W powieści „Czarny Horyzont” przed siłami ciemności Polskę ratuje wiara i unikalny patriotyzm. Czy jednak są one tym, za co je uważamy?

 

Może nie Elrond i nie Półelf, ale na pewno Polska pod jego panowaniem jest ostatnim przyjaznym domem w o wiele większym stopniu, niż Rivendell. Bolesław Arr'Rith jest pełnokrwistym elfem; rządzi krajem, na zachód od którego ciągną się ziemie niczyje, dalej zaś, za Łabą – Gehenna, zamieszkana przez okrutne barlogi i ich nie znające litości sługi – jegrów. Ich niewolnikami są resztki mieszkańców Europy Zachodniej, zamieszkujący, wedle słów jednego z bohaterów, najdoskonalszy obóz koncentracyjny w historii. Systematycznie wykańczani i pozbawieni jakiejkolwiek nadziei, pracują na rzecz swoich panów. Jegrzy to w zdecydowanej większości dzieci odebrane rodzicom w wieku dwóch lat i bezwzględnie szkolone na bycie wcielonym złem.

Polska przedmurzem Dobra

Potędze barlogów opiera się Królestwo Polskie, które pozostało niepodległe przede wszystkim dzięki tradycji, a także wierze katolickiej, którą wyznają tutejsi mieszkańcy. To liczne kościoły, gromkie modlitwy i fakt przesycenia polskiej kultury chrześcijaństwem spowodowały, że państwo oparło się złu – i opiera się do tej pory.

Tak po krótce wygląda świat przedstawiony w nowej powieści Tomasza Kołodziejczaka „Czarny Horyzont”. Akcja jej rozgrywa się w świecie znanym z takich opowiadań autora, jak „Piękna i graf”, czy „Klucz Przejścia”. Polacy, połączeni sojuszem z ostatnimi narodami, które przetrwały zagładę zgotowaną przez pochodzące z innego świata barlogi (pojawiły się na Ziemi w wyniku specyficznej koniunkcji światów), dają odpór Złu. - Nie jesteśmy jakoś szczególnie dobrzy. Grzeszymy, błądzimy, szukamy. Ale oni na pewno są źli. Więc walczymy z nimi jako emisariusze normalności. Obrońcy ludzi, którzy po prostu pragną żyć w pokoju. Chcą pracować, chować dzieci, robić zawodowe kariery, całymi dniami oglądać telewizję albo pisać naiwne wiersze. Jak ci nasi przodkowie, którzy stawali naprzeciw Lenina czy Hitlera. Przecież nie byli aniołami ani ich Polska nie była rajem. Lecz to nie znaczy, że zasłużyli na piekło, które im zgotowano – mówi jeden z bohaterów, Robert Gralewski, do swojego przybranego syna.

Ludziom w walce pomagają elfy, pochodzące z tego samego świata, co barlogi. Po kilkudziesięciu latach swojej obecności na Ziemi stali się elitą państwa. Przedstawiciel ich rasy jest królem Polski, większość kadry oficerskiej armii stanowią właśnie elfowie. Co więcej - zintegrowali się z cywilizacją zachodnioeuropejską, której ostatnim bastionem jest zamieszkiwane właśnie przez nich Królestwo - do tego stopnia, że przyjęli także wiarę katolicką, zaś pozostający w katakumbach na Sycylii papież Jan XXIV wyświęcił niektórych z nich na kardynałów.

Tolkien pisze Biblię

W tym świecie porusza się dwóch głównych bohaterów – wymieniony już Gralewski, będący pułkownikiem armii polskiej, a także królewski geograf, Kajetan Kłobudzki – jego przybrany syn. Ten drugi, wysłany na misję mającą polegać na zbadaniu bliżej niezidentyfikowanego obiektu barlogów, skupia na sobie większą część wartkiej akcji, podczas gdy jego rodzic stanowi główne odniesienie do rozważań na temat świata przedstawionego.

Niestety, autor wyszedł zapewne z założenia, iż wszyscy czytelnicy książki zapoznali się także z poprzednimi dwoma opowiadaniami, osadzonymi w tym samym świecie, które w dodatku w wystarczającym stopniu tłumaczą jego zawiłości. Moim zdaniem nie tłumaczą; nie wystarczy także zasygnalizować faktu możliwości przemieszczania się pomiędzy różnymi światami, by czytelnik zrozumiał, co się dzieje. Chyba, że celem jest zaprezentowanie wartkiej (choć, nie oszukujmy się, przeciętnie pomysłowej) fabuły, w której z prędkością nerwowego tiku będziemy postmodernistycznie mrugać do odbiorcy, serwując mu co raz to nowe odniesienia do kultury, w której żyje.

Te zaś u Kołodziejczaka łączą ze sobą różne motywy – wiarę katolicką, polską symbolikę patriotyczną i bliską Tolkienowi wizję elfów. Jak już zwróciłem uwagę, nawracają się one na chrześcijaństwo i przyjmują bliskie Polakom wartości i zwyczaje.

Modlitwa i magia

Trudno jednak powiedzieć, po co to robią. Z powieści redaktora naczelnego „Kaczora Donalda” (a także z wymienionych opowiadań) trudno bowiem wyczytać, czy religia jest w tym wypadku ludzkim (i elfickim!) duchowym wyborem, czy jednak wynika z pragmatyzmu. Także, dlaczego po raptem kilkudziesięciu latach (co, zgodnie z praktyką stosowaną przez większość autorów powieści fantasy, jest dla elfa czasem bardzo krótkim) mieszkania na Ziemi stają się gorliwymi polskimi, bogoojczyźnianymi patriotami.

Z tego powodu największą zagadką książki stało się dla mnie nie to, w jakich relacjach do siebie są występujące w powieści Plany, ale czym w tamtej rzeczywistości jest modlitwa czy patriotyczna symbolika. Dlaczego przed wywołującymi depresję pociskami jegrów ratuje ukrycie się w kościele? Czemu ryngrafy i relikwie świętych działają jak magiczne artefakty? Dlaczego najsilniejsze zaklęcia (zapomniałem dodać, że prócz modlitwy elfy i ludzie posługują się także magią) pisane są solidarycą, zaś krzyże i przydrożne kapliczki sąsiadują z groźnymi runami, a odmawianie różańca z leczniczymi mantrami?

Te wszystkie pytania zamykają się właściwie w jednym: Czy w świecie przedstawionym Tomasza Kołodziejczaka modlitwa jest tym, za co ją uważają katolicy? Wygląda jednak na to, że jest ona raczej swoistą „ziemską magią”, świetnie sprzęgającą się z tą przywiezioną przez elfów. Co ciekawe, w książce nie ma słowa o tym, czy elfy modlą się także w swoim Planie – w scenie, w której Kajetan przenosi się do Planu ruin Shangri-La, nie pada ani jedno boskie wezwanie, dowiadujemy się jedynie, że działanie magicznych artefaktów jest w nim bardzo osłabione. Jeśli tak jest, to skąd ta magia akurat w ziemskim wymiarze? Czy w świecie Kołodziejczaka Najwyższy istnieje, a jeśli tak, to czy nie jest bardziej maszyną, uruchamianą poprzez kod aktywacyjny „Ave Maria”, niż osobowym Bogiem?

Miód na serce

Tego się z „Czarnego Horyzontu” nie dowiemy. A szkoda, bo więcej informacji na ten temat mogłoby posłużyć jako materiał do rozważań nad tym, jak my, żyjący jeszcze przed inwazją barlogów, postrzegamy rozmowę z Bogiem i narodowe symbole. Nie zaszkodziłoby to lekturze książki, która po zakończeniu pozostawia pewien niedosyt. Autor spokojnie mógłby ją rozbudować, jeśli nie o dodatkowe wątki fabularne (co także mogłoby być ubogaceniem skupiającej się właściwie jedynie na dwóch bohaterach powieści), to właśnie o pogłębienie świata przedstawionego.

Zresztą, powieść Tomasza Kołodziejczaka nie miała być chyba w założeniu traktatem teologiczno-historiozoficznym, a wartką lekturą rozrywkową. Przeciętną fabułę ratuje kulturowy sztafaż, który dla niejednego czytelnika może stanowić miód na serce. Wreszcie otrzyma on bowiem dowód, że bliskie mu wartości zwyciężają i stają się ratunkiem dla świata. A nawet jeśli nie, to i tak z przyjemnością przeczyta dobrze napisaną rozrywkową powieść z pogranicza fantasy i science fiction.

Stefan Sękowski

Tomasz Kołodziejczak, Czarny Horyzont, Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2010.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »