Marta Brzezińska: Masz sprawdzony patent na udane małżeństwo?
Michał Piekara: Ależ oczywiście, że mam taki patent! Jest niezwykle prosty i składa się zaledwie z trzech słów: KUP MOJĄ KSIĄŻKĘ! (śmiech). W swojej ostatniej książce „Razem przez życie. Przewodnik dla małżeństw, które pragną zwyciężać” dotykam najistotniejszych elementów pozwalających nam budować szczęśliwe i udane małżeństwo. Pozwól, że nie będę ich tutaj zdradzał. Ciekawość często staje się początkiem czegoś nowego. Tak jest z moją książką, tak jest i w relacjach.
Ustalmy na początku reguły gry – ja się tylko wcielam w rolę adwokata diabła (śmiech) – na co komu jeszcze małżeństwo? Przecież to tylko papierek, a dwoje ludzi i tak mocniej łączy kredyt. To po co brać ślub?
Ten papierek jest wyrazem przynależności do siebie na dobre i na złe. Małżeństwo zabezpiecza związek i czyni go bardziej odpornym na trudy życia. I to nie jest zasługa owego papierka, co raczej przekonania i świadomości małżonków, że wzięli za siebie i swoje małżeństwo odpowiedzialność. Wprawdzie można mnożyć argumenty przeciwko małżeństwu, ale warto na nie spojrzeć z perspektywy dziecka. Dla dziecka jest ważne czyje nazwisko nosi, czy rodzice są małżeństwem. Daje mu to poczucie bezpieczeństwa, które jest podstawą jego dobrego rozwoju. Jeśli kilka osób ma jakiś pomysł biznesowy, zakłada spółkę. Formalizuje wzajemną relację zawodową i odpowiedzialność za wspólny projekt. Marka staje się silniejsza. Pracując jako terapeuta małżeński widzę istotną różnicę w podejściu do kryzysu w związku pomiędzy małżonkami, a osobami które „umówiły się na związek”. Ci pierwsi mają zwykle zdecydowanie więcej determinacji, by zawalczyć o swoją relację. Ci drudzy w momencie kryzysu często łatwiej się rozstają.
Jak szukać tego jednego jedynego? Czasem w babskiej prasie pojawią się takie „dobre rady”, żeby wyjść, częściej spotykać się z ludźmi, ale to przecież strasznie banalne.
To banalne, ale myślę, że bardzo prawdziwe. Trudno spotkać „Pana cudownego” siedząc w domu i licząc na to, że sam zapuka do drzwi. Przez przeszło rok pracowałem z osobami, które poszukują życiowego partnera. I bardzo często nasze rozmowy przyjmowały następujący obrót: „Michał, powiedz mi co mam zrobić, by nie być samotny?”. Moja odpowiedź: „A co robiłeś do tej pory?”. Pada odpowiedź: „No… rozwijam się, inwestuję w siebie.” „A z kim spędzasz najwięcej czasu? Z kim dzielisz się tym, co w sobie rozwinąłeś? Z przyjaciółmi?” I wtedy słyszę na przykład taką odpowiedź: „Z mamą”. Wtedy staram się wyjaśnić, że związki partnerskie z własną mamą są zabronione. Chodzi o to, że ryby rzadko same wskakują do łódki. Szanse na połów wzrastają, kiedy zarzuci się sieć (śmiech).
Skąd mieć pewność, że to już ta osoba, że za kilka miesięcy czy lat nie spotkam kogoś, kto będzie do mnie lepiej pasował?
Nie ma takiej pewności! Bardzo niebezpieczne jest przekonanie, że skoro kogoś już poznałem, ba!, zawarłem nawet związek małżeński, to już nigdy w nikim innym się nie zakocham. Błąd takiego myślenia polega na tym, że małżeństwo lub związek wyłącza w nas automatycznie uczucia. Tak się nie dzieje. Dlatego uczucia nie mogą być wystarczająca gwarancją związku. Tym co pozwala małżeństwu trwać do końca życia jest podjęta w sercu decyzja. Decyzja, która pozwala mi trwać przy osobie, którą wybrałem i która wybrała mnie. Spotkanie kogoś, kto pasowałby lepiej nie ma wtedy znaczenia.
Załóżmy na potrzeby tego wywiadu, czysto hipotetycznie (śmiech), że już tego faceta jedynego znalazłam, ale nurtuje mnie – jakże popularne, jak dowodzą artykuły w babskiej prasie – pytanie, „jak go przy sobie utrzymać”? Michale, jak trzeba „utrzymywać” przy sobie faceta?
Paradoksalnie dając sobie wolność! Zbyt często obserwuję, że kobiety, które kurczowo trzymają swoich mężczyzn przy sobie z zadziwieniem patrzą potem, jak się oni od nich oddalają. Nadmierna chęć „trzymania przy sobie” nosi zwykle znamiona zaborczości. A to krótka droga do odczuwania duszności w małżeństwie. Im bardziej próbuje się zatrzymać partnera (na przykład poprzez kontrolowanie, narzucanie swojej obecności etc.), tym bardziej poszukuje on wolności, którą łatwo jest znaleźć poza małżeństwem: w innych związkach, w pracy, pasjach. Często korzystam z takiego porównania: jeśli weźmiesz w dłoń piasek, to im bardziej zaciskasz dłoń, tym więcej piasku się wymyka twoim palcom. Jeśli jednak ten sam piasek będziesz trzymać na rozwartej dłoni, to pozostanie go znacznie więcej. Wolność rozumiem, jako wyznaczenie elastycznych granic w dwóch przestrzeniach: związku, jako całości względem innych osób oraz pomiędzy osobami budującymi ten związek. Nadmierne zlanie się małżonków w jedno bardzo ogranicza rozwój relacji. Jeśli dajemy wolność, dajemy dowód naszego zaufania. Zaufanie jest z kolei fundamentem szacunku. A szacunek fundamentem miłości.
Jak poradzić sobie z rutyną, która prędzej czy później, wkracza do związku? W jednym z wywiadów mówiłeś o „randkach małżeńskich”. Ok, ale jak znaleźć czas na randkę, jak się pracuje, studiuje i jeszcze ma dziecko?
Wpisać do kalendarza (śmiech). Ja wpisuję. Wówczas mam pewność, że mi to nie umknie w natłoku spraw codziennych. Jeszcze lepiej jest ustalić stały dzień na małżeńskie randki. Może się wydawać na pierwszy rzut oka, że to bardzo mało romantyczne, wręcz odarte z uczuć i potwornie pragmatyczne. Cóż, taka jest też nasza rzeczywistość – rządzi się prawami planowania. Do spontaniczności i romantyczności zachęcam mówiąc o treści randkowego spotkania. To tutaj jest okazja do miłosnego festiwalu! Z żoną ustaliliśmy już wiele lat temu, że organizujemy randki na zmianę. I pomysły nie powinny się powtarzać! Po kilku latach małżeństwa nie ma mowy o braku pomysłowości! W kwestiach finansowych proponuję założenie Funduszu Małżeńskiego, który byłby zasilany drobną kwotą co miesiąc i wykorzystywany na rozwijanie relacji małżeńskiej. Część z osób ustala procent, jaki po wypłacie oddaje na ten cel. To dobry zwyczaj! Potrafimy planować remont mieszkania, czy samochodu i spinać się na całego, by go doprowadzić do końca. Często znacznie mniej skłonni jesteśmy remontować nasze związki. Podsumowując: pilnować zasad, planować wspólny czas, rozwijać relacyjną kreatywność, zabezpieczyć finanse na ten cel. A reszta przyjdzie sama. Aha, no i proszę się nie bać zostawiać dziecka pod opieką babci, cioci lub koleżanki! Drogie panie, spróbujcie, a nie pożałujecie! (śmiech)
Załóżmy, że czekamy z seksem do ślubu. Pobieramy się, oczywiście, nie stosujemy antykoncepcji i ciach – zachodzimy w ciążę. Dziewięć miesięcy małżeństwa i pojawia się dzidziuś i cała masa obowiązków, a my jeszcze nie nacieszyliśmy się sobą. I co dalej?
Jak to co? Rodzina! I cieszenie się sobą nie tylko w roli partnerów, ale również rodziców! Oczywiście towarzyszy temu ryzyko, że zaangażowanie w dziecko przesunie na dalszy plan zaangażowanie w siebie nawzajem. Z drugiej jednak strony świadome przeżywanie macierzyństwa i ojcostwa, a zarazem wspólnie rodzicielstwa może bardzo zbliżyć małżonków. Zwykle zwiększa również poczucie odpowiedzialności za powstałą rodzinę. Jednym słowem, nieplanowany dzidziuś staje się okazją do nieplanowanej wcześniej radości! Poza tym można planować poczęcie dziecka korzystając z naturalnych metod planowania rodziny.
Jak pielęgnować miłość, żeby dawała ona radość przez całe życie, a nie kilka pierwszych miesięcy/lat?
Przede wszystkim proponuję aby stworzyć i dbać o proste małżeńskie rytuały. To one pozwalają podtrzymywać małżeńskie zaangażowanie w związek, co jest najlepszym gwarantem satysfakcjonującego małżeństwa. Do typowych rytuałów należą na przykład: randkowanie, wspólne posiłki, wyjazdy we dwoje, dialog. My z żoną mamy swoje rytuały. Ostatnio najbardziej zbliża nas rytuał porannego śniadania we dwoje. Spodziewamy się kolejnego dziecka, skutkiem czego żona kładzie się spać dużo wcześniej niż ja. Natomiast rano wstaję skoro świt i odczuwamy brak wspólnego czasu we dwoje, bez dzieci. W ciągu dnia to się po prostu nie udaje. Więc od jakiegoś czasu, kiedy ja wstaję do pracy moja żona wstaje razem ze mną. Szykujemy razem proste śniadanie i mamy te pół godziny razem, we dwójkę. Dzieci jeszcze śpią i możemy oddać się krótkiej rozmowie, czasem wspólnej modlitwie lub po prostu w milczeniu delektujemy się sobą i filiżanką herbaty.
I na koniec – czym dla Ciebie, z perspektywy doświadczonego męża i ojca jest miłość? Bo chyba diametralnie różni się od tego, co widzimy w kinach, albo co możemy wyczytać w prasie.
Moje definiowanie miłości zmieniało się w czasie. W tej chwili bardzo doceniam w miłości aspekt ofiarności. Kiedyś dawno temu usłyszałem zdanie, który wryło się w moją pamięć bardzo mocno i na nowo odkrywam jego sens i piękno: miarą miłości jest ofiarność. Innymi słowy, im większa ofiarność, tym większa miłość. A zatem dla mnie miłość łączy się z ofiarną posługą mojej żonie i dzieciom. Czasem objawia się to chodzeniem spać ostatnim, aby przygotować jakąś niespodziankę dla moich dzieci. Innym razem rezygnację z uporu i dumy, aby pojednać się z żoną. Jeszcze innym to planowanie budżetu tak, aby mógł w każdym miesiącu odłożyć drobną kwotę na wspólny weekendowy wyjazd. Czasem ofiarność przyjmuje formę obecności oraz zaangażowania we wspólny czas pomimo zmęczenia. A temu wszystkiemu towarzyszy radość z przekonania, że spędzimy razem całe życie i że staramy się czynić je jak najpiękniejszym!
Rozmawiała Marta Brzezińska
*wywiad przeprowadzony do ostatniego numeru "Niecodziennika"
