Sørena cieszyła ta wyjątkowa relacja z ojcem, którego szczerze podziwiał. Bywały jednak chwile, gdy czuł się tym przytłoczony. Napisał w dzienniku: „Dlaczego nie wyrosłem jak inne dzieci, dlaczego nie byłem pochłonię­ty radością, dlaczego tak wcześnie musiałem wpatrywać się w królestwo westchnień, dla­czego przyszedłem na świat z wrodzonym lę­kiem, który ciągle ukazywał mi swoje oblicze, i dlaczego wystarczyło dziewięć miesięcy w łonie matki, żeby uczynić mnie tak starym, iż urodziłem się nie dzieckiem, lecz starcem”.


przekleństwo


Michael Kierkegaard miał pięćdziesiąt sie­dem lat, gdy w 1813 r. urodził się Søren, jego siódme i ostatnie dziecko. Był już wtedy czło­wiekiem zamożnym, znanym i szanowanym w ówczesnej Kopenhadze. Jego dzieciństwo upłynęło jednak w skrajnej nędzy. Pochodził z ubogiej rodziny chłopskiej, mieszkającej w jed­nej z wiosek na Półwyspie Jutlandzkim. Wy­chowywał się w rodzinie religijnej, należącej do dość rygorystycznego odłamu protestanty­zmu – wspólnoty braci morawskich.


Już jako dziecko ciężko pracował i nieraz doświadczył głodu. Być może już wtedy cier­piał na depresję, z którą zmagał się do koń­ca swojego życia. Być może też – jak sam zwierzył się w pewnym momencie synowi – to właśnie przeżycia z lat dziecięcych wzbudziły w nim „cichą rozpacz”, od której nie mógł się uwolnić. Chodziło zwłaszcza o jedno wydarze­nie z tego okresu. Otóż któregoś dnia kilkuletni Michael, wypasając owce, zziębnięty i głodny, wszedł na szczyt jednego ze wzgórz, wycią­gnął rękę, pogroził Bogu i przeklął Go za swój los. Ten moment słabości i zwątpienia zaważył na całej przyszłości tego wrażliwego dziecka – wychowanego w duchu predestynacji i starotestamentowego rozumienia grzechu jako czy­nu, który niechybnie sprowadza na człowieka śmierć. Odtąd jego życie było drogą do wiecz­nego potępienia, a kara za jego grzech ciążyć miała na nim i na jego potomkach.


mezalians


Nie wiadomo, w którym momencie Michael doszedł do takiego przekonania. Wiadomo natomiast, że jako dwunastolatek udał się do Kopenhagi, by pracować u swojego wuja han­dlującego nieruchomościami. Wykazał takie zdolności w tym kierunku, że po dwunastu la­tach miał już swoje własne przedsiębiorstwo, a po kolejnych piętnastu mógł już sobie pozwo­lić na „emeryturę”. Utrzymywał się z dywidend wypłacanych za inwestycję w obligacje oraz z czynszu z sześciu kopenhaskich kamienic.


Wiadomo też, że w 1794 r. ożenił się z Kristi-ne, która po dwóch latach zmarła bezdzietnie. Zaledwie rok później ożenił się ponownie – tym razem ze swoją służącą, Ane Sorwnsdatter Lund. Być może związek z niątrwał jeszcze za życia Kristine. Pierwsze dziecko Ane i Micha­ela urodziło się ledwie cztery miesiące po ich ślubie. Małżeństwo to było więc raczej zawarte z konieczności, w obawie przed przyjściem na świat nieślubnego dziecka. Sugerowały to tak­że wyjątkowe jak na tamte czasy zastrzeżenia majątkowe zawarte w intercyzie. Były one dla Ane na tyle niekorzystne, że interweniowała w tej sprawie ówczesna opieka społeczna. Nie­którzy podejrzewali, że Ane została zgwałcona lub uwiedziona przez Michaela Kierkegaarda, który zdecydował się na ślub z nią wyłącznie z powodu dziecka. Liczył się jednak z tym, że małżeństwo może się szybko rozpaść i chciał się finansowo przed tym zabezpieczyć.


Związek z Ane Sorwnsdatter przetrwał jed­nak blisko trzydzieści lat, mimo że nie była ona nigdy dla Michaela ani partnerką, ani towarzyszką. Była raczej tłem, koniecznym zapleczem dla jego intelektualnej pasji, którą rozwijał na emeryturze. Ane urodziła trzy córki i czterech synów – ostatni, Søren, przyszedł na świat, gdy miała 45 lat.


jak w rodzinnym…


Michael cierpiał najprawdopodobniej na de­presję lub na chorobę dwubiegunową obja­wiającą się naprzemiennymi stanami depresji i euforii. Kiedy przestał pracować w swoim przedsiębiorstwie, zaczął dużo czytać, dys­kutować i rozmyślać na tematy teologiczne, szukał przyczyny swojej nieustającej „cichej rozpaczy”. Uznał, że jedną z nich jest prze­kleństwo rzucone Bogu przed laty, a drugą – romans z Ane. Z czasem zaczął w ogóle obsesyjnie traktować seksualność jako grzech sam w sobie, którego konsekwencje ponosi nie tylko on, ale także jego dzieci. Starał się więc wychowywać je religijnie i surowo – tak, by one ustrzegły się pokus, którym sam uległ.


Życie zdawało się potwierdzać, że na rodzi­nie Kierkegaardów ciąży jakieś piętno. W1810 r. zmarła najstarsza córka, nieco wcześniej zmarł jej dwunastoletni brat. Prawdziwy dra­mat zaczął się jednak w 1832 r. – zmarła wów­czas kolejna z córek. Rok później – następ­na. W kolejnym roku śmierć zabrała jednego z synów i żonę Michaela. W 1836 r. odeszła ostatnia z córek. Poważnie chorował wówczas starszy brat Sørena, Peter Christian, ale wy­zdrowiał. Dwa lata później zmarła jednak jego żona. Dzieci Kierkegaardów zmarły przed ukończeniem 33 roku życia. Michael był prze­konany, że z powodu swoich grzechów będzie oglądał śmierć wszystkich swoich dzieci.


Søren dorastał więc w domu, w którym pa­nowała atmosfera lęku przed Bożą karą, skry­wanych grzechów i teologicznych dysput. Mat­ka była niemal nieobecna w jego wychowaniu – nie wspomina jej wcale ani w swoich dzienni­kach, ani w innej twórczości. Ojcem natomiast młody Søren był zauroczony. Z wzajemnością. Ojciec dostrzegał w nim tę samą wrażliwość, melancholię i „cichą rozpacz”. Nigdy o tym ze sobą nie rozmawiali, bo jak pisał potem Søren: „Ojciec sądził, że to on jest przyczyną melan­cholii syna, a syn sądził, że jest przyczyną me­lancholii ojca”.


bunt i wstrząs


Michael chciał, by jego beniaminek był my­ślicielem, poetą, dobrym chrześcijaninem. Wprowadzał go w świat dialektycznych dys­kusji, prowokował, podsycał wyobraźnię, sty­mulował jego umysł. Jednocześnie roztaczał nad nim całkowitą kontrolę. Nie pozwalał mu wychodzić z domu. W zamian proponował spacery po pokoju i trzymanie go pod rękę. Søren mógł decydować, gdzie „pójdą”. W jednej z książek tak opisał taki spacer: „I gdy tak spacerowali po pokoju, ojciec opowiadał o wszystkim, co po drodze widzieli; pozdrawiali przechodniów, hałasowały mijające ich wozy, zagłuszając głos ojca; owoce ulicznej han­dlarki kusiły jak nigdy dotąd”. Z jednej strony ojciec rozbudzał w nim fantazję, z drugiej wy­chowywał w poczuciu obowiązku, dyscypliny i bezwzględnego posłuszeństwa. Wszystko to było zanurzone w jakimś swoistym rozumieniu ideału chrześcijańskiego życia i nieustannym poczuciu winy oraz lęku.


Początkowo Søren realizował marzenia ojca: studiował teologię, rozwijał swoje talen­ty literackie, śledził myśl filozoficzną, głównie Hegla. Któregoś dnia jednak ojciec po pijane­mu powiedział „kilka słów”, z których wynika­ło, że w jego przeszłości „zdarzyła się jakaś straszna rzecz”. Co miał na myśli? Nie wia­domo. To niejasne wyznanie zmieniło jednak całkowicie jego obraz w oczach syna. Był rok 1936. Młody, zaledwie 23-letni, Kierkegaard postanowił uwolnić się od ojca obezwładnia­jącego jego wolę, wzmagającego w nim lęk przed życiem, ludźmi, zabawą. Chciał uciec z domu, w którym panowała nieustająca żałoba i strach przed przedwczesną śmiercią. Wypro­wadził się. Brylował w towarzystwie, noce spę­dzał w lokalach z ludźmi o wątpliwej reputacji, upijał się, zaciągał długi, ostentacyjnie i hała­śliwie przechadzał się pod domem ojca – jak­by chciał spróbować wszystkiego tego, przed czym ojciec usiłował go uchronić. Podczas jednego z takich hulaszczych wypadów, dał się namówić na wizytę w domu publicznym. Mimo że był już bardzo pijany, nie był w stanie przezwyciężyć wpojonego mu strachu przed seksualnością i poczucia winy. To zaś, co tam zobaczył, wstrząsnęło nim. Uciekł. W dzien­niku zapisał, że towarzyszył mu „zwierzęcy chichot”. Nie potrafił opisać tego, co przeżył, zanotował tylko westchnienie: „Mój Boże, mój Boże…”


Michael stale zabiegał o przychylność syna, udało mu się wreszcie namówić go do ponow­nego zamieszkania z nim. Søren zachował ambiwalentną ocenę ojca: z jednej strony podziwiał go, z drugiej mnożył pretensje o su­rowość wychowania. Dużo jednak rozmawia­li. Michaela dręczyły wyrzuty sumienia, obaj pozostali przy życiu synowie go pocieszali. Ci ostatni czekali na swoją śmierć. Søren wręcz obsesyjnie zajmował się wyliczaniem daty swojego odejścia z tego świata.


W 1838 r. Michael Pedersen Kierkegaard zmarł. Dożył sędziwego wieku, miał 82 lata, a jednak jego śmierć była dla synów zaskocze­niem, „trzęsieniem ziemi”. Runął rodzinny mit. Søren uznał, że ojciec złożył ofiarę, by urato­wać jego duszę, dlatego postanowił wypełnić jego pragnienia – zdał państwowy egzamin teologiczny, by po dwóch latach stać się kan­dydatem nauk teologicznych.


Regina


O ile relacja z ojcem ogromnie pobudzała ży­cie intelektualne Sørena, o tyle uniemożliwiała jakikolwiek związek z kobietą. Już w 1837 r. próbował się zaręczyć z Bolette Rordam. Kilka razy wybierał się do niej, by prosić ją o rękę, ale za każdym razem w ostatniej chwili tchó­rzył. Nie obawiał się tego, jak zostanie przyję­ty, bo wiedział, że umie oczarować kobiety. Bał się, że będzie musiał zwierzyć się jej z własnej melancholii, z trapiących go lęków i zahamo­wań.


Podczas jednej z wizyt u Bolette poznał Reginę Olsen, piętnastoletnią wówczas córkę radcy stanu. Zakochał się w niej bez pamięci.


/

Przez ponad dwa lata nie spotykał się z Reginą. Ciągle jednak o niej myślał. Latem 1840 r., po zdaniu egzaminu teologicznego, wykorzystał byle pretekst, by ją odwiedzić. Przez dwa kolejne miesiące spotykał się z nią dość często. We wrześniu poprosił ją o rękę, a ona się zgodziła. Został również przychylnie przyjęty przez rodzinę. Wydawałoby się, że wszystko zaczęło się układać, że udało mu się odrzucić dramatyczne dziedzictwo ojca. Tym­czasem Søren w dzienniku zapisał: „na drugi dzień wiedziałem, że się omyliłem. Pokutnik, jakim byłem, moje vita ante acta, moja melan­cholia, było tego dość. W owym czasie nie­wymownie cierpiałem”. Niektórzy biografowie sugerują, że po okresie euforii, kiedy był w sta­nie zdobyć się na oświadczyny, Søren popadł znowu w depresję, która nie pozwalała mu na zbudowanie żadnej zdrowej relacji. Wyrzuty sumienia dopadły go ze zdwojoną siłą. Chciał być z Reginą, a jednocześnie śmiertelnie bał się bliskości. Nie chciał jej tym zranić. Starał się więc delikatnie wycofać z obietnicy ślubu. Namawiał Reginę, by zerwała zaręczyny ze względu na jego chorobliwą melancholię. Ona jednak była w nim tak zakochana, że wyda­wało jej się, iż jest w stanie go uleczyć. Zde­cydowała się nawet odwiedzić go samotnie w domu, by współżyciem przyciągnąć go do siebie. Nie zdawała sobie sprawy, że właśnie tego najbardziej w tym związku się obawiał. Dla niego sfera seksualna wiązała się nie tyl­ko z lękiem, ale też z odrzuceniem, wstrętem, poczuciem winy.


Ostatecznie odesłał jej pierścionek zarę­czynowy, wymówił się od ślubu, tłumacząc, że musi się jeszcze wyszaleć, zanim wstąpi w związek małżeński. W jego wspomnieniach znajdujemy ślady cierpienia i zmagań z tego okresu. Wiedział, że rani Reginę, ale miał też poczucie, że tylko w ten sposób zdoła ją przed sobą uchronić. Kochał ją chyba do końca swego życia. Kilka lat później w jednej ze swych książek snuł wizje powrotu do Re­giny. Wyobrażał sobie, że ich związek będzie czymś w rodzaju mistycznego małżeństwa, w którym zamiast współżycia cielesnego będzie obcowanie dusz. W tym czasie jednak Regina zaręczona była już z kimś innym i tym samym marzenia Kierkegaarda nie mogły się zrealizo­wać.


lęk drogą do wolności?


Po zerwaniu zaręczyn rzucił się w wir pracy pisarskiej i naukowej. Pracował dużo, inten­sywnie i szybko, jakby chciał nadrobić stra­cony czas. Polemizował z Heglem, kłócił się z własnym Kościołem, szukał prawdziwego chrześcijaństwa. W ciągu kilku następnych lat powstały największe jego dzieła: „Albo-Albo”, „Bojaźń i drżenie, „Pojęcie lęku”, „Choroba na śmierć”, „Powtórzenia”.


Niezależnie od bogactwa myśli i głębi roz­ważań, prawie wszystkie publikacje z tego czasu pośrednio lub bezpośrednio odnoszą się do jego związku z Reginą lub ojcem. Kier-kegaard bada te relacje z różnych punktów widzenia. Jak napisze tłumacz jego dzieł na język polski, Jarosław Iwaszkiewicz: „Wzru­szające to i pouczające, jak ten wielki myśli­ciel, naprawdę bardzo wielki filozof, zaprzęga całe swoje dialektyczne rozumowanie, po­rusza wszystkie sprężyny swoich myśli, aby samemu sobie wytłumaczyć sprawy – czysto ludzkie sprawy, ale które jednak (…) tkwią głę­biej niż to, co on sam myśli o sobie”. Søren w jednym z zapisków przyznaje, że to strach popychał go do działania. Jego melancholia wynikała z melancholii ojca, była konsekwen­cją dziedzicznego grzechu, a ten z kolei był skutkiem wszechogarniającego lęku.


Pojęcie lęku stale pojawia się w publika­cjach Kierkegaarda. Nie jest to zwykły strach przed odpowiedzialnością czy jakimiś zda­rzeniami. Skończony, doczesny i ograniczo­ny człowiek doznaje lęku, gdy spotyka się w sobie z czymś nieskończonym, wiecznym, wolnym, np. kiedy myśli o Bogu. Lęk jest więc dla Kierkegaarda miejscem, gdzie stykają się dwa światy – natury i ducha, Boga i zwierzę­cia. Dlatego jest on jednocześnie pociągający i odrażający. Może objawiać się jako chwilo­we przerażenie albo długotrwała melancholia. Może wyzwalać, ale może też prowadzić do zguby. Wyzwala, gdy człowiek, idąc za jego głosem, podąży za światem ducha, drogą wyrzeczeń i ascezy osiągnie wolność. Będzie zaś zgubą dla tego, który mimo ostrzeżeń nie oprze się swojej „zwierzęcej” naturze.


Na ile twórczość Kierkegaarda rzeczywi­ście odpowiada temu, co wydarzyło się w jego krótkim życiu (zmarł w wieku 42 lat)? Jedni wi­dzą ścisły związek między jego życiem a filo­zofią, inni doradzają w tej kwestii ostrożność. Sam Kierkegaard napisał: „Po mojej śmierci nikt nie znajdzie w moich notatkach ostatecz­nego wyjaśnienia, co naprawdę wypełniało moje życie”.


Marta Wielek

 

Tekst pochodzi z najnowszego numeru miesięcznika LIST, 5/2012 pt: „Suma naszych strachów”