Od tamtego czasu niewiele się zmieniło. Trudno się zresztą dziwić. Dziś jedni ekonomiści przestrzegają przed „drugim dnem” kryzysu, inni dostrzegają oznaki ożywienia i wieszczą rychłe wyjście z zapaści. Jedni żądają „zrobienia czegoś” przez rządy, inni słysząc tego typu opinie purpurowieją ze złości. Akurat tego rodzaju ferment wypada uznać za zjawisko pozytywne, gdyż w dyskusjach najprędzej wypracować można sensowne wnioski, ale takie dyskusje powinny mieć wymiar realny, to znaczy powinny być przeprowadzane uczciwie i w oparciu o rzeczywiste różnice, niekoniecznie o “różnienie się pięknie”.
Krok pierwszy – dystans
Interesujące w przypadku obserwowanych dzisiaj debat o ekonomii i gospodarce jest to, że weryfikowalność pewnych opinii jest dużo większa niż dawniej. Nie trzeba już sięgać do bibliotecznych archiwów, żeby sprawdzić, czy dany człowiek w ogóle istnieje, wystarczy poszukać odpowiednich źródeł w Internecie. Ci, którzy cierpią na myśl o perspektywie zmierzenia się ze słowem pisanym mają do dyspozycji całą masę łatwo dostępnych archiwalnych nagrań z programów telewizyjnych, spotkań autorytetów z publicznością lub debat przeciwników intelektualnych.
Nie trzeba się naoglądać wiele, by dojść do wniosku, że ilekroć w debacie lub nawet w wiadomościach pojawia się określenie „ekonomiści zgodnie przyznają…”, znaczy to, że ktoś idzie na skróty. Gdyby ekonomiści faktycznie byli zgodni w poruszanej sprawie, dyskusja nie byłaby w ogóle konieczna. Należy mieć świadomość, że od dziesięcioleci w ekonomii toczy się poważna debata na temat tego, skąd się bierze bogactwo, czym jest i jakim być powinien pieniądz, jaka jest i być powinna rola państwa w gospodarce i w wielu innych bardziej ogólnych lub szczegółowych kwestiach.
Krok drugi: rozpoznać obóz
Ekonomia, definiowana najkrócej jako nauka o gospodarce, to jedna z najmłodszych i najbardziej fascynujących dziedzin wiedzy. Dzięki temu, że jest popularnym tematem politycznych i medialnych dysput, na ekonomii znają się dzisiaj niemal wszyscy, przy czym jedni głośniej, a inni ciszej. Wszyscy też bardzo by chcieli wierzyć, że władza, która wpływa w największym stopniu na gospodarkę, jest powodowana w swoich decyzjach najgłębszą z możliwych mądrością. Oczywiście pod warunkiem, że jest to władza wywodząca się z opcji przez nas popieranej.
Rozmowa o gospodarce może wychodzić daleko poza sprzeczanie się o to, czy rząd powinien przeznaczyć więcej pieniędzy na dopłaty do rozpoczęcia, czy też na dofinansowanie zakończenia czegokolwiek. Naprawdę spektakularna walka ideowa toczy się dzisiaj pomiędzy dwiema najbardziej odległymi ideowo szkołami ekonomii – tzw. keynesizmem oraz tzw. Austriacką Szkołą Ekonomii. Uczciwość nakazuje wskazać jeszcze bardzo wpływową i zbliżoną ideowo do „Austriaków” szkołę chicagowską, ale gdyby dzisiaj próbować szukać wyrazistych kontrastów, to należałoby się skupić na dwóch wcześniej wskazanych, gdyż różnią się one naprawdę istotnie.
Za ojca keynesizmu uważa się powszechnie – nie bez powodu – angielskiego ekonomistę
Johna Maynarda Keynesa, który w roku 1936 opublikował wiekopomne dzieło „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza”. Najkrócej podejście keynesowskie można by scharakteryzować następująco: gospodarka wolnorynkowa z natury swojej jest wyposażona w defekt polegający na skłonności do niepełnego wykorzystania zasobów i nie może osiągnąć stanu równowagi i pełnego zatrudnienia bez interwencji władz. Dlatego też władza powinna stosować narzędzia polityki fiskalnej lub monetarnej w celu zapobiegania kryzysom. Innymi słowy - gospodarka rozwija się najlepiej, gdy jest zarządzana, rzecz jasna, przez najlepszych fachowców, a nie pozostawiona samopas ludziom.
Dalej: według Keynesa to całkowity popyt jest motorem rozwoju i decyduje o ogólnym poziomie produkcji i zatrudnienia w gospodarce, dlatego powinien być pobudzany przez władze, szczególnie w okresie kryzysów. W okresie spowolnienia oszczędności gromadzone przez przedsiębiorców nie są uruchamiane na nowe inwestycje z uwagi na ryzyko inwestowania, co jeszcze bardziej pogłębia kryzys i prowadzi do depresji. Dopuszczalne jest zatem generowanie deficytu budżetowego i pompowanie pieniędzy w gospodarkę w okresie kiepskiej koniunktury, dzięki czemu możliwe jest przywrócenie optymizmu wśród inwestorów, uruchomienie środków produkcji i szybkie przywrócenie pełnego zatrudnienia. Keynes dopuszczał stymulowanie gospodarki poprzez kreowanie inflacji, w której nie widział większego zagrożenia.
W porywach Keynes dowodził nawet, że korzystne dla gospodarki może być organizowanie robót publicznych polegających na wykopywaniu i zasypywaniu dołów, a także wojna. Postęp akurat w tej dziedzinie można zaobserwować na przykładzie wypowiedzi jednego z najbardziej znanych współczesnych keynesistów, noblisty Paula Krugmana, który miał nie tak dawno wyrazić opinię, ze wyjściu z dzisiejszego kryzysu najprędzej zaradziłby najazd kosmitów na Ziemię.
Te złośliwe przykłady nie powinny przesłonić faktu, że pierwotnie keynesizm dopuszczał generowanie deficytu budżetowego w celu sfinansowania interwencjonizmu w okresach kiepskiej koniunktury, za to w czasach sytości zalecał gromadzenie nadwyżek budżetowych. Późniejsi realizatorzy zaleceń Keynesa wzięli sobie do serca tylko tę pierwszą część zaleceń.
Keynes dał podbudowę teoretyczną dla polityków pragnących nieść dobro (chciane czy też
niechciane) i wygrywać dzięki temu kolejne wybory. Nie można było przecież nie wyznawać poglądów kogoś, kto twierdził, że państwo powinno mieć znaczący wpływ na gospodarkę, szczególnie jeśli się uczestniczyło w zarządzaniu tym państwem za określone profity.
Keynesizm zyskał ogromną popularność w okresie Wielkiego Kryzysu lat 30-tych XX wieku i w zasadzie do dnia dzisiejszego jest na salonach widziany chętnie i lubiany bardzo. Powszechnie przyjęło się przecież, że zastosowanie zalecanego przez Keynesa interwencjonizmu doprowadziło do przezwyciężenia Wielkiego Kryzysu, dlatego także dzisiaj widzi się w nim patrona ożywienia po ostatnim krachu.
Zdanie odmienne w tej kwestii mają jednak przedstawiciele starszej od keynesizmu szkoły austriackiej. Za najwybitniejszych jej przedstawicieli uważa się Ludwiga von Misesa i Friedricha Augusta Hayeka, noblistę, który zresztą odważył się wejść w bezpośrednią polemikę z Keynesem w czasach jego świetności. Zainteresowanie teoriami „Austriaków” wzrosło zdecydowanie w ostatnich latach, po wybuchu niedawnego krachu, którego logika wpisuje się całkiem zgrabnie w tzw. austriacką teorię cyklu koniunkturalnego.
Przedstawiciele szkoły austriackiej, w przeciwieństwie do keynesistów, odpowiedzialnością za zło w gospodarce obarczają nadmierne mieszanie się państwa w życie gospodarcze. Stymulowanie dobrobytu przez władze prowadzi według „Austriaków” do późniejszych załamań, dlatego należy wykazywać szczególną podejrzliwość w czasach dobrej koniunktury. Austriacy dowodzą, że rynek najlepiej samodzielnie dochodzi do stanu równowagi poprzez mechanizm cenowy, a państwo nie może efektywnie rozporządzać zasobami, jako że nie dysponuje odpowiednim zasobem informacji dla tego celu. Motorem rozwoju nie jest zagregowany popyt, ale zasób oszczędności w gospodarce, który daje podstawy do dokonywania inwestycji
kapitałowych. Sztuczne zaniżanie poziomu stóp procentowych (w skrócie: „drukowanie pieniądza bez opamiętania”) jest złe, powoduje wzrost, a przede wszystkim zmianę struktury cen, a tym samym wysyłanie fałszywych sygnałów do inwestorów, którzy lokują wówczas kapitał w przedsięwzięcia bardziej ryzykowne i takie, których nie podjęliby się w “normalnych” warunkach, a robią tak, gdyż mają złudzenie bogactwa. Na końcu tej układanki jest recesja, która polega na zawieszeniu konsumpcji i odbudowaniu oszczędności, co dopiero może przywrócić równowagę w gospodarce. Tym, co chyba najbardziej wyróżnia “Austriaków” spośród wszystkich bodajże współczesnych szkół ekonomii, jest postulowanie powrotu do standardu złota w miejsce obowiązującego dzisiaj systemu pieniądza papierowego.
Krok trzeci: wybrać obóz?
Różnice w postrzeganiu gospodarki są w przypadkach powyższych dramatyczne, a consensus wydaje się niemożliwy. Szczegółowe zgłębienie różnic w poglądach obu szkół ekonomicznych daje obraz tak wielkiego pola bitwy na argumenty, że aż prosi się, by jakaś telewizja opracowała wreszcie format pozwalający ubrać to wszystko w jedno wielkie atrakcyjne widowisko.
Ocena tego, która ze szkół jest bliższa prawdy w swoich tezach wymaga czasu i weryfikacji teorii z rzeczywistością. Jeśli wierzyć „Austriakom”, kolejny krach nadchodzi wielkimi krokami, jako że dzisiejsza polityka zadłużania i “drukowania pieniądza” stosowana przez mocarstwa gospodarcze jest skazana na klęskę. Jeśli rację mają keynesiści, polityka monetarna może być jeszcze luźniejsza, a prosperity wraca wielkimi krokami. Ale że już aż od pięciu lat?
Bonus
Powyższe kwestie w sposób atrakcyjny, dynamiczny i muzyczny przedstawiono najlepiej w poniższych filmikach (warto włączyć opracowane znakomicie przez członków Instytutu Ludwiga von Misesa polskie napisy):
http://www.youtube.com/watch?v=whGlF-hjCaI
http://www.youtube.com/watch?v=nSt4vCbmle0
Paweł Kopieć
Autor jest z wykształcenia ekonomistą, z zawodu finansistą, doradza głównie spółkom komunalnym przy przygotowaniu i realizacji inwestycji infrastrukturalnych. Mieszka w Krakowie.
W następnych odcinkach między innymi:
Dlaczego nie można wszystkim po prostu dać więcej pieniędzy?
„Prywaciarz chce się tylko nachapać”
„Trzeba chronić/tworzyć miejsca pracy”
„Tego kryzysu nie mógł nikt przewidzieć”
Antykryzysowy Pakiet Frondowy w każdą środę na Fronda.pl.
Dostępny również w całości WYŁĄCZNIE W PRENUMERACIE jako dodatek do kwartalnika Fronda.
A w kolejnej “Frondzie”:
Jakie poglądy ekonomiczne ma papież?
Rodzina a kryzys na przykładzie rodzin wielodzietnych.
Czy polityk może coś poradzić na ubóstwo w kraju?
Co robi kryzys ekonomiczny z kulturą?
Psycholog o sposobach radzenia sobie z trudną sytuacją finansową.
