Ugrupowanie Irlandczyka Declana Ganleya otrzyma 200 tys. euro z kasy UE. - Każda partia ma demokratyczne prawo do dotacji – twierdzi przewodniczący Porozumienia Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (ALDE), Graham Watson.

Ganley zarejestrował swoje stronnictwo w poniedziałek. Jest to pierwsza tego typu partia, która nie opiera się na wchodzących w jej skład ugrupowaniach działających na scenach politycznych państw członkowskich. Paneuropejskie ugrupowanie musi posiadać albo frakcję w Parlamencie Europejskim, albo przedstawicieli w parlamentach krajowych lub gremiach lokalnych w siedmiu państwach-członkach UE. I właśnie ta druga sytuacja ma miejsce w przypadku „Libertas”. Warunek został spełniony m.in. dzięki temu, że członkiem partii został radny sejmiku województwa mazowieckiego Cyprian Gutkowski z LPR.

Antylizbońska inicjatywa zyskuje umiarkowane poparcie eurosceptycznych posłów do PE. Dotychczas do ugrupowania Ganleya dołączyli m.in. przedstawiciele Ruchu dla Francji Phillippe de Villiers oraz Paul Marie Couteaux a także Grek Georgios Georgiou z Prawosławnego Ruchu Ludowego. Szefem polskiego biura „Libertas” jest były poseł LPR, Daniel Pawłowiec.

Okazuje się jednak, że partia Ganleya może mieć problemy z otrzymaniem dotacji. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans-Gert Pöttering chce sprawdzić, czy rzeczywiście zgadza się wymagana liczba członków ugrupowania. Poseł estońskiej Narodowej Partii Reform Igor Gräzin stwierdził bowiem, że nie należy do „Libertas” - jego nazwisko znajdowało się jednak na dokumentach rejestracyjnych. Wraz z utratą estońskiego członka „Libertas” byłaby reprezentowana jedynie w sześciu państwach w organach przedstawicielskich. I z eurodotacji nici.

sks/die Welt

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »