Już w 2008 roku emigracyjnych małżeństw było w Polsce pół miliona. Demografowie zapowiadali wtedy, że w ciągu dwóch lat przybędzie kolejne 200 tys. podobnych par. Takie „wyjechane związki”, co jest w jakiś sposób zrozumiałe, są dużo bardziej narażone na rozpad. Demografowie z Uniwersytetu Jagiellońskiego prognozują, że nawet 30 proc. emigracyjnych związków skończy się rozprawą rozwodową.
O. Jacek Poznański SJ jednak nie do końca zgadza się z tezą, że sama emigracja prowadzi do rozbicia rodziny. - Doświadczenie raczej wskazuje, że jakieś rozbicie, jakieś pęknięcia i zapowiedzi kryzysu w wielu przypadkach były już w Polsce. Rozłąka emigracyjna tylko przyspieszyła i spotęgowała ten proces – uważa jezuita. I dodaje: „Najprawdopodobniej wiele małżeństw, nawet gdyby na ich losach nie zaciążyła emigracja, i tak by się rozpadło, tylko trochę później. Emigracja bezlitośnie obnaża to, co narzeczeni zaniedbali, słabe przygotowanie do małżeństwa, naiwność w stosunku do relacji”.
Ciężar uzależnienia małżonka albo dramat zdrady może prowadzić do głębokiej depresji, której zraniona osoba nie jest w stanie udźwignąć. Trudno ferować zdecydowane sądy w sprawie Polaka, który kilka dni temu dopuścił się zbiorowego morderstwa na wyspie Jersey nie znając szczegółów. Według wstępnych ustaleń policji, przyczyną masakry, której dopuścił się Damian R. mogła być zdrada jego żony.
Nie ulega natomiast wątpliwości fakt, jak szalenie zdesperowany musiał być człowiek, który zamordował swoich najbliższych, a potem sam (nieskutecznie) targnął się na swoje życie.
maja
