47-letni Marek został skazany w 1983 r. za zabicie Adeli Marie Simmons. Kobieta została w nocy zwabiona do samochodu i udała się na przejażdżkę wraz z Marekiem oraz Raymondem Wigley'em. Następnego dnia jej ciało odnaleziono na plaży. Lekarze stwierdzili, że kobieta została zgwałcona, a następnie uduszona.
Wigley został skazany na więzienie. Tam zmarł w 2000 roku. Marek w 1984 r., mając 22 lata został skazany na śmierć. Wyrok miał zostać wykonany w maju b.r. Pojawiły się jednak wątpliwości co do rozmiarów winy Mareka.
Pełnomocnik skazanego Martin McClain zapytał sędziego Jeffreya Levensona, czy ten słyszał "testament" Wigley'a wypowiedziany przed śmiercią. Przed egzekucją Wigley miał się przyznać, że to on zabił Simmons. Mieli to potwierdzić więźniowie, którzy odbywali z nim karę. "The Palm Beach Post" podaje, że sędzia oddalił roszczenia obrony, a jego decyzję potwierdził Sąd Najwyższy.
Coraz więcej wątpliwości co do zasadności kary śmierci dla Mareka zgłaszają miejscowi biskupi. - Nawet ci, którzy zrobili wielką krzywdę i ugodzili w ludzką godność stworzeni są na obraz i podobieństwo Boga. Egzekucje nie czynią społeczeństwa bezpieczniejszym i nie działają jako środek odstraszający - napisali w liście do gubernatora Charliego Crista. - Życie w więzieniu bez możliwości zwolnienia spełnia potrzeby karania i pozwala więźniom zastanowić się nad popełnionymi wykroczeniami. Czas przebywania w więzieniu może człowiekowi pomóc we wzbudzeniu skruchy i obudzić wyrzuty sumienia - argumentują.
Jednocześnie biskupi poinformowali o swojej sympatii do ofiary oraz jej rodziny. Adella Simmons pracowała jako administrator na katolickiej uczelni w Miami Shores. Tam też studiowały jej dwie córki, które w momencie śmierci swojej matki miały 21 i 23 lata.
MM/Thefloridacatholic.org
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

