierali kwity kompromitujące na przykład bardzo znanego działacza podziemia, który się ukrywał itd., a w tym czasie jego żona miała romans, co się zdarza. I teraz nagle istnieje ryzyko, że ta sprawa się stanie przedmiotem publicznej rozgrywki, i ten człowiek zostanie wewnętrznie i zewnętrznie skrzywdzony, bo bezpieka prowadziła podłą inwigilację.

Dlaczego bojkotował lustrację zaraz po zmianie ustroju?

- Przy wychodzeniu z dyktatury nie ma rozwiązań dobrych. Są złe i bardzo złe. Byłem zdania, że w 1991 roku rozpętywanie tej lustracyjnej hecy jest rozwiązaniem najgorszym z możliwych, co nie znaczy, że innym pomysłom nie można nic zarzucić. Można sobie było wyobrazić, że ktoś, pan Kowalski, który był represjonowany, prześladowany, chce zobaczyć swoją teczkę i jest bardzo trudno z moralnego punktu widzenia powiedzieć mu, że on do tego nie ma prawa, bo to jest następna represja - tłumaczy naczelny "Wyborczej".

Problem w tym, że Michnik wówczas odmawiał panu Kowalskiemu chęci poznania prawdy. Dlaczego? - Bo uważałem, że to jest punkt wyjścia do rozpętania piekła. Widzę wszystkie te słabości „hiszpańskiej" drogi do wolności, czyli bez lustracji i odwetu, niemniej rozpętanie wtedy lustracyjnej hecy przyniosłoby znacznie większe szkody Polsce niż szkody wynikłe z tego, że Kowalski nie zobaczył swojej teczki - mówi Michnik.

 

MaRo/Przekrój

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »