W zasadzie moglibyśmy się cieszyć, że ożywione zainteresowanie międzynarodowe dużej części zachodniej inteligencji skierowało swoją uwagę na Węgry. Budzi przecież radość fakt, że węgierska elita polityczna i wspólnota wyborców otrzymują z zewnątrz sygnały zwrotne związane ze specyficzną sytuacją polityczną na Węgrzech. Problem jednak w tym, że ponieważ język węgierski jest niedostępny większości intelektualnych celebrytów, opierają oni swe opinie na informacjach prasowych lub przesadzonych politycznych oświadczeniach. Te zaś, nawet w przypadku zachodnich gazet, wielkich agencji prasowych czy mediów elektronicznych, często okazują się niepewne. 

 

Niestety, również prof. Fukuyama korzystał z nierzetelnych danych. Świadczy o tym jego artykuł, który ukazał się w kierowanym przez niego „The American Interest”, oddzielonym od neokonserwatywnego „The National Interest”. Kłopot nie tyle w zawartych tam, a wziętych z sufitu, oskarżeniach, jakoby nowa Konstytucja obniżyła  wiek emerytalny sędziów Trybunału Konstytucyjnego albo  że Orbán wprowadził chaos w węgierskiej gospodarce. Takie kwestie należą do prostej sfery faktów i – choć tego typu fałszywe oskarżenia denerwują – to zasadniczo łatwo powinny dać się skorygować.  

 

O wiele bardziej niebezpieczne są jednak uogólnienia, które po części opierają się na rzeczywistych problemach, a po części na podobnych do wyżej wspomnianych, z powietrza wziętych, stwierdzeniach. Takie uogólnienia działają jak jednoznaczne piętna. Fukuyama wprawdzie uznaje, że w systemie politycznym nie ma problemu z formalnym uznaniem legitymacji do sprawowania rządów, uważa jednak, że rzeczywiście godny krytyki był proces przyjęcia nowej Konstytucji, który przebiegł zbyt szybko i bez włożenia energii na rzecz zaangażowania do niego opozycji.  

 

(…) Według Fukuyamy Orbán raczej doprowadzi do zakazania opozycji, niż wchodzenia z nią w dyskusję. Ze swej strony powiedziałbym, że choć poczynania premiera nie wykluczają możliwości rodzenia się takich lęków, to jednak w żaden sposób nie potrafię sobie wyobrazić, że dawny człowiek demokratycznej opozycji teraz sam zacząłby zakazywania działalności partii. Przyznaję wprawdzie rację Fukuyamie, że są pewne punkty, w których FIDESz przekroczył granice elegancji lub tego, co odpowiada mojemu gustowi i temu, co jest przyjęte w zachodniej kulturze politycznej (rzeczywiście takie jest np. konstytucyjne obwarowanie systemu podatkowego), nie uważam jednak, by Orbán używał władzy, którą został obdarzony przez wyborców, do uciszania opozycyjnej prasy. Osobiście sprzeciwiam się cofnięciu pozwolenia na działalność Radia Klub, uważam to za nie do przyjęcia. Decyzja Rady ds. Mediów nijak ma się jednak do kwestii Konstytucji, nawet wtedy, gdy na czele tego urzędu zasiada delegowany dawny polityk FIDESzu. Wszak decyzja Trybunału Konstytucyjnego wystarczająco jasno pokazuje, że dziś na Węgrzech w obszarze regulacji dotyczących mediów rząd nie może mieć monopolu. 

 

Kolejny mój problem z argumentacją Fukuyamy to fakt, że międzynarodowe wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Węgier uważa on za coś zupełnie uprawnionego. Wprawdzie na początku artykułu on sam uznaje, że Orbán legalnie zdobył w Parlamencie konstytucyjną większość (2/3), jednak jest zdania, że organa międzynarodowe oraz europejskie (zupełnie nie rozróżnia tych dwóch poziomów) mogą ręcznie sterować wewnętrzną polityką kraju. Rzecz jasna, tak jak rząd, ja również akceptuję procedury, opierające się na podstawie upoważnień danych odpowiednim instytucjom Unii. Uważam jednak za niedopuszczalne zagraniczne próby pouczania rządu w państwie prawa (z artykułu widać, że co do formy również Fukuyama nie krytykuje podziału władzy na Węgrzech). Co powiedziałby słynny profesor w przypadku odwrotnym, gdyby to Węgry w swej zagranicznej polityce spróbowały poczynić podobne kroki w stosunku do amerykańskiego lub europejskiego rządu, uważanego na podobnej zasadzie za autorytarny? Jeśli dostrzeżemy nierealność takiego scenariusza, wtedy już jaśniejszym staje się przekaz Fukuyamy. 

 

Trzeba pamiętać, że „The American Interest” to czasopismo, które wśród swoich celów zakłada intencję wpływania na globalną politykę USA. Jasnym jest więc, że Fukuyama posługuje się językiem siły, a gdy w związku z Węgrami zastanawia się nad pozornym brakiem wiarygodności instytucjonalnej kontroli, to w rzeczywistości dodaje odwagi amerykańskiemu przyjmowaniu globalnej roli – w duchu prawdziwego neokonserwatysty, na przekór temu, że już jakiś czas temu zerwał z dawną grupą Irvinga Kristola. Na dodatek, stawiając pod znakiem zapytania zaufanie do instytucji, w rzeczywistości sam budzi w czytelnikach nieufność do zdolności działania demokratycznej struktury. 

 

Na takie wyzwanie odpowiedź strony węgierskiej nie będzie mądra, jeśli przyjmie ona podobnie agresywny ton. Potrzeba raczej, by obie strony znalazły wspólne interesy. Idąc tym torem oba, zresztą sprzymierzone kraje potrafią razem działać. Po liście Béli Liptáka i setek amerykańskich Węgrów, w którym protestują z powodu listu Hillary Clinton do Viktora Orbána, trzeba, by również dla szykującej się do wyborów Ameryki oczywistym się stało, że w interesie USA nie może leżeć całkowite odizolowanie sprzymierzonego państwa, szczególnie że – jak pokazał to Pokojowy Marsz z 21 stycznia br. – rząd Orbána, na przekór atakom, cieszy się znacznym poparciem wyborców. 

 

Ferenc Hörcher