Wizyta patriarchy Cyryla I w Polsce była wydarzeniem szeroko komentowanym nie tylko przez ludzi Kościoła, ale także publicystów i polityków. Jedni przywiązywali do niej ogromną wagę, inni krytykowali jako kompletnie nietrafiony pomysł. Jedynym komentarzem, na jaki z tej okazji „wysilił się” Janusz Palikot było zamieszczenie na swoim blogu na portalu Natemat.pl parszywie przerobionej ikony Matki Boskiej, która ma twarz Jarosława Kaczyńskiego, zamiast Dzieciątka Jezus trzyma... kota.

 

Taką żenadę (posła z Biłgoraja stać chyba jedynie na tyle) można by pominąć jedynie właściwie milczeniem i pozostawić tylko w sferze jego politycznego niebytu. Moją uwagę zwrócił jednak komentarz pani Magdaleny Środy w dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”, z którą – o dziwo – mogłabym się wyjątkowo zgodzić. - Tak jednak, jak wolałabym, żeby osoby religijne pracowały nad swymi uczuciami, a nie nad systemem kar zsyłającym ludzi do więzień i łagrów, tak chciałabym, by osoby publiczne pracowały nad swoim poczuciem smaku i kultywowały to, co od XIV wieku nazywano w Europie ''zewnętrzną ogładą'' lub ''ucywilizowaniem'', a więc starania, by nie urażać ludzkich uczuć (nie tylko religijnych), ale je kształtować podobnie jak smak, kulturę osobistą, grzeczność. Przez wieki taka właśnie była rola osób publicznych, w szczególności politycznych elit. Dziś - najwyraźniej - dziedzictwo to zostało zupełnie zapomniane – napisała komentując „wyczyn” Palikota.

 

Prof. Środa przyznaje, że najbardziej dotknęło ją dorobienie Matce Bożej twarzy Kaczyńskiego. - Nie zasłużyła na to. Mimo braku wiary czuję do niej wielką sympatię. Była dzielną kobietą w patriarchalnym, okrutnym świecie, pełnym Kaczyńskich, Ziobrów i Millerów. Nie podoba mi się również wykpiwanie miłości, jaką żywi prezes PiS do kota (na ''ikonie'' w roli Jezusa). To najbardziej ludzka i sympatyczna strona Kaczyńskiego – napisała publicystka „GW”.

 

I tu właściwie kończy się pole mojej zgody z prof. Środą, bo lekkie podszczypnięcie Palikota najwyraźniej musiała ona zrównoważyć zbesztaniem Kaczyńskiego. - Bo po to by obśmiewać ''religię smoleńską'', najpierw trzeba ją stworzyć. Zrobił to Jarosław Kaczyński, który z jakichś powodów uważany jest za polityka poważnego, choć nim nie jest. Chyba że za miarę powagi uznać cynizm – napisała Środa. Tu właściwie można by powiedzieć tylko tyle, że cynicznym jest raczej nazywanie pielęgnowania pamięci po ofiarach katastrofy czy domagania się wyjaśnienia jej przyczyn tworzeniem „religii smoleńskiej”.

 

Nie ma czegoś takiego jak „religia smoleńska” z Jarosławem Kaczyńskim jako zwierzchnikiem. Jasne, można się zastanawiać na tym, czy pewne środowiska nie tworzą wokół tragedii smoleńskiej zbyt wielu mitów, nie okładają tego wydarzenia nieco infantylną otuliną mieszanki profetyzmu i mesjanizmu, co w moim odczuciu może jedynie zaszkodzić katastrofie smoleńskiej, która sama w sobie była straszną tragedią. Nie dalej niż wczoraj znalazłam na przykład na jednym z prawicowych portalów internetowych wspomnienie o śp. Marii Kaczyńskiej, które zatytułowane było tak: „Pewnie i dziś, tam w górze, śp. Maria Kaczyńska niesie mężowi kanapki, kładzie głowę na ramieniu i strzepuje pyłek z ramienia”, co w moim odczuciu jest średnio poważne. Ale przecież ci ludzie mają prawo do takiego, a nie innego pielęgnowania pamięci! Nikt im nie może także zabronić spotykania się każdego 10. dnia miesiąca na „Marszu Pamięci” o ofiarach katastrofy, tak samo jak nie zabraniał (i nie zabrania) na przykład wieców politycznych wspomnianego wyżej Janusza Palikota. I jakoś nikt, także prof. Środa nie nazywa tego „religią palikocią”.

 

Pani etyk, apeluje na koniec swojego felietonu, abyśmy dali sobie „spokój z karykaturowaniem życia politycznego i religijnego. Nader często jest ono swoją własną karykaturą”. Ależ dlaczego? Jeśli działania miłościwie nam panującej Platformy Obywatelskiej nie pozostawiają już niczego innego, jak tylko obśmiania (szkoda nerwów, bo i tak niczego one nie zmienią), to pozostaje tylko przymrużenie oka. Dajmy sobie raczej spokój z „religią smoleńską”, bo to dyskutowanie o czymś, czego nie ma.

 

Marta Brzezińska