Z listu do prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza wynika, że kubański komunista oskarża Obamę o inspirowanie zamachu stanu w Hondurasie, w wyniku którego od władzy został odsunięty prezydent Manuel Zelaya. Ponadto nic dobrego nie wróży także umowa Waszyngtonu z Kolumbią, umożliwiająca USA większy dostęp do baz wojskowych w tym południowoamerykańskim kraju.

- To pokazuje prawdziwe intencje imperium, tym razem skryte za przyjaznym uśmiechem i afroamerykańskim obliczem Baracka Obamy – napisał Castro w liście, odczytanym pod koniec szczytu Boliwariańskiej Alternatywy Dla Ameryki (ALBA) – organizacji grupującej rządzone przez lewaków kraje regionu. Zdaniem 83-latka przyjęcie nagrody Nobla przez prezydenta USA zakrawa o cynizm w sytuacji, w której wysłał do Afganistanu kolejne 30 tysięcy żołnierzy.

Być może jednak Castro niepotrzebne się denerwuje i nawet totalitarna Kuba mogłaby przy odrobinie dobrej woli dogadać się z Obamą. Jego administracja sama deklaruje, że w sprawie praw człowieka nie jest aż tak pryncypialna, jak mogłoby się wydawać. - Pragmatyzm z zasadami zawiaduje naszym podejściem do przestrzegania praw człowieka we wszystkich państwach, lecz w szczególności w Chinach i Rosji – stwierdziła amerykańska sekretarz stanu Hillary Clinton. Na względy USA liczyć może także okrytna junta w Birmie, z którą Waszyngton próbuje teraz "dialogu". Nie jest więc tak, że tylko dyktatorzy z wielkich państwa, mogą dobrze żyć z laureatem Pokojowej Nagrody Nobla.

 

sks/Rzeczpospolita

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »