Afera Amber Gold jest kolejnym dowodem, że nasze państwo nie ma w pełni wykształconych mechanizmów demokratycznych. Źródeł takiego stanu trzeba szukać na początku lat 90., kiedy środowiska okrągłostołowe były zainteresowane jak najszerszym rozmydlaniem odpowiedzialności funkcjonariuszy PRL, relatywizowaniem pojęć i robienia z kata bohatera. To doprowadziło do powszechnego zobojętnienia na wszelkie przejawy nieprawidłowości i nadużyć, które niszczą państwo. Jest to nawet dziś trudny proces do odwrócenia.



Tzw. aferałowie z KLD nie ponieśli odpowiedzialności za to, czego dopuszczali się mając władzę. Dziś podobne zjawiska występują w zwielokrotnionej skali. Od czasów afery Rywina nie było takiego skandalu, który by skutecznie naruszył reputację polityka. Można więc szkodzić bez konsekwencji zepsucia sobie politycznego wizerunku. Wybuchają kolejne afery i nie ma po nich politycznego trzęsienia ziemi, są kosmetyczne, piarowskie zabiegi, jakieś przesunięcia w rządzie, ale ci, którzy ponoszą odpowiedzialność za skandal, lądują prędzej czy później na miłych posadkach. Za najbardziej jaskrawy przykład może tu służyć katastrofa smoleńska, gdzie nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a ci którzy zaniechali swoich obowiązków, dopuszczali się mataczenia czy niszczenia dowodów - awansowali.



Nasz kraj zawsze "pieścił się" z wysokimi funkcjonariuszami państwa. Na Zachodzie czymś normalnym jest prześwietlanie rodziny polityka, u nas wciąż uchodzi to za nieuzasadniony, wręcz niekulturalny atak. Nie śledzi się np. z jakich rodzin pochodzą kandydaci na prezydenta, nie
szuka ich korzeni. To samo dotyczy żyjących pod kloszem ich dzieci. Nie ma obyczaju informowania, czym się zajmują dzieci premiera. Wyjątkiem był syn Leszka Millera, który przez krótki czas był na pierwszych stronach gazet. A przecież jeśli człowiek zostaje politykiem, wybiera taką, a nie inną drogę życiową, to musi wiedzieć,że transparentne powinno być funkcjonowanie nie tylko jego, ale także członków jego rodziny. Musi także liczyć się z tym, że jego dzieci nie mogą pracować w miejscach wywołujących potencjalny konflikt interesów.



Polacy skazani są na domysły. Jak Michał Tusk zdobył pracę w Portach Lotniczych? Czy działał na ich szkodę? Jak poznał Marcina P.? W jakim celu syn premiera podpisywał korespondencję służbową innym imieniem i nazwiskiem czy pseudonimem? Dlaczego Donald Tusk ostrzegł syna przed spółką OLT Express, a nie ostrzeżono jej klientów? W normalnym kraju premier złożyłby w podobnej sytuacji dymisję. Tak zrobiłby polityk odpowiedzialny. Takie powinny być standardy. Niestety u nas to, co w krajach zachodniej demokracji uznane byłoby za karygodne, wciąż uchodzi płazem - podkreśla Gargas.

 

Not. Jarosław Wróblewski