Wynik wyborów nie był dla nikogo zaskoczeniem. Największą niespodzianką był wynik "zielonej" partii „Polityka Może Być Inna”, która otrzymała ponad 7 proc. głosów. Fidesz Victora Orbana ma duże szanse na większość konstytucyjną, z kolei rządząca dotychczas Partia Socjalistyczna, wbrew swoim wcześniejszym obawom, uzyskała jednak więcej głosów niż radykalny Jobbik.

Nie wiadomo, jak wielka będzie ostatecznie większość Fideszu, gdyż Węgrów czeka jeszcze druga tura wyborów. Jednak odbędzie się ona jedynie w 57 okręgach wyborczych, czyli tych, w których kandydaci nie uzyskali większości. Nie jest wykluczone, że wyborcy Fideszu, obawiając się wszechwładzy tej partii, mogą nie pójść do wyborów i w ten sposób zapewnić większą ilość mandatów socjalistom i Jobbikowi. Jednak zwycięstwa partii Orbana to już nie odbierze.

To wynik, którego wszyscy się spodziewali. Węgrzy mają dość afer korupcyjnych, które miały miejsce za poprzedniego rządu, chcą także, by Orban wyciągnął ich z kryzysu finansowego. Jeśli mu się to uda i jego rządy będą konstruktywne, to poparcie na pewno nie wzrośnie partii Jobbik, czego obawiają się zachodni komentatorzy. Prasa zachodnia czasami histeryzuje, jeśli chodzi o to ugrupowanie. Nie wiadomo, czego można się po nim spodziewać, gdyż ta partia po raz pierwszy weszła do parlamentu. Ciężko porównać je do partii typu Samoobrona czy Liga Polskich Rodzin – struktura społeczna na Węgrzech jest inna. Przede wszystkim nie można ukrywać, że ważną rolę w kampanii Jobbik grała kwestia romska. To tam, gdzie Cyganie stanowią dużą część mieszkańców, Jobbik uzyskał największe poparcie.

Z kolei „Polityka Może Być Inna” to partia, która odwołuje się przede wszystkim do tematyki ekologicznej i praw człowieka. Myślę, że może stanowić konstruktywną opozycję i w niektórych sytuacjach wspierać nowy rząd. W tym przypomina bardziej Zielonych w Czechach niż w zachodniej Europie, choć do końca też trudno powiedzieć, jak się będzie zachowywać, gdyż, podobnie jak Jobbik, po raz pierwszy zasiada w parlamencie.

W ogóle po tych wyborach scena polityczna na Węgrzech zmieniła się nie do poznania. W parlamencie nie są już reprezentowane socliberalny Związek Wolnych Demokratów i Węgierskie Forum Demokratyczne, które były głównymi aktorami w węgierskiej transformacji. Jednak te partie ostatnimi czasy mocno się skompromitowały – nie sądzę, by wróciły na węgierską scenę polityczną.

Na scenie politycznej pozostają jednak socjaliści, choć bardzo poturbowani. W tym kontekście te wybory przypominają bardzo polskie wybory z 2005 roku, kiedy to od władzy została odsunięta w Polsce lewica. Tak jak węgierska, miała ona na swoim koncie afery korupcyjne, z aferą Rywina na czele. Premier Orban nie chce rozliczać całych partii politycznych, a jedynie afery – choć i tak wiadomo, że uwikłani w nie są politycy.

Wybory na Węgrzech odbyły się 11 kwietnia, w dzień po tragedii lotniczej pod Smoleńskiem. Wszyscy Węgrzy są wstrząśnięci tą sytuacją, pod pomnikiem gen. Bema w Budapeszcie zebrały się tysiące, głównie młodych ludzi. Modlą się i zostawiają świeczki. Zakładają także grupy na Facebooku, wyrażające swoje współczucie dla Polaków.

Ja osobiście przeżyłam tę tragedię – tłumaczyłam z węgierskiego dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dobrze znałam Andrzeja Przewoźnika. Długo nie chciałam wierzyć, że to prawda. Wszyscy węgierscy politycy odnieśli się do tej sytuacji, prezydent Węgier jako jeden z pierwszych wpisał się do księgi kondolencyjnej w polskiej ambasadzie w Budapeszcie. Zwycięski w wyborach Viktor Orban jeszcze w sobocie wysłał do premiera Tuska list kondolencyjny.

Orsolya Kovacs

autorka jest węgierską dziennikarką i tłumaczką.

not. sks