Właściwie nigdy nie miałam wątpliwości co do tego, w czyim interesie występują feministki. Oczywiście  te z naszego podwórka, z twarzą Kazimierzy Szczuki, Agnieszki Graff i prof. Magdaleny Środy. Posługują się frazesami i pustymi hasłami w stylu „żądamy prawa do naszego brzucha” i walczą z przemocą wobec kobiet, której sprawcą w dużej mierze jest ich zdaniem Kościół. Ubiegłoroczna Manifa odbywała się pod hasłem „Przecinamy pępowinę”. Paniom z Porozumienia 8 marca chodziło oczywiście o przecięcie więzi z Kościołem katolickim, który jest przeciw aborcji i antykoncepcji, co w ich feministycznych głowach jakoś nie może się pomieścić.

Feministki na swoich sztandarach mają także wypisaną walkę z przemocą wobec kobiet. A przemoc ta ich zdaniem przejawia się właśnie w zakazie aborcji. No bo jak to? Zmuszać kobiety do rodzenia przypadkiem poczętego bachora?! W skali przemocy od 0 do 10, jakieś 11. I jakoś paniom tym przez myśl nie może przejść, że aborcja jest jeszcze większą przemocą dokonywaną na ciele kobiety (pomijając już dziecko, które w wyniku tej przemocy jest mordowane).

Demonstrujące podczas niedzielnej Manify w Warszawie panie bardzo wyraźnie dały do zrozumienia, o co im tak naprawdę chodzi. Gdyby ktoś jeszcze miał jakieś wątpliwości w tej materii. Niby walczą o prawa kobiet, niby mówią „dość przemocy względem kobiet”, ale kiedy bite i kopane są kobiety milczą. Dlaczego? Bo kobiety, które tak „pokojowo” potraktowane zostały na niedzielnej manifestacji miały nieco inne poglądy od feministycznych wizji. Były przeciwne aborcji, zapewne także nie stosują antykoncepcji, mają mężów i dzieci, a więc faceci nie są ich wrogami. To znaczy, że są mniej kobiece? W logice (czy może raczej jej braku) feministek zapewne tak, bo przecież gdyby było inaczej nie pozwoliłyby na bicie kobiet (i to na Manifie, której hasłem jest walka z przemocą!). Gdyby paniom naprawdę zależało na dobru kobiet, to czy stałyby bezczynnie podczas gdy bite są kobiety? Czy ich jedyną reakcją, byłoby proszenie dziennikarzy, by tego nie filmowali?

Brzmi egzotycznie, jak scenariusz filmu science fiction? (Nie)stety nie. Maria Piasecka Łopuszańska z Kobiet dla Narodu opisała wczoraj na Fronda.pl to, co stało się podczas niedzielnej Manify. - Feministki patrzyły jak nas biją. Mamy takie nieodparte wrażenie, że one aktywnie działają wszędzie tam, gdzie można wcisnąć jakiś produkt, prezerwatywę, albo pigułkę antykoncepcyjną... - mówiła. Trudno się z nią nie zgodzić. Przecież narodowym dziewczynom nie da się wmówić, żeby łykały pigułki wczesnoporonne, skorą mówią o poszanowaniu życia od momentu poczęcia. Jasne, można zastanawiać się, czy pójście na feministyczną manifestację z banerami pokazującymi Wandę Nowicką i kobietę zmarłą w wyniku legalnej aborcji, w obstawie narodowców i kibiców to najszczęśliwszy pomysł. Jedni z pewnością powiedzą, że to jak szukanie guza na siłę, czy nawet prowokacja.

Ale z drugiej strony... Przecież Antifa i cała pożal się Boże „Kolorowa Niepodległa” także próbowała blokować pochody narodowców. Że ktoś spuścił łomot samozwańczym antyfaszystowcom? No przecież „sami szukali guza” - można by w tym samym tonie odpowiedzieć. Nie chodzi jednak o licytowanie się, kto komu zakłócał demonstracje (nota bene, Kobiety dla Narodu po rozmowie z organizatorką Manify bez gadania zaczęły się wycofywać, z tym, że nie mogły, bo zostały zaatakowane). Co ciekawe, panie feministki jakoś nie zabierają głosu w tej sprawie. Nie widzę też zainteresowania mediów tym wydarzeniem („Wyborcza” wspomniała wczoraj jednym zdaniem o drobnym „incydencie”). Coś, o czym się nie mówi w mediach, nie istnieje w świadomości odbiorców...

Dlatego dobrze się stało, że Kobiety dla Narodu poszły na Manifę. Feministki karmią młode dziewczyny obrazami bezpiecznej aborcji, pod nos podstawiają im antykoncepcyjne piguły, łudząc je, że jeśli są nowoczesne i wyzwolone, to będą je łykać. I wszystko będzie dobrze. Otóż nie, nie będzie. I młode prolajferki właśnie to chciały pokazać. Chciały trafić do zindoktrynowanych przez feministki kobiet z przekazem, którego nie dostaną one w liberalnych mediach. I dlatego wzbudziły taką furię i agresję ze strony feministek i wspierających ich panów, bo poruszyły nieporuszaną przez nie nutkę sumienia. Może w niektórych wzbudziły nawet wyrzuty. Katarzyna Bratkowska argumentowała: „My nie pokazujemy zwłok”. No właśnie, nie pokazują panie, bo nie chcą pokazywać, jak naprawdę wygląda aborcja. Nie chcą pozbawiać swoich wyznawczyń złudzeń, że to bezpieczny, zwykły „zabieg”. Zdejmują z aborcji odium zła – jak pisze w dzisiejszej „Rz” Filip Memches. Ma nie być żadnych wyrzutów sumienia, żadnych wątpliwości. Dlatego nie pokazuje się zwłok, bo przecież gołym okiem na plakatach Fundacji PRO widać, że to nie żadne tam płody, zarodki czy potencjalni ludzie. To dzieci, które mają ręce, nóżki, czują. Kiedy taki obrazek widzi kobieta, nie może mieć wątpliwości co do tego, co (a raczej kto) rozwija się w jej łonie. Irene van der Wende, Holenderka, która gościła niedawno w Polsce na zaproszenie Fundacji PRO, wprost mówiła, że po latach od poddania się aborcji, nawróciła się właśnie dzięki zdjęciu abortowanego dziecka! Czy o to właśnie chodzi feministkom? By kobiety tego nie widziały, bo w innym razie zburzy to cały zideologizowany świat feministek?

Im więcej takich plakatów Fundacji PRO i im więcej akcji Kobiet dla Narodu, tym większa szansa, że poruszy się sumienie jakiejś kobiety...

Marta Brzezińska