Po pierwsze w polskich brukowcach panuje niesamowite chamstwo, które z rzadka pojawia się w podobnej prasie w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Każda z tych gazet ma swoich dyżurnych wrogów i pozwala sobie na epitety wobec nich, ale musi być ku temu jakiś powód, np. trener drużyny narodowej, który przegrał trzeci mecz z rzędu może być wyzwany od idiotów. U nas zaś każdego można obsikać. Naturalne stało się jakieś bezinteresowne chamstwo. Przykładem niech będzie artykulik o znanej i lubianej prezenterce TVP, którą znany żeglarz podwoził do hotelu. Znają się od lat, są przyjaciółmi, więc trudno by jej nie podwiózł. Paparazzi mieli nadzieję, że morski wilk wejdzie na górę, ale tak się nie stało. Następnego dnia ukazał się w „Fakcie”  artykuł w którym padło zdanie w leadzie: „Kolejny, której jej nie chce”. Czy naprawdę nie dało się inaczej opisać tego zdjęcia?

 

W tym samym „Fakcie” ukazał się kiedyś artykuł ze zdjęciem Janusza Korwina-Mikke gapiącego się w dekolt pewnej blondynki. Tytuł brzmiał: „Czy oni ze sobą sypiają?” Już na początku artykułu JKM rozwiewał wątpliwości mówiąc: „Nie, to moja znajoma”, cały zaś tekścik pełny był insynuacji, że jednak coś ich łączy. Tekst kończył się też komicznie w niezamierzony sposób: „JKM wygrał na loterii losowej pończoszki. Czy dał je swojej pięknej wybrance?” „Nie  - odpowiedział – dałem je córce”. Poszedłem tropem tej publikacji z czystej ciekawości. Spotkałem reportera bankietowego owej gazety i zapytałem jak powstał tekst. „Dostałem zdjęcie na kwadrans przed zamknięciem numeru i kazali mi je opisać. Zdążyłem zadzwonić do Korwina-Mikke i musiałem doszyć resztę. Sam rozumiesz” – tłumaczył.


Jeżeli zachodnie brukowce nie żałują ludzi ze świecznika, to jednak oszczędzają tzw. „zwykłych ludzi”, zwłaszcza tych z „mniejszych ośrodków”, bo ci w dużej części są odbiorcami takich gazet. W Polsce brukowce odziedziczyły inteligenckie przekonanie, że na prowincji mieszka kompletna dzicz i można z nią zrobić co się żywnie redaktorowi podoba. Przykładem niech będzie słynne „Jezioro pełne wódki”, które zaserwował nam „Fakt”. To tylko jeszcze jeden przykład jak bardzo koledzy redaktorzy gardzą polskimi „tubylcami”. Mieszkańcy wioski Brocholin w woj. wielkopolskim skarżyli się, że fotoreporterzy poprosili ich do pozowania przy owym jeziorku sugerując, iż robią materiał przyrodniczy i krajoznawczy. Zdjęcia mieszkańców opatrzono wyssaną z redaktorskich trzewi informacją, że woda zawiera 30 proc. alkoholu. "Chłopi rzucają się na kolana i na czworakach, jak zwierzęta, chłepcą wodę z jeziora" – pisała gazeta. Ludzie czuli się upokorzeni, a zwłaszcza sołtys, który na serio bał się tego, że jego syn, który załapał się na zdjęcie, nie znajdzie sobie żony po takim medialnym debiucie.


Innym grzechem bulwarowców jest słaby warsztat dziennikarzy. Oni zwyczajnie nie sprawdzają faktów. Dziennikarze biorą każdą informację i nie zadają sobie trudu by ją sprawdzać. Aktorka Weronika Książkiewicz ośmieszyła kiedyś brukowce mówiąc, że jej partner, Krzysztof Latek, znany biznesmen warszawski jest…. „czeskim piosenkarzem”. – Zrobiłam t, po to, żeby kobieta z gazety dała mi w końcu spokój – wyjaśniała aktorka.  Ale kilka miesięcy różne gazetki i portale plotkarskie pisały jeszcze o „dawnym piosenkarzu, a obecnie biznesmenie zza południowej granicy”.


Nie wszystko bywa tak zabawne jak ta historia. Kolorowe brukowce często wmawiają „dziecko w brzuch” pisząc, że ta czy ta aktorka jest w ciąży. Gdy nie jest znajomi pytają, czy przypadkiem nie poroniła. Na Zachodzie robią to samo, ale najbardziej intymna informacja jest tam dokładnie sprawdzana, bo pozew od zwykłego obywatela może zrujnować wydawnictwo. U nas niekoniecznie – zasądzane sumy, są w gruncie rzeczy niewysokie, co tylko rozzuchwala koncerny wydawnicze.


Bulwarowce miały być zaczynem „obywatelskiego dziennikarstwa”, bo poza sensacjami dotyczącymi celebrytów, miały stawać w obronie zwykłych ludzi. Chwali się, że paru polityków dostało po łapach za wykorzystywanie samochodów służbowych czy korzystania z nieetycznych promocji na telefony. Ale jakoś nie pamiętamy wielkich afer wykrytych przez brukowce. Na to trzeba czasu, wysiłku i pieniędzy – pilotowanie spraw miesiącami kosztuje. Jeszcze w latach 90. silną ekipę śledczą zatrudniał „Super Express”, dzisiaj już redakcję na takich dziennikarzy nie stać, podobnie jest zresztą w „mainstreamowej” prasie.


Nieoczekiwanym jednak przez nikogo wkładem bulwarowców w budowę demokracji stało się jednak udzielenie łamów publicystom o prawicowych poglądach. Nie wiadomo czy stało się tak dlatego, iż dużą grupę odbiorców stanowią „starsi, niewykształceni z małych ośrodków”. Fakt Faktem, że „Super Express” i „Fakt” (dzisiaj zwłaszcza ten pierwszy) dawał głos tym, którzy mają inne poglądy niż reszta mediów.


Mają rację medioznawcy, którzy twierdzą, że spora grupa ludzi nic by nie czytała, gdyby zamknąć i rozpędzić bulwarowe redakcje. Ale trzeba je utemperować, najlepiej bardziej dotkliwymi karami finansowymi. Sam bym dodał bardziej wymyślne kary: piesza pielgrzymka redaktora do jeziora pełnego wódki itp. Zawsze to ładny obrazek, który można w dowolny sposób opisać.


Rafał Geremek


Wiesław Godzic: Nic nie wróży końca tabloidów, wprost przeciwnie. Została przegrana pewna bitwa, ale nie wojna. To, co robił „The News of The World” wpisuje się w formę działania tabloidów, one balansują na granicy tego, co jeszcze akceptowane i dozwolone, a tym, co jest już przełamywaniem tabu.


Nie ma linii podziału między głupimi tabloidami, które żerują na naszej łatwowierności, a poważnymi gazetami opinii, bo tym także zdarza się pisywać rozmaite głupstwa. Linia nie jest taka jasna i klarowna. Wszystko się powoli tabloidyzuje – gonimy za sensacją, sęk w tym, żeby wykorzystać tę umiejętność, jaką mają tabloidy – nawiązywania emocjonalnej łączności z czytelnikiem. Apele, tytuły jakimi krzyczą, owszem, są prymitywne, ale to działa.


Wiem, że nikomu do tej pory się nie udało, ale warto wykorzystać tę metodę oddziaływania tabloidów. W rozmaitych amerykańskich szkołach uczą retoryki tabloidów, objaśniają mechanizmy ich działania. Dzięki temu człowiek staje się krytyczny, a to jest najważniejsze. Nie o to chodzi, żeby z obrzydzeniem patrzeć na tabloidy, ale potrafić odróżniać dobro i zła. Brakuje nam fachowców, dobrej krajowej rady, która by się tym edukowaniem zajęła, a przede wszystkim takiego przekonania wśród polityków, że sprawy nie załatwia się jednym zamknięciem czasopisma, ale poprzez dobre programy, dzięki którym za 15 lat może wykształcimy dobrych odbiorców mediów.



Jerzy Burszta: Właściciele tabloidów, ich wydawcy zacierają teraz ręce, bo to jest kolejny temat, którym gazeta tego typu może się zająć. Jedyne co się może zmienić, to tendencja do większego przestrzegania pewnych zasad, jeśli w ogóle można o takich mówić. Przygotowania do ogłaszania pewnych sensacji będą wyglądać nieco poważniej.


Teza, że tabloidy cieszą się tak wielką popularnością, bo ludzie nie są w stanie przyswoić nieco bardziej skomplikowanej informacji była od samego początku, kiedy pojawił się ten rodzaj prasy. Inteligencja ostrzegała, że jeśli zdemokratyzujemy dostęp do informacji, to stanie się ona coraz bardziej skrótowa, prymitywna, etc. W jakiś sposób te przesłanki się sprawdziły, ale tak było zawsze. Cały świat informacji jest dokładnie tak podzielony, że posiada swoje nisze, gdzie możemy posiadać bardziej uargumentowanych informacji i ten tabloidowy mainstream, który jest odpowiedzią na tabloidyzację także polityki, rzekomy brak ideologii w życiu. I to najbardziej błyszczy, więc to najbardziej widać, co nie znaczy, że nie toczy się żadna głębsza refleksja, tylko ona jest nie zaprezentowania, bo może być nudniejsza i wymaga skupienia. Nie znaczy to jednak, że znaczący procent ludzi się taką refleksją nie zajmuje.


Notowała: Marta Brzezińska