Jak informuje "Rzeczpospolita", ojcem pomysłu na wprowadzenie nowego przedmiotu jest słynny reżyser filmowy Nikita Michałkow, który uważa, że młodzi Rosjanie są pozbawieni szans na poznanie rodzimych arcydzieł kinematografii. Znany filmowiec wystąpił z taką inicjatywą podczas dyskusji o przyszłości rosyjskiego kina, która odbyła się z okazji XXXIV Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Moskwie.
Michałkow zaznaczył jednak, że na liście powinny znaleźć się również filmy zagraniczne, a wśród nich takie klasyki, jak choćby "Rashomon" Akiro Kurosawy czy "Ojciec Chrzestny" Francisa Forda Coppoli. Szef rosyjskiego Ministerstwa Kultury już zapowiedział chęć wprowadzenia nowego przedmiotu dla uczniów klas szóstych i siódmych. Wymaga to jednak zgody ministra edukacji Dmitrija Liwanowa, a w jej wyrażenie powątpiewają rosyjskie media. Dziennikarze nie wierzą bowiem w kompetencje Władimira Miedinskiego, prowadzącego prywatną wojenkę z popularnym serialem, który obejrzało aż 20 proc. Rosjan! Właśnie wtedy, po raz pierwszy, zrobilo się glośno o komunistycznych ciągatach rosyjskiego ministra kultury. Niestety wszystko wskazuje na to, że ciekawy pomysł Nikity Michałkowa - o ile zostanie zrealizowany - posłuży jako kolejna tuba propagandowa rosyjskich władz, które wciaż serwują swoim obywatelom sentymentalną podróż do ZSRR... Niestety coraz młodszym.
Pomijając obsesje niektórych wysoko postawionych Rosjan, warto zastanowić się nad naszym podwórkiem. Jaką wiedzę na temat kina mają młodzi Polacy? A przecież nie mamy się czego wstydzić! W końcu jeden z najwybitniejszych reżyserów w historii światowej kinematografii - Roman Polański pochodzi z Polski... Wystarczy dodać do tego liczne nagrody czy nominacje do Oscara. Nazwiska takie jak Kieślowski, Holland czy Wajda do tej pory - jednym tchem - wymieniają europejscy kinomaniacy (abstrahując od przekonań politycznych i zachowań niektórych filmowców poza planem - przyp. AM).
Nie trzeba tworzyć kolejnego szkolnego przedmiotu - potworka, który będzie służył do zjedzenia drugiego śniadania, odrobiania lekcji z innych przedmiotów i nabijania dodatkowych godzin nauczycielom (oczywiście na koszt podatnika). Wystarczy mądrze zagospodarować lekcje sztuki czy wiedzy o kulturze, które - w wielu przypadkach - odchodzą w niepamięć jako bezużyteczne. A czy muszą takie być? Warunkiem jest dobra wola nauczycieli i samych uczniów, w ktorych interesie powinno leżeć oglądanie filmów, niż sluchanie teoretycznego ględzenia, które i tak zostanie zapomniane.
W przeciwnym razie, nie pozostanie nam nic innego, jak narzekanie na totalne bezguście polskiego społeczeństwie i durną telewizję, która karmi nas filmową szmirą. Cóż, jest popyt, jest i podaż.
Ale czy w Polsce nie powtórzyłby się scenariusz rosyjski? W końcu już padł ostatni "klaps" na planie filmu Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie...
Aleksander Majewski

