I niestety wydane właśnie przez dominikańskie wydawnictwo „W drodze” „Życie duchowe w mieście” utwierdza mnie w tym przekonaniu. Od tej książki trudno się bowiem oderwać. Erudycja, znajomość ojców, odwołania do tekstów liturgicznych zachwycają. A sprawne pióro Evdokimova pozwala zgrabnie przejść nawet nad najtrudniejszymi intelektualnie pytaniami. I wszystko jest wspaniale, dopóki nie zaczniemy się zastanawiać nad tym, co tak naprawdę przedstawia nam prawosławny teolog i nie zadamy sobie pytania, czy jego teologiczna pasja nie jest przypadkiem prawosławiem w wersji soft, sprawnie podanym, ale pozbawionym prawdziwej intelektualnej głębi.
Nadzieja czy pewność zbawienia?
Chyba najmocniej ten problem z teologią Evdokimova widać w jego rozważaniach na temat piekła. Nie pada w nich wprawdzie określenie apokatastaza, ale prawosławny teolog wyraźnie ku takiej nadziei swojego czytelnika prowadzi. Sugestie, że Bóg nie może przegrać, a tym byłoby ostatecznie „uwiecznienie piekła”, nawracające rozważania na temat mocy modlitwy świętych, od których miłosierdzia uzależnione ma być istnienie piekła, czy wreszcie przypomnienie (pomijam fakt, na ile prawdziwe), że Piąty Sobór Powszechny miał nie rozstrzygnąć wieczności trwania mąk piekielnych – prowadzi, bez twardych wniosków, ale zupełnie jasno – do nadziei przekształcającej się niemal w pewność, że przecież Bóg nie może pozostawić swojego stworzenia oddzielonym od siebie.
Oczywiście Evdokimov przyjmuje możliwość piekła, akceptuje ludzką wolność, ale w pasji uzasadniania nadziei, w istocie je niszczy. „Wobec Boga, który nikogo nie zmusza, by Go kochał, piekło świadczy o naszej wolności co do kochania Boga. Nasza ludzka wolność rodzi piekło, gdyż może ona zawsze powtórzyć za wszystkimi zbuntowanymi: „Niech się wola Twoja nie stanie” i nawet Bóg nie ma władzy nad tymi słowami” – stwierdza Evdokimov. I nie ma powodów, by się z takim postawieniem sprawy nie zgodzić. Ale niestety na tym wywód teologa się nie kończy, bowiem natychmiast uzupełnia on ten wywód „nadzieją”, która w istocie jest teologicznym chciejstwem. „W oparcie o racje ludzkich serc czujemy, że nasza wizja Boga staje się niepokojąca, skoro Bóg nie kocha swojego stworzenia aż tak, by wykluczyć możliwość ukarania go okrutnym rozstaniem; staje się ona niepokojąca, skoro Bóg nie ratuje swojego ukochanego stworzenia, choćby za cenę naruszenia czy zniszczenia jego wolności…” – podkreśla Evdokimov i uznaje, że w mocy Boga znajduje się nawet piekło.
Udawana wolność
Te ostatnie zdania pokazują, jak sprawne pióro ukryć może absurd rozważań. Trudno bowiem nie dostrzec, że albo stworzenie rzeczywiście może powiedzieć Bogu NIE, i wówczas On – nawet cierpiąc, nie może złamać jego woli, nie może wyciągnąć stworzenia z samotności, na którą one samo siebie skazało, albo też wolność jest pozorna, bowiem Bóg może ją zniszczyć czy naruszyć. Innego wyjścia nie ma. I nie chodzi tu o ograniczenie miłości Boga, ale o proste uznanie, że albo Bóg dał nam wolność, także wyboru siebie, albo nam jej nie dał. Albo traktujemy Go poważnie, albo nie. Tertium non datur. Piekło jest zatem, i nie chodzi o to, by kogokolwiek nim straszyć, wymiarem naszej wolności, która została nam ofiarowana przez Boga. Wolności, która obejmuje także odrzucenie samego Boga, i która opiera się na tak wielkiej, szalonej miłości Stwórcy do Stworzenia, że zakłada ona wybór…
Uderzające są także terminy, jakimi posługuje się dla uzasadnienia tej „nadziei” Evdokimov. Otóż „racje ludzkiego serca” nie są argumentem w debacie teologicznej. To że czegoś nie pojmujemy, to że coś wydaje nam się niesprawiedliwe, nic nie znaczy. „Myśli moje nie są myślami waszymi” (Iż 55 8) – wskazuje księga Izajasza A św. Paweł przypomina: „ Człowiecze! Kimże ty jesteś, byś mógł się spierać z Bogiem? Czyż może naczynie gliniane zapytać tego, kto je ulepił: «Dlaczego mnie takim uczyniłeś?» Czyż garncarz nie ma mocy nad gliną i nie może z tej samej zaprawy zrobić jednego naczynia ozdobnego, drugiego zaś na użytek niezaszczytny? Jeżeli więc Bóg, chcąc okazać swój gniew i dać poznać swoją potęgę, znosił z wielką cierpliwością naczynia [zasługujące'/> na gniew, gotowe na zagładę, i żeby dać poznać bogactwo swojej chwały względem naczyń [objętych'/> zmiłowaniem, które już wprzód przygotował ku chwale (Rz 9, 19-23). Ten wymiar w sentymentalnej nadziei Evdokimova gdzieś znika. I choć Ewangelia nabiera bardziej zjadliwego dla współczesnych smaku, to traci również głębię i dramatyzm.
Pozorna miłość
Taką samą skłonność do formułowania mocnych opinii, których nie da się wyprowadzić nawet z założeń samego Evdokimova, ale które odpowiadają współczesnej mentalności widać także w rozważaniach prawosławnego teologa na temat rozwodów. Wielu z jego współwyznawców przyznaje, że dopuszczenie ich w prawosławiu było efektem wpływów prawa państwowego. Paul Evdokimov uznaje jednak tę opinię za nieprawdziwą, i przekonuje, że odrzucenie jasnego zakazu ewangelicznego rozwodów, ma swoje źródła w… „imię wartości swojej osoby i swojego nieskrępowanego powołania”.

A oto i pełne uzasadnienie tej zaskakującej tezy. „Zakonnik może porzucić stan zakonny w imię wartości swojej osoby i swojego nieskrępowanego powołania. Taką samą wolność należy przyznać małżonkom. Ich „tak” brzmi prawdziwie dopiero wtedy, gdy w warunkach wyjątkowych będą mieli prawo powiedzieć „nie” – oznajmia Evdokimov. I znów pod błyskotliwą formą kryje się zakamuflowana pochwała zdrady. Jeśli bowiem miłość może lśnić pełnym blaskiem, tylko wtedy gdy wpisujemy w nią zdradę, jeśli moje tak trwa w pełni, tylko gdy mogę powiedzieć, a Kościół to akceptuje mojej żonie NIE, jeśli zakonnik może złamać śluby, a mąż czy żona przyrzeczenie, to w istocie w miejsce miłości, która jest także odpowiedzialnością, a gdy trzeba heroizmem pojawia się wygodna ucieczka, którą skrywamy pod wielkimi słowami o „wartości swoje osoby i swojego powołania”. I szczerze mówiąc gdzieś w pogoni za „miłosierdziem” tracimy chrześcijański radykalizm, rozmyty w tanim sentymentalizmie i ułatwieniach.
Prawosławie w wersji soft
Już tylko te dwa fragmenty (a niestety takich „perełek” można znaleźć w tekstach Evdokimova więcej) pokazują, że ten błyskotliwy, pełen paradoksów i świetnych cytatów teolog, prezentuje często prawosławie w wersji soft, a może jeszcze lepiej powiedzieć prawosławie dla ludzi Zachodu, którzy szukają łagodniejszych form chrześcijaństwa, które dadzą im piękno, ale i nadzieję na to, że niczego się od nich nie wymaga, i że w imię miłosierdzia wszystko można usprawiedliwić.
Tak wiem, że to surowa ocena. Ale jeśli porównać myśl Evdokimova z tym, co proponuje choćby św. Jan z Kronsztadu czy prawosławni rosyjscy starcy, to dopiero okaże się, jak – przy całym podobieństwie atmosfery, niewiele ma wspólnego ten ostatni z surowym pięknem prawosławnej liturgii i teologii. Dlatego tych, którzy chcą rzeczywiście wejść w świat prawosławia odsyłam raczej do tych ostatnich, niż do Evokimova, który w próbach uprzystępnienia prawosławia idzie niekiedy w kierunku rozmywania jego przesłania i teologicznego mętniactwa i budowania wrażenia, że konsekwencja jest brakiem miłosierdzia, a szacunek dla ludzkiej wolności okrucieństwem.
Tomasz P. Terlikowski


