Najlepszym przykładem tego zjawiska są brytyjscy torysi. Po wielu latach w opozycji doczekali się wreszcie lidera, który zapewnił im wyraźne prowadzenie w sondażach – Davida Camerona. Ten niespełna 43-letni absolwent Oxfordu już po najbliższych wyborach parlamentarnych prawdopodobnie będzie premierem. Sondaże dają bowiem Opozycji Jej Królewskiej Mości 30-procentowe poparcie, wobec 17 procent dla rządzącej Partii Pracy.
Jednak ceną sukcesu konserwatystów jest mocne przesunięcie w lewo. Głoszący „współczujący konserwatyzm” Cameron przyswoił nie tylko część haseł socjalnych labourzystów, ale też przejął wiele z ich programu ekologicznego i obyczajowego. Opowiada się za walką z globalnym ociepleniem, ostentacyjnie jeździ do pracy na rowerze i – ku rozpaczy tradycyjnych wyborców torysów – popiera homoseksualne pseudomałżeństwa. W zeszłym roku „z radością” asystował przy gejowskim „ślubie” swojego partyjnego kolegi z Izby Gmin Alana Duncana. Tym samym dokonała się homoseksualna rewolucja w Partii Konserwatywnej, i to w zaledwie dwa lata po pierwszym gejowskim „małżeństwie” z udziałem brytyjskiego parlamentarzysty – Bena Bradshowa z Labour Party. Pierwszym etapem tej rewolucji było poparcie przez Camerona, wbrew tradycjonalistycznemu skrzydłu partii, ustawy o „równouprawnieniu” homoseksualistów w 2007 roku, zapewniającej im m.in. prawo do adopcji dzieci.
Jedyną zasadniczą różnicą między torysami a laburzystami jest dziś stosunek do integracji europejskiej. Cameron uważa, że poszła ona zbyt daleko i nawołuje do „wydarcia władzy Brukseli”. Chce referendum w sprawie Traktatu z Lizbony oraz utrzymania „Europy ojczyzn”. Dlatego zapowiedział, że po wyborach wystąpi z Europejskiej Partii Ludowej (EPP), która stała się, jego zdaniem, ugrupowaniem euro-federalistów. I stworzy nową frakcję z udziałem m.in. polskiego PiS i czeskiego ODS. Po przyciągnięciu części deputowanych z rozpadającej się frakcji Unia dla Europy Narodów (UEN), nowe stronnictwo konserwatywne ma szansę stać się trzecią siłą w europarlamencie.
Niemcy: chadecja coraz mniej chadecka
Także w Niemczech socjaldemokraci są w defensywie. Chadecja (CDU/CSU) pod rządami Angeli Merkel powiększyła swoja przewagę nad SPD do 10 proc. i powinna bez problemów wygrać wybory europejskie (cieszy się 37-procentowym poparciem). Te będą rozgrzewką przed wrześniowymi wyborami krajowymi, po których kanclerz Merkel ma ambicję zakończyć wreszcie „wielką koalicję” z socjalistami i rządzić w sojuszu z liberalną FDP. Na przeszkodzie może stanąć pogłębiająca się recesja, sprzyjająca radykałom, i pogrążający się w coraz większym kryzysie sojusznik – bawarska CSU. Ten symbol siły niemieckiej chrześcijańskiej demokracji może bowiem po raz pierwszy nie przekroczyć 5-procentowego progu wyborczego w skali kraju i nie wejść do Bundestagu.
Sukcesy Merkel na krajowej scenie politycznej były możliwe dzięki przesunięciu chadecji w stronę centrum. Jej przywództwo przyniosło CDU koncentrację na problemach gospodarczych i „zakopanie topora wojennego” w kwestiach obyczajowych. Pochodząca z byłej NRD Merkel zrezygnowała z „burzenia zgody” w kwestii aborcji czy „związków partnerskich”, za co dostało jej się od wewnątrzpartyjnej prawicy. Podobnie jak za nominację i obronę na stanowisku ministra ds. rodziny Ursuli von der Leyen. Ta formalna członkini CDU przeprowadziła w niemieckiej polityce społecznej iście socjalistyczną rewolucję, zyskując sobie aplauz liberalno-lewicowych mediów.
Konserwatywna krytyka nie zraża Merkel, która postawiła sobie za cel odebranie wyborców socjalistom i liberałom. Potrafi przy tym zręcznie lawirować między różnymi nurtami niemieckiej polityki, unikając jednoznacznych deklaracji. Zgrabnie podsumował to znany komentator Peter Frey, stwierdzając, że zamiast odważnego amerykańskiego „Yes, we can!”, Merkel proponuje wyborcom nieśmiałe „Can we, please?”. I Niemcom najwyraźniej to odpowiada. Nad Renem pani kanclerz spotyka się z podobnymi zarzutami, jak w Polsce Donald Tusk: o nijakość, chwiejność, przesadzanie z pijarem. Jej postpolityczny styl zdaje się jednak sprawdzać, przynosząc CDU poprawę notowań. Tylko czy chadecja ignorująca tradycyjne postulaty chrześcijańskie jest jeszcze prawdziwą chadecją?
Francja: „religia to prywatna sprawa”
Podobne wątpliwości można mieć do francuskiej centroprawicowej UMP, z charyzmatycznym prezydentem Nicolasem Sarkozy na czele. Już kiedy konserwatyści wygrywali przed dwoma laty wybory prezydenckie i parlamentarne nad Sekwaną, trudno było określić ich orientację ideową. Hasła wzmocnienia państwa, uregulowania problemu mniejszości narodowych, liberalizacji gospodarki mogły się podobać zarówno wyborcom prawicowym, jak i centrowym. Ale już obietnica zrównania związków homoseksualnych z małżeństwami złożona przez Sarkozy’ego homoseksualnemu lobby była wyraźnym gestem w stronę „postępowców”. Już jako urzędujący prezydent, uwzględniając krytykę ze strony tradycyjnych katolików, Sarkozy wybrnął z sytuacji niczym Salomon: zalegalizował jednopłciowe „małżeństwa” z prawem do adopcji włącznie. Nie dał jednak parom homoseksualnym statusu równego rodzicom, lecz „jedynie” prawnych opiekunów dzieci. Natomiast rozwiązania choćby problemu aborcji francuski przywódca unika. Jednocześnie przejął w polityce zagranicznej program „zielonych”, szerząc ideę globalnego pakietu klimatycznego od Polski aż po Meksyk.
Co na to francuscy katolicy? W laickiej V Republice nie mają wiele do powiedzenia, gdyż do politycznego kanonu weszło przekonanie, że „religia to prywatna sprawa”. O ile w Polsce wyborcami partii głoszącej program podobny do UMP byliby zapewne sympatycy socjaldemokracji i „zielonych”, nad Sekwaną poparcie rozkłada się zgoła odmiennie. Prowadzącą w sondażach przed wyborami europejskimi centroprawicę popiera 42% katolików (drudzy są socjaliści z 16% głosów chrześcijan). Ale też 16% ateistów. Tak wygląda „miękki konserwatyzm” w wersji francuskiej.
Włochy: Berlusconi powstrzymuje socjalistów
Pozytywnym z chrześcijańskiego punktu widzenia wyjątkiem w Europie Zachodniej są Włochy Silvio Berlusconiego. Udało im się przetrwać inwazję „postępowych” pomysłów we względnie dobrym stanie. Kontrowersyjny przywódca Włoch zjednoczył też w ostatnich latach rozbitą przez dekady centroprawicę (w Lud Wolności – PdL) i powiększył jej elektorat. O ile w poprzednich wyborach europejskich ugrupowanie Berlusconiego wygrało zaledwie 3 punktami procentowymi, to teraz ma szansę na zdystansowanie lewicowej Partii Demokratycznej o kilkanaście procent. Ostatni skandal związany z romansem i rozwodem Berlusconiego może ten sukces wyborczy nieco ograniczyć. Choć znając włoskie podejście do wierności małżeńskiej, będzie to nie tyle skutek moralnego oburzenia wyborców, co krytyki ze strony Kościoła, który surowo zareagował na wybryki premiera.
Włoska prawica należy w europarlamencie do EPP.
Hiszpania: końca rewolucji nie widać
Zupełnie inaczej wygląda dziś sytuacja w Hiszpanii. Kraju, który ze względu na tradycyjne przywiązanie do katolicyzmu wydawał się podobny do Włoch. Dość przypadkowe dojście do władzy socjalistów (PSOE) Jose Louisa Zapatero w 2004 roku, pod wpływem szoku, jakim były terrorystyczne zamachy, zmieniło w Hiszpanii wszystko. Lewica wycofała wojska z Iraku, zrównała związki homoseksualne z małżeństwami (z możliwością adopcji), radykalnie ułatwiła rozwody, wycofała religię ze szkół i wpędziła kraj w największy kryzys ustrojowy od czasu wojny domowej, zlecając regionom opracowanie projektów poszerzenia swojej autonomii, co nieomal skończyło się rozpadem państwa. Pomimo fatalnej polityki, której elementem były też nieudolne pertraktacje rządu z terrorystami z ETA, miliony Hiszpanów dały się uwieść urokowi socjalistycznej rewolucji Zapatero. Dziś 60-70% społeczeństwa popiera pseudomałżeństwa homoseksualne, a w dyskusji o aborcji padają wyłącznie pytania o to, kto i kiedy może jej dokonywać, a nie czy w ogóle jest zasadna. Dopiero ostatni projekt ustawy, zrównujący zabijanie nienarodzonych z zabiegami w rodzaju wycięcia wyrostka robaczkowego, spotkał się ze zdecydowanym sprzeciwem opozycji, a nawet podzielił socjalistów.
I wreszcie, po kilku latach milczenia opozycyjna Partia Ludowa (PP) sięga również do haseł kulturowych, a nie wyłącznie gospodarczych i politycznych. Od porażki przed pięciu laty do ostatniego sporu o aborcję konserwatyści wydawali się nie dostrzegać faktu, że za kolejnymi wielotysięcznymi manifestacjami w obronie życia, rodziny i religii, organizowanymi przez obywateli, stoją miliony Hiszpanów, którym nie odpowiada rewolucja Zapatero. Prócz kłopotów rządu z coraz głębszą recesją, to właśnie ideowe przebudzenie PP sprawiło, że jej notowania poszybowały ostatnio w górę. W wyborach europejskich zamierza zagłosować na nich 42-44% wyborców, wobec 38-40% poparcia dla socjalistów. Jeśli te wyniki potwierdzą się przy urnach, będzie to pierwsze zwycięstwo wyborcze PP pod przywództwem Mario Rajoya od pięciu lat.
Czy konserwatyści zdołają odzyskać utracone przez chrześcijan pozycje w Hiszpanii? Wątpliwe. Świadomość Hiszpanów została przez Zapatero głęboko przeorana i dziś trudno już wygrać wybory pod hasłami katolickiej kontrrewolucji. Rajoy krytykuje co prawda aborcyjne zapędy socjalistów, ale już w kwestii związków homoseksualnych – milczy. A w Parlamencie Europejskim jego partia powiększy szeregi mało zdecydowanej w kwestiach kulturowych EPP.
Polska: cisza (przed burzą?)
Na tym tle Polska, pomijając kolosalne problemów ze wszystkim innym, wygląda jak oaza spokoju. Scena polityczna przypomina coraz bardziej system partyjny Irlandii, gdzie dominują dwa ugrupowania chadeckie. Socjaliści z SLD są w defensywie. I, wobec konserwatyzmu większości społeczeństwa, słuszna wydaje się teza Kazimierza Kika, że jedynie strategiczny sojusz z chrześcijaństwem może wyciągnąć lewicę z politycznego marginesu.
Z drugiej strony, modernizacja na zachodnią modłę zmieniła jednak świadomość wielu Polaków. Stąd chadecka rzekomo Platforma Obywatelska szuka poparcia poprzez wywoływanie tematu eutanazji, ambiwalentny stosunek do in vitro czy czysto socjalistyczną propozycję przekazania decyzji o odbieraniu rodzicom prawa do opieki nad dziećmi bez decyzji sądu. Czuje jednak na plecach oddech dużo bardziej zdecydowanego w kwestiach światopoglądowych Prawa i Sprawiedliwości. To zaś akcentuje w ostatniej fazie kampanii przywiązanie do chrześcijaństwa („Jeśli Europa ma być silna, musi być chrześcijańska” mówił w Białymstoku Jarosław Kaczyński) i wydaje się na tym zyskiwać. Samo musi się zresztą liczyć z konkurencją ze strony Prawicy RP, którą Marek Jurek zbudował wokół postulatu ochrony życia.
PO zasili w europarlamencie EPP, która ma większe możliwości działania, a PiS – nowopowstającą frakcję konserwatywną, mającą szanse stać się realną siłą. Europejscy chadecy, będąc największą frakcją, nie potrafili do tej pory zablokować ewolucji Europy w stronę kulturowego socjalizmu. I nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić w najbliższej kadencji. Nawet jeśli EPP będzie największą frakcją. Z socjalistami łączy ich bowiem zgoda co do pogłębiania integracji, czyli przekazywania kolejnych kompetencji z państw narodowych do Brukseli. Ta zaś jest światową awangardą „postępu”, z którym coraz popularniejszy „miękki konserwatyzm” wchodzi w sojusz.
Pierwsze miejsce EPP w najbliższej kadencji nie jest przy tym – wbrew zapewnieniom Donalda Tuska – pewne. Bo jeśli MER przyciągnie, oprócz ODS, część posłów „ludowców”, EPP może spaść na drugie miejsce, za socjalistami.
Chrześcijanie a Unia
O kierunku, w którym idzie Europa, nie decyduje Parlament Europejski. On jedynie współrządzi, kontroluje i pomaga. Stanowisko Unii w najważniejszych sprawach uciera się między Komisją a Radą, z ogromnym udziałem lobbingu państw członkowskich i organizacji pozarządowych. Jeśli Polska chce mieć wpływ na UE, powinna więc przede wszystkim zbudować silne państwo i wypracować własną wizję Europy, w której spychanie chrześcijaństwa na margines nie jest „dziejową koniecznością”. Trwanie w bierności i ograniczanie się do protestów skończy się tym, że nie podobające się nam rozwiązania zostaną wreszcie wprowadzone przez nas samych. W ramach realizowania unijnych dyrektyw.
Europarlament, nie mając realnej władzy, jest barometrem europejskich nastrojów. Te zaś ewoluują w stronę coraz większej niechęci do dalszej integracji. Wystarczy spojrzeć na Wielką Brytanię, gdzie dalszego wzmacnianiu Unii sprzeciwia się już większość głównych sił politycznych: torysi, Brytyjska Partia Narodowa (BNP) i Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP). Według sondaży, popiera je ponad połowa Brytyjczyków. Jednak wzrost siły partii przeciwnych zwiększaniu władzy Brukseli nie przełamie jeszcze w tej kadencji dominacji sojuszu chadecko-socjalistycznego. Co oznacza, że dotychczasowy kurs Unii będzie kontynuowany. Także w sferze oświadczeń oceniających papieża czy raportów o „homofobii” w krajach członkowskich.
Jeśli chcemy to zmienić, musimy wypracować – i wypromować - własną wizję Europy. Pilnie potrzebujemy partii, która będzie w stanie to zrobić.
Bartłomiej Radziejewski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

