Wywiad zaczyna się mocnym akcentem. Od porównania papieża Franciszka do matki Madzi. - To gra, a media chcą tej gry, by papież ich uwiódł, zwłaszcza na poziomie tego kiczu, tej telenoweli. To taki sam element jak matka Madzi, która ma wzruszać – dzieli się swoimi „przemyśleniami” Ewa Wójciak. A potem rozwija swoje zarzuty wobec Franciszka, które nie opierają się na wiedzy, a na opinii o tym, co papież powinien zrobić, gdyby był Wójciak, a nie sobą. - Bergoglio robił w tym czasie karierę – oznajmia po krótki opisie okrucieństw junty (których zresztą nikt nie kwestionuje). - Dlaczego nie jeździli (to już szerzej o wszystkich księżach) po świecie, nie głosili prawdy, na którą cały czas powołują się w swoim katechizmie – łkała.
Za swoje słowa „artystka” przepraszać nie zamierza, bo przecież, okazały się one „ożywcze”. - Uruchomiło to jakąś dyskusję o bałwochwalstwie, braku empatii, zaściankowości, manipulowaniu wolnością słowa, która jest możliwa tylko wtedy, gdy nie dotyka Kościoła – podkreśla. A później przedstawia swojego bohatera, intelektualnego guru z penisem w rękach. - Uważam go za jednego z marzycieli, bo jest odważny, oczytany, wykształcony i często przekłuwa ten balon hipokryzji, który wszyscy celebruje – mówi o Januszu Palikocie. - Wierzę, że powalczy z tym egocentryzmem, zaściankiem, parafialnym oddaniem – uzupełnia.
Cóż każdy ma taki przedmiot wiary, na jaki zasłużył...
TPT/Gazeta Wyborcza
