Albowiem norma to dla nich sens życia, najlepsze narzędzie budowy nowej, wspaniałej rzeczywistości. W ich idealnym, wymarzonym świecie każdy szczegół powinien być znormalizowany, typowy i dokładnie przewidziany. W ich umysłach tylko taki świat, gdzie zadecydują o wszystkim, począwszy od rozmiaru prezerwatywy a skończywszy na ocenie czy nienarodzone dziecko mieści się z standardach przewidzianych dla odpowiedniej „jakości życia” może być światem dobrym i szczęśliwym. Nie dostrzegają, że o ile normy technologiczne są niezbędnie z praktycznego punktu widzenia o tyle opisywanie dopuszczalnej krzywizny banana (rozporządzenie nr 404/93) jest nonsensem. Z takim sposobem myślenia doskonale wpisują się oni w tradycję takich inżynierów rzeczywistości, jak Lenin czy Pol Pot dążący do wtłoczenia jednostki w przewidziane ideologią standardy.


Totalitarne myślenie spadkobierców Robespierre’a i Stalina kazało określić rozmiar prezerwatywy- norma EN 600, wedle której standardowa prezerwatywa winna mieć przynajmniej 17 centymetrów ale nie więcej niż 22, przy czym żadne „regionalne uwarunkowania” nie są brane pod uwagę. Nawet zdanie prostytutek, było nie było ekspertek, że prezerwatywy nienormowane są lepsze, nic nie pomogło. Eurokraci wiedzą lepiej nawet od specjalistek od płatnej miłości bo tak wyszło im ze statystyki… To samo myślenie napędzało debatę na temat eurodrabiny, która jest sprzętem tak niebezpiecznym i skomplikowanych w obsłudze, że użytkownik musi przejść odpowiednie szkolenie i stosować się do szczegółowej instrukcji wedle której wspomniana "drabina ma być ustawiona stabilnie, tak aby jej szczeble znajdowały się w pozycji poziomej".

 

Brukselscy urzędnicy otaczają swoją troską nie tylko ludzi ale wszystkie stworzenia. Oto na przykład w 2003 roku wprowadzono dyrektywę określającą szczegółowo warunki hodowli prosiaków, między innymi ilość materiału do rycia, jakim ma dysponować każda świnka, poziom decybeli, na jakie mogą być narażone a nawet natężenie światła. Nie wiadomo, czy ktoś policzył, ile kosztowało rolników wprowadzenie w życie tych absurdalnych norm i jak wpłynęło to na ceny mięsa.

 

Należy też wspomnieć, że urzędnicy europejscy uregulowali również m. in. dopuszczalną głośność kosiarki, liczbę i barwę zacieków i plam dopuszczalnych na sprzedawanych wyrobach aluminiowych, rodzaj i parametry zatrzasków w pokrywach pojemników różnego rodzaju, kształty i rozmiary warzyw i owoców ( na przykład przez dłuższy czas banan nie mógł być „nienormalnie zakrzywiony”) i tym podobne rzeczy.

 

Oczywiście dla zachowania porządku należy wszystkie czynności i produkty rejestrować, by zawsze można było sprawdzić, czy normy zostały należycie zachowane. I tak- w restauracjach osoba zmywająca naczynia (dawniej pomywaczka) musi odnotować godzinę mycia naczyń, temperaturę wody i rodzaj użytego środka myjącego. Na dokładkę w każdym zakładzie mającym kontakt z żywnością należy wyznaczyć osobę monitorującą mycie naczyń. Wszystko to, rzecz jasna, w trosce o zdrowie klientów i odpowiednią jakość usług. Nie wiadomo, czy ktoś przeprowadził wiarygodne badania stwierdzające, czy przepisy te w jakikolwiek sposób wpłynęły zdrowotność gości restauracji ale z całą pewnością wpłynęły na rozwój biurokracji i podwyższenie cen dań podawanych w lokalach.

 

Czekamy teraz na normy dotyczące użycia papieru toaletowego i wkładania do kubła worka na śmieci, choć nie wykluczone, że przepisy takie już istnieją, tylko w zalewie setek tysięcy wydawanych corocznie dyrektyw, rozporządzeń i zaleceń zdołały umknąć powszechnej uwadze. Aż strach pomyśleć, że zbliżają się święta i ktoś może wpaść na pomysł objęcia euronormą opłatków, choinek albo decybeli emitowanych przy okazji śpiewania kolęd.

 

I nic to, że wyśrubowane, absurdalne normy uniemożliwiają praktycznie produkcję tradycyjnych wędlin czy serów, albo co najmniej zabierają im smak i zapach, nic to, że koszty wprowadzania tych przepisów zabijają drobną przedsiębiorczość, nic to nawet, że obywatele śmieją się z tej twórczości w kułak- najważniejsze, żeby realizować wizję nowego wspaniałego świata, mieć kontrolę i, przy okazji, zarobić- bo o to właśnie chodzi…

 

Ale normy to nie wszystko. Czasami, dla naszego dobra i szczęścia potrzebna jest zmiana zastanej rzeczywistości co oczywiście be trudu można zrobić za pomocą wspomnianych już rozporządzeń i dyrektyw. W ten właśnie sposób ślimak stał się rybą a marchewka owocem. 

 

Zachwycający jest również język rozporządzeń i dyrektyw. Oto omówienie jednej z nich: „Według euronormy PN-EN 12209 zamki mechaniczne należy klasyfikować zgodnie z układem klasyfikacyjnym jedenastu właściwości, a według euronormy PN-EN 1303 wkładki bębenkowe do zamków należy klasyfikować zgodnie z układem ośmiu właściwości. W przypadku badania zamków mechanicznych są one następujące: kategoria użytkowania, trwałość, masa drzwi i siła zamykająca, przydatność do zastosowania w drzwiach przeciwpożarowych/dymoszczelnych, bezpieczeństwo, odporność na korozję i temperaturę, zabezpieczenie i odporność na wiercenie, obszar stosowania do drzwi, sposób uruchamiania kluczem i ryglowania, typ działania trzpienia, wymagania dotyczące identyfikacji klucza (jedenasta właściwość).

 

W przypadku badania wkładek bębenkowych są to kolejno następujące właściwości: kategoria użytkowania, cykle próbnej trwałości, masa drzwi, odporność ogniowa, bezpieczeństwo, odporność na korozję, wytrzymałość, zabezpieczenie i odporność na wiercenie (ósma właściwość).” (źródło:http://www.zabezpieczenia.com.pl/podsumowania/badania-i-certyfikowanie-mechanicznych-urzadzen-zamykajacych)

 

O co  tym wszystkim chodzi? Oczywiście o pieniądze a przy okazji o zapętlenie we własnej radosnej twórczości. Przepisanie ślimaka z mięczaków do ryb załatwili sobie Francuzi a marchew uczyniono owocem dzięki Portugalczykom, którzy robią z niej dżem. Powód? Inna norma mówi, że dżem może być tylko z owoców- eurokraci wpadli więc we własną pułapkę… Portugalczycy nie chcieli tracić na zaprzestaniu produkcji przysmaku, więc stworzono absurdalny przepis, żeby z całej sytuacji wyjść z twarzą (co dało zresztą, jak widać, efekt odwrotny od zamierzonego). Krzywiznę banana określono również w interesie Francji a właściwie jej byłych kolonii- norma ta utrudniała dostęp na rynek europejski dorodnym i śmiało zakrzywionym bananom z Ameryki Południowej. Efekt był oczywisty- nagły wzrost cen tego owocu. Przykłady oczywiście można by mnożyć. Efektem z pozory ubocznym ale niezwykle istotnym jest również zwiększenie liczby miejsc pracy, co prawda nie w sektorze produkcji czy usług tylko stanowisk urzędniczych ale dla autorów tych absurdów to właśnie jest korzystne- tworzą dla siebie i sobie podobnych kolejnie ciepłe, bezpieczne i dobrze płatne a nie wymagające nadmiernego wysiłku, posadki. I o to przecież chodzi.

 

Na koniec jedna uwaga i jedno pytanie- wiadomą jest rzeczą, że idiota sprowadza innych do swojego poziomu, żeby się dobrze czuć, ale jak długo jeszcze mieszkańcy UE pozwolą robić z siebie koncertowych durniów??? Chyba, że jest coś na rzeczy i rzeczywiście ludzie tak pogłupieli, że są skłonni tolerować podobne absurdy.

 

Monika Nowak