Serwis informuje, powołując się na doniesienia Informacyjnej Agencji Radiowej, że jeśli wspomniana tendencja utrzyma się (czyt. produkcja będzie szła znakomicie), nasz kraj może przekroczyć limit, co wiązałoby się z koniecznością... zapłaty kary za nadprodukcję.

Nic więc dziwnego, że takie praktyki wzbudzają sprzeciw producentów. Mirosław Jurzyk ze Spółdzielni Producentów Mleka Zagroda Podlaska powiedział, że jest sceptyczny wobec ingerowania w naturalny proces produkcji mleka. W rozmowie z Money.pl ocenił, że tegoroczny wzrost produkcji mleka jest wynikiem bardzo wysokich plonów w poprzednim roku.



Jak przypomina portal, rok kwotowy liczy się od kwietnia do marca następnego roku. W przypadku, gdy Polska przekroczy określoną przez Unię Europejską kwotę, wówczas za każde 100 kilogramów mleka wyprodukowane ponad przyjęty limit musiałaby "odprowadzić" do budżetu unijnego opłatę w wysokości 27,83 euro. Proste?

 

Po prostu UE, która - w świetle własnej propagandy - stoi na straży wolnego rynku i - jak na Matrioszkę Unię przystało - dba o "prawidłową produkcję" i "chroni producentów mleka" ściąga opłatę będącą swoistym haraczem, karą za wysoką wydajność. Co najciekawsze, jeszcze w lutym br. ówczesny minister rolnictwa Marek Sawicki poinformował, że Polska jest za utrzymaniem nawet po 2014 roku kwot mlecznych. Tym sposobem Polska była jedynym krajem - obok Portugalii - ktory opowiedział się za reliktem gospodarki centralnie sterowanej.

 

"System jest z gumy, która jest miękka Rozciąga się tylko i nigdy nie pęka!" - śpiewal przed laty "Robal" z Dezertera. Słowa piosenki doskonale ilustrują również rozgrywkę polityczną o polską wieś. Toczy się gra o wytargowanie "korzystnej kwoty mlecznej", ale nie o rozwalenie systemu, który dusi produkcję, innowacyjne rozwiązania i przedsiębiorczość.

 

Nie tylko w rolnictwie...

 

Aleksander Majewski