Na pierwszy rzut oka nie widać tutaj żadnego niebezpieczeństwa. Zaprzestanie uporczywej terapii, która oznacza dla pacjenta wyłącznie cierpienie nie dając przy tym najmniejszych szans na poprawę stanu zdrowia eutanazją nie jest i nawet Kościół Katolicki dopuszcza taką możliwość. Wyobraźmy sobie jednak taką sytuację: uczestniczymy w wypadku samochodowym, w wyniku którego doznajemy poważnych obrażeń i tylko szybkie podłączenie nas do aparatury medycznej daje szansę na uratowanie życia. Lekarz, zanim to zrobi, sprawdza w rejestrze i odstępuje od czynności. Bo parę lat wcześniej, w obawie przed ciężką, obłożną chorobą wyraziliśmy wolę by nie podtrzymywać na siłę naszego życia. Umieramy, choć istniała szansa byśmy po wypadku całkowicie, bądź prawie całkowicie, wrócili do zdrowia.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, zawsze chodzi o pieniądze. W hipotetycznej sytuacji, którą opisałem jedynym zyskującym byłby ubezpieczyciel oszczędzający na – zazwyczaj bardzo wysokich – kosztach leczenia ofiary wypadku. I nikt inny. W dobie kryzysu (ale nie tylko) pokusa zaoszczędzenia jest bardzo silna, niejednokrotnie o wiele silniejsza niż naturalny, ludzki odruch niesienia pomocy poszkodowanym. Wystarczy niewielka klauzula w umowie ubezpieczenia wymagająca wpisu do wymienionego wyżej rejestru (poparta jakąś gwarancją zniżki w składce) i już mamy eutanazyjny przymus. Powie ktoś, że wystarczy tak napisać ustawę by podobne praktyki były nielegalne. Owszem, można. Ale nikt tego nie zrobi bo lobby ubezpieczeniowe jest znacznie potężniejsze od lobby ludzi przyzwoitych czy chociażby zdrowego rozsądku. Światem rządzi pieniądz, to on decyduje o moralności a w tym wypadku także o życiu i śmierci. Dlatego nie można pozwolić, by projekt autorstwa Ruchu Palikota stał się obowiązującym w Polsce prawem, dla własnego bezpieczeństwa musimy protestować i wymusić na posłach jego odrzucenie. Żeby kiedyś, w przyszłości, ktoś nie powiedział nam: „przykro mi, sam pan/pani odebrał sobie prawo do leczenia i do życia”...
Alexander Degrejt
