Declan Ganley był liderem ruchu przeciwko Traktatowi, który w 2008 roku przekonał Irlandczyków, by odrzucili dokument. Po sromotnej porażce jego partii Libertas w czerwcowych wyborach europejskich biznesmen miał wycofać się z działalności politycznej. Jednak władze Irlandii pozwoliły zagłosować im jeszcze raz i "poprawić swój błąd" sprzed roku – Ganley zdecydował się więc na finiszu kampanii włączyć w nią, by przekonać mieszkańców Zielonej Wyspy, że w 2008 roku zagłosowali właściwie.

- Zdecydowałem się wziąć udział w kampanii, bo zostałem sprowokowany. Władze wprowadzają ludzi w błąd w taki sposób, że zwyczajnie nie mogę tego dłużej znieść – mówi szef Libertas. Przed referendum, które odbędzie się 2 października, za Traktatem chce głosować 62 proc. Irlandczyków. Jedynie 23 proc. jest mu przeciwna.

Czy powrót Ganleya do polityki może oznaczać zmianę tych proporcji? Zdaniem komentatorów może on wzmocnić kampanię obozu antytraktatowego, pozbawionego dotychczas lidera i zainteresowania mediów.

sks/Rzeczpospolita

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »