Przedstawimy fragment książki pt. „Inka. Zachowałam się jak trzeba” Piotra Szubarczyka. Wraz z książką znakomity spektakl „INKA 1946” Wojciecha Tomczyka w reżyserii Natalii Korynckiej-Gruz. Portal Fronda.pl jest patronem tego wydania.



„Sąd”


Podczas „procesu” w trybie doraźnym najbardziej obciążające „Inkę” zeznania złożył niejaki Adamski, który był przez kilka miesięcy wartownikiem w UB. Jego zeznania są obszerniejsze niż wszystkie pozostałe. Bardzo obrazowo, plastycznie opisał swój pierwszy (i ostatni) udział w akcji przeciwko leśnemu oddziałowi w Tulicach pod Sztumem. Miał wtedy 18 lat. Oświadczył, że „Inka” „rozkazała” rozstrzelać na miejscu akcji dwóch funkcjonariuszy UB, jego kolegów. Miała rzekomo powiedzieć: Poznaję te ubeckie mordy... Rozstrzelajcie ich!


Olgierd Christa tak to skomentował: To idiotyzm. Tak może twierdzić tylko ktoś, kto w ogóle nie ma pojęcia o wojsku. Nas obowiązywała żelazna dyscyplina. Sanitariuszka, do tego siedemnastoletnia, nie wydawała żadnych rozkazów. Na pewno nie w obecności „Żelaznego” albo mojej!


Jan Hap „Sztywny”, żołnierz szwadronu, uczestnik akcji powiedział: W Tulicach jedynym uprawnionym do wydawania rozkazów był „Żelazny”, potem „Leszek”. Jestem pewny, że „Inka” nigdy nie strzelała do nikogo podczas akcji.

 

 

Ciekawe są okoliczności, w jakich Adamski uratował życie, choć był funkcjonariuszem UB. Jego kolegów rozstrzelano. Kiedy po poddaniu się milicjantów i ubowców łupaszkowcy podeszli, żeby ich rozbroić, zobaczyli ciężko rannego milicjanta pozostawionego samemu sobie w rowie. Co z was za koledzy! – oburzył się któryś z chłopaków „Żelaznego”. Adamski błyskawicznie zerwał z siebie koszulę, porwał ją i zaczął opatrywać milicjanta. To uratowało mu życie, bo chłopcy od „Żelaznego” cenili takie zachowanie. W tym samym czasie „Inka” opatrywała na samochodzie rannego podczas akcji dowódcę szwadronu Zdzisława Badochę „Żelaznego”.

 

Poza Adamskim mętne, sprzyjające oskarżycielowi zeznania złożyło też kilku ubeków i milicjantów. W latach 90., pytani przez prokuratorów IPN o wyjaśnienia, odwoływali tamte zeznania i tłumaczyli się, że bali się i nie czytali tego, co podpisują. Jeden dla ratowania skóry powiedział łupaszkowcom, żeby go oszczędzili, ponieważ w czasie okupacji był w Armii Krajowej. Teraz bał się, że ktoś go sypnie. Bał się, chociaż w AK nigdy nie był... Powiedział „sędziom”, że słyszał komendę rozstrzelania wydaną głosem kobiecym. Niech tam mają, czego chcą... Tacy to byli świadkowie „zbrodni” „Inki”. Z jednym wyjątkiem.

 

 

Sprawiedliwy

 

Milicjant Mieczysław Mazur nie musiał w latach 90. niczego odwoływać. Powiedział to samo, co w 1946 roku przed komunistycznym „sądem”. Spotkał „Inkę” podczas akcji pod Sulęczynem w powiecie kartuskim, na Kaszubach. Był ranny. Kiedy szwadron „Żelaznego” wycofywał się pospiesznie, „Inka” pomyślała także o rannym milicjancie i z odjeżdżającego samochodu podała mu opatrunek. W roku 1993 Mazur dodał jeszcze: Dziewczyna ta występowała w grupie żołnierzy podziemia (...) jako sanitariuszka, z torbą czerwonego krzyża (...). To była młoda, ładna dziewczyna.

 

Zeznanie z 1946 roku nie zaszkodziło Mazurowi. Pozostał w milicji. Może więc warto inaczej spojrzeć na zeznania w rodzaju „bałem się”, „takie to były czasy...”? A jak ocenić prokuratora, który po latach opowiadał, że sprawę „Inki” wciśnięto mu na korytarzu i musiał robić to, co kazali, czyli wnioskować o karę śmierci? Potem okazało się, że kłamał. Tego samego dnia jeszcze dwukrotnie żądał kary śmierci – dla osób równie niewinnych jak „Inka”.

 

Wśród sędziów, którzy 3 sierpnia 1946 roku (już 14 dni po aresztowaniu!) skazali „Inkę” na śmierć, na uwagę zasługuje kapitan Kazimierz Nizio-Narski. W czasie wojny pracował w niemieckiej Kriminalpolizei. Po sprawie „Inki” został zdegradowany do stopnia szeregowca i skazany na osiem lat więzienia. Za to, że był w Kripo? Bynajmniej. Za ukrycie tego faktu przed władzami...

 

Łaska Bieruta

 

Skazana na śmierć przebywała samotnie w izolatce, czekając na egzekucję. Miała jeszcze jedną szansę: prośba o łaskę do Bieruta. Taka prośba wpłynęła do „obywatela Prezydenta” nazajutrz po wyroku. Podpisał ją jednak obrońca z urzędu Jan Chmielowski. „Inka” odmówiła. Może właśnie to miała na myśli, prosząc o przekazanie babci, że zachowała się jak trzeba?

 

Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Ten fakt zasługuje na komentarz. Bierut miał kilkoro dzieci z różnymi kobietami. Według biografów, uczuciowo najbardziej związany był z Aleksandrą, córką Małgorzaty Fornalskiej. Widać ich razem na zdjęciu w Sopocie, latem 1946 roku. Właśnie wtedy... Aleksandra urodziła się w roku 1928, tak jak Danka. Mimo to „obywatel Prezydent” zachował się tak jak się zachował.

 

 

Niech żyje Polska!

 

Ksiądz Marian Prusak był wikarym w gdańskim kościele garnizonowym. W roku 2001 powiedział pracownikom gdańskiego oddziału IPN:

Kiedy po mnie przyjechali, była noc – pierwsza, może druga (...). Uczestnictwo w egzekucji przyjąłem z niechęcią, choć to przecież obowiązek. (...) Oddziałowy zaprowadził mnie najpierw do tego pana [Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”]. Kiedy wszedłem do celi, widziałem przeraźliwy smutek w jego twarzy. Pierwsze słowa, z którymi zwrócił się do mnie, brzmiały: „No tak, jednak nie skorzystano z prawa łaski...” (...).


Potem przeprowadzono mnie do celi, w której na śmierć czekała młoda, szczupła dziewczyna w letniej sukience. Przyjęła mnie nadzwyczaj spokojnie, wyspowiadała się, a potem wyraziła życzenie, żeby o wyroku i o śmierci powiadomić jej siostrę. Mówiła to ciągle tak, jakby się nadal spowiadała. Czuliśmy, że możemy być obserwowani. Podała mi adres (...). W końcu poprowadzono mnie schodami, jakby do piwnicy. Oni już tam byli. Zdaje się w kajdankach albo z zawiązanymi rękami. Sala była niewielka, jak dwa pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im zawiązać oczy, nie pozwolili. Obok czekała zgraja ludzi, tak że było dosyć ciasno. Był wojskowy prokurator i pełno jakichś młodych ubowców. Ustawiono nieszczęśników pod słupkami. W rogu był stolik, skąd prokurator odczytywał wyrok i skąd dał rozkaz wykonania egzekucji. Była taka jakby wnęka, chyba czerwona nieotynkowana cegła, były słupki do połowy wysokości człowieka. Postawiono ich przy nich, nie pamiętam, czy ich przywiązano. Ci, którzy tam stali, nie uszanowali powagi śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Po zdrajcach narodu polskiego, ognia!”. W tym momencie skazani krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: „Niech żyje Polska!”. Potem salwa i osunęli się na ziemię (...). Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obydwoje po tej salwie żyli. Wtedy podszedł oficer i dobił ich strzałami w głowę. Nie wiem, kto to był. To było dla mnie nie do zniesienia (...). Nie pamiętam, jak znalazłem się w samochodzie (...). Mało z kim dzieliłem się tymi wspomnieniami. Nawet rodzinie nic nie powiedziałem. Zachowałem to w sobie. Śmierć „Inki” i „Zagończyka” przeżyłem jak śmierć kogoś bliskiego...


***

List Prezesa IPN

 

W sierpniu 1946 roku została stracona przez komunistycznych oprawców Danuta Siedzikówna „Inka” – sanitariuszka w oddziałach majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, walczących z narzuconym Polsce przez Sowiety reżimem (...)

 

Osób, które w swym powojennym życiorysie mają podobne karty, było wiele. Czcimy jednak pamięć „Inki” także z innego powodu. Mamy oto do czynienia z ofiarą bezdusznej i wyjątkowo bestialskiej zbrodni, popełnionej nie tylko w sali egzekucyjnej, która była miejscem kaźni, ale także na sali sądowej, gdzie w wyniku przeprowadzonej farsy, zewnętrznie tylko przypominającej proces sądowy, zapadł nieprawomocny wyrok, odgórna decyzja o zamordowaniu tej nastoletniej bohaterki. Mimo że na kartce papieru była decyzja sądu powzięta w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, to w rzeczywistości widniejące na niej podpisy są dowodem zbrodni i świadectwem złamania wszystkich, najbardziej podstawowych zasad sprawiedliwości. Ta kartka papieru, która zdecydowała o ostatecznym losie Danuty Siedzikówny, umożliwiła doprowadzenie zbrodni do końca. Stanowi paradoksalnie akt oskarżenia wobec wszystkich odpowiedzialnych za to niczym nieusprawiedliwione okrucieństwo.

 

Postać „Inki”, która gromadzi dzisiejszej nocy osoby chcące złożyć Jej hołd, niech będzie potępieniem zbrodni komunistycznej, jaka się dokonała w Gdańsku przed laty, i innych ówczesnych zbrodni (...)

 

Dr hab. Janusz Kurtyka

Prezes Instytutu Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu

Warszawa, 27 sierpnia 2006 rok


KSIĄŻKA i PŁYTA ZE SPEKTAKLEM "INKA"DO NABYCIA W KSIĘGARNI WYDAWNICTWA RAFAEL


Zdjęcia: 

Zdjęcie 1 (główne):
 
Sanitariuszka „Inka” z pistoletem maszynowym, pies w furażerce... Nawet w warunkach nieustannego zagrożenia młodzi ludzie szukali krótkich chwil radości i beztroski. Foto: Archiwum IPN.
 
 
Zdjęcie 2:
 
Ostatnie zachowane zdjęcie Eugenii Siedzikowej, matki „Inki”. Foto: Archiwum rodzinne Wiesławy Siedzik-Korzeniowej, siostry Danki-„Inki”, udostępnione autorowi do publikacji.
 
 
Zdjęci 3 (rodzinne):
 
Too ostatnia niedziela... Rodzina Siedzików w ostatnią niedzielę przed wybuchem wojny – 27 sierpnia 1939 roku. Danka stoi obok mamy. Po lewej stronie ojca starsza siostra Wiesia, po prawej młodsza Irenka. W środku, obok syna, Aniela Siedzikowa, o której przed śmiercią myślała Danka, wysyłając gryps z więzienia: Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba... Foto: Archiwum rodzinne Wiesławy Siedzik-Korzeniowej, siostry Danki-„Inki”, udostępnione autorowi do publikacji.