Fronda.pl: Państwa córka po raz pierwszy poszła dzisiaj, do szkoły. Jaki to będzie dla niej czas?
Tomasz Elbanowski: To się okaże. Wiemy już na jakich zasadach ministerstwo określiło start edukacyjny naszego dziecka w szkole. Córka po zerówce przedszkolnej czyta już prawie płynnie a od września będzie się uczyła znowu abecadła. Wszystko z powodu rozporządzenia o nowej podstawie programowej, która zmienia program szkoły tak, jakby zaczynały ją sześciolatki.
Karolina Elbanowska: W tym roku jednocześnie z siedmiolatkami do szkół trafi jakiś niewielki odsetek sześciolatków. Ignoruje się jednak fakt, że ponad 96 proc. pierwszej klasy to będą siedmiolatki. Trzeba jednocześnie powiedzieć, że te sześciolatki, które teraz pójdą do pierwszej klasy, nie będą miały taryfy ulgowej, one będą traktowane jak siedmiolatki. Wszyscy są więc poszkodowani: siedmiolatki powtarzając program, ale też sześciolatki, które nie mają szans w klasach ze starszymi kolegami. Jak ktoś, kto od początku czuje się gorszy, ma potem zdobywać góry?
Czyli ze względu na to, że Państwa córka stanie się, jak to nazywacie, królikiem doświadczalnym reformy, postanowiliście się zajmować tematem edukacji i założyliście w zeszłym roku stronę internetową www.ratujmymaluchy.pl.
TE: Na internetowych forach dyskusyjnych znaleźliśmy bardzo dużo głosów ludzi, którzy podobnie jak my uważali, że gwałtowne obniżenie wieku szkolnego i posłanie do szkoły dwóch roczników naraz to głupi i zły pomysł. W mediach w zasadzie było o tym cicho. Dlatego zainspirowani stroną, www.prawarodzicow.pl, także przeciwnej reformie, choć z nieco innego powodu, założyliśmy www.ratujmaluchy.pl. W kilka dni było już ponad tysiąc podpisów pod naszym apelem do ministerstwa o wycofanie się z reformy. Już po tygodniu poszliśmy na konferencję pani minister Katarzyny Hall w Warszawie. Zanieśliśmy nasz apel z podpisami. Pani minister nawet nie wzięła go do ręki.
Czy ktoś inny się z Wami kontaktował? Rząd głosi pochwałę wolności i inicjatywy obywatelskiej. Czy poza tym, że pani minister zignorowała Wasze pomysły, ktoś jeszcze się odnosił się do Waszych działań?
KE: Od początku byliśmy otwarci na rozmowę. Ale spotkaliśmy się ze ścianą. Na przykład w Warszawie, gdzie samorząd zamówił badania u naukowców z UW, na temat gotowości szkół na przyjęcie sześciolatków. Szkoły okazały się kompletnie nieprzygotowane, chociażby z tego powodu, że w wielu placówkach będzie musiała odbywać się nauka zmianowa. Wyniki badań opisała „Gazeta Wyborcza”. Na konferencji prasowej stanowiącej rodzaj odpowiedzi na zarzuty naukowców, okazało się, że to my, czyli protestujący rodzice, jesteśmy wszystkiemu winni. Warszawscy urzędnicy od edukacji oskarżyli nas o to, że niedługo będzie można zobaczyć na listach wyborczych. Nie mieliśmy nic wspólnego z zamówionym przez miasto raportem, ale trzeba było wskazać winnych. Tak, jakby nie można było przyznać się do błędu i powiedzieć, że się coś naprawi. W podobnym duchu wypowiadali się potem posłowie, gdy eksperci Biura Analiz Sejmowych skrytykowali założenia reformy. Przez posłów koalicji zostaliśmy nazwani z mównicy sejmowej ruchem wspierającym niedemokratyczny i niesprawiedliwy system. Cokolwiek by to miało oznaczać, zrozumieliśmy, że dialogu nie będzie.
Jakie zatem wyciągacie wnioski z tego, jak Was potraktowali politycy?
KE: Nie jesteśmy państwem obywatelskim i długo jeszcze nie będziemy.
TE: Długo dobijaliśmy się o to, żeby nas wysłuchano. Już rok temu we wrześniu byliśmy z grupą rodziców pod Ministerstwem, potem w Kancelarii Premiera podjął nas wiceminister edukacji. Ale rozmowa była o niczym.
KE: Była już jakaś ukształtowana wizja, z którą nie było dyskusji i jakiekolwiek uwagi były przyjmowane na zasadzie: tak, tak, słyszymy co mówicie, ale i tak zrobimy swoje.
Jakie podstawowe zarzuty formułowaliście wobec przygotowanej ustawy?
KE: Polskie szkoły są w katastrofalnym stanie. Nasze zarzuty potwierdzają kontrole sanepidu, które pokazały, że co 10 szkoła nie ma ciepłej wody, nie ma papieru toaletowego, nie ma mydła, sanitariaty przypominają rudery. Oprócz tego brakuje kadr, jest za dużo dzieci, jest zawsze hałas, i z powodu braku bazy lokalowej często łączy się podstawówki z gimnazjum. Nie ma gimbusów, nie ma świetlic, nie ma stołówek itd. Mogłabym wymieniać jeszcze przez pół godziny. I do takiej szkoły wprowadza się sześciolatki. Argumentując, że dzieci w wieki 6, 7 lat niewiele się od siebie różnią. Według tej logiki moglibyśmy za chwilę wysłać do szkoły trzylatki. Też chodzą i mówią i na pierwszy rzut oka niewiele się różnią od sześciolatków. Reforma budzi wiele kontrowersji nie tylko jeśli chodzi o infrastrukturę, ale też jeśli chodzi o program. Ten program zrzuca na sześciolatka ciężar dwóch lat: sześciolatek w pierwszej klasie musi się nauczyć wszystkiego z dotychczasowej zerówki i z pierwszej klasy, i to jest, jak mówią pedagodzy, ponad możliwości przeciętnego dziecka w tym wieku.
TE: Co gorsza reforma jest wprowadzana bez pieniędzy, bo premier w lutym odebrał większość środków na finansowanie zmian. Pieniędzy brakuje nawet na podręczniki dla dzieci niepełnosprawnych. Ale żadne argumenty logiczne, które są przedstawiane przez naukowców, pedagogów, rodziców, przez ekspertów, którzy nas wspierali, a był wśród nich na przykład prodziekan Wydziału Pedagogiki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, nie są brane pod uwagę. Reforma jest jak czołg, który jedzie do przodu i nie ogląda się na nic. Dodam, że w Mołdawii rząd się wycofał po roku z podobnej reformy, tak źle to dzieci znosiły.
Bardzo często pojawia się w obronie reformy argument o wyrównywaniu szans.
KE: Kiedy słyszymy to hasło, to ono się nam kojarzy z walcem. Sześciolatek jest zwalcowany do poziomu siedmiolatka, siedmiolatek do poziomu sześciolatka. Kluczowym argumentem za reformą, jest chyba to, co powiedział pan minister Michał Boni w rozmowie z "Gazetą Wyborczą": sześciolatki muszą iść do pierwszej klasy, inaczej nie będzie kto miał pracować do nasze emerytury.
TE: Jeśli chodzi o dzieci, które miałyby skorzystać na wyrównywaniu szans tzn. z uboższych terenów, to przyjęto założenie z gruntu fałszywe, że te dzieci w szkołach będą miały na pewno lepiej niż w domu. Tak naprawdę dzieci, z terenów uboższych będą bardziej poszkodowane przez tę reformę. W wielu regionach nie ma przedszkoli. Reforma spowoduje, że pięciolatki, które też mają zostać objęte obowiązkiem nauki od 2011 r. trafią do szkół. I to w takich warunkach, gdzie nie ma czasami pieniędzy na gimbusy. Wyobraźmy sobie takie dzieci pięcioletnie czy niespełna pięcioletnie, które idą przy drodze do szkoły, bo takie sytuacje też będą.
Mówicie o problemie walcowania sześcio- i siedmiolatków. Ale może oprócz problemów na starcie, potem będzie już tylko lepiej?
TE: Obniżenie wieku dotyczy całego cyklu, więc w każdej klasie znajdą się dzieci o rok młodsze. A już dziś ogromnym problemem są korepetycje. Skala dzieci biorących korepetycje jest zatrważająca. To świadczy bardzo źle o systemie oświaty. Reforma psuje całą edukację, aż do liceów, które przestają być właśnie ogólnokształcące. Dzieci w wieku 14-15 lat będą wybierały specjalizację. I tak fundamentalne tematy jak np. Konstytucja 3 maja będą poznawały ostatni raz w wieku 12 lat.
Przedmioty takie jak historia, fizyka, geografia będą poznawali już tylko uczniowie, którzy je wybiorą, natomiast dla pozostałych będą zajęcia wyrównawcze np. z przyrody, w której programie znalazła się wiedza o astrologii i lewitacji.
KE: Kolejny problem: prywatyzowanie szkolnictwa. Ta ustawa zakłada możliwość prywatyzowania placówek do 70 uczniów. Jest to też podstawa do tego, żeby prywatyzować przedszkola. Są przedszkola małe, poniżej 70 dzieci, i po prostu one będą przekazywane w prywatne ręce. Mamy takie sygnały, np. rodzice z Goleniowa dowiedzieli się, że jedno z ostatnich publicznych przedszkoli trafi w ręce dyrektorki, która zaczęła o nim mówić "moja firma".
Prywatyzacja to również kwestia miejsc pracy, poziomu jakości nauczania w takich placówkach. Z zasady w placówkach prywatnych robi się oszczędności, cięcia i nawet, jeśli one nie są płatne przez rodziców, to i tak poziom się drastycznie obniża.
Skąd zatem, mimo takiej ogromnej ilości problemów, Wasza determinacja do działania na rzecz zmiany edukacji publicznej?
KE: Siłę czerpiemy z tego, że mamy czworo dzieci. Wszystkie one są poddane tej reformie, od najstarszego do najmłodszego. Może gdybyśmy mieli jedno dziecko, które w tej chwili idzie do pierwszej klasy to pewnie protest by się skończył.
A może Państwo Elbanowscy nie muszą zbawiać świata i zmieniać całego szkolnictwa w Polsce. Może swoje dzieci możecie ochronić przed złą szkołą poprzez edukację domową?
KE: Jeśli matka jest przez cały dzień zajęta nie tylko praniem, gotowaniem, sprzątaniem, ale jeszcze nauczaniem domowym, to już nie ma absolutnie na nic czasu. Już nie mówię o pracy zawodowej, ale o czasie dla siebie. To oczywiście jest czasem dobre rozwiązanie, ale z czwórką dzieci nie wyobrażam sobie, żebym miała uczyć je w domu. To byłoby ponad moje możliwości. Chylę czoła przed matkami, które się tego podejmują.
Czy dobrze rozumiem, że w Polsce nie ma społecznych warunków na edukację w domu?
KE: To pytanie o politykę prorodzinną państwa. Kobieta musi pracować, bo często mąż nie jest w stanie sam utrzymać rodziny. Mamy w Polsce zatrważający spadek dzietności. Myślę, że to jest związane również z tym, że rodzice kalkulują, ile będą musieli wydać na edukację swoich dzieci. Mogą się obawiać, że nawet z dwóch pensji nie dadzą rady, żeby dzieci poszły na studia, czy żeby je dokształcać. Korepetycje, książki, wyjazdy. Wiadomo, że każdy człowiek odda swojemu dziecku wszystko. Jeśli ma się ograniczone możliwości finansowe, to nie da się spokojnie planować edukacji swoich dzieci. Polityki prorodzinnej w Polsce nie ma, już abstrahując od zasiłków na dzieci, które otrzymują tylko rodziny na skraju ubóstwa. Kobieta decydując się na dziecko musi liczyć się z tym że być może nie będzie mogła wrócić do pracy przez wiele lat. Przecież przedszkoli albo nie ma wcale albo są tak oblegane, że w skrajnych przypadkach małżeństwa rozważają wzięcie rozwodu, żeby samotna matka miała większe szanse przy rekrutacji.
TE: Widzimy wady i zalety edukacji domowej. Natomiast z całą pewnością impulsem do niej nie powinna być chęć ucieczki przed edukacją publiczną.
O co teraz konkretnie walczycie?
TE: Ostatnio rozpoczęliśmy akcję „wyślij rachunek do pani minister”. Przypominamy obietnice, które zostały złożone na początku reformy. Była mowa o tym, że wszystkie pierwszaki w podstawówce i gimnazjum dostaną darmowe podręczniki. To było powiedziane publicznie na konferencji prasowej. Dziś w ministerstwie już nikt o tej deklaracji nie pamięta.
F: Jesteście już po zakupach? Ile wydaliście na Waszą pierwszoklasitkę?
TE: Dla pierwszaków komplet podręczników kosztuje około 250 zł. Natomiast jak rodzice mają dwójkę starszych dzieci i więcej to koszt przekracza 1000 zł. Dla rodziców te wydatki są ogromne. Jedna pensja idzie na przygotowanie dzieci do szkoły.
Jakie macie pomysły na najbliższe miesiące?
TE: Póki jeszcze reforma w pełni nie weszła w życie, mamy nadzieję, że się przewróci. Cały czas działą nasza strona www.ratujciemaluchy.pl. Piszą do nas rodzice z całej Polski, podają przykłady w jakim stanie są szkoły, albo jak traktuje ich samorząd. Są tak drastyczne przykłady, jak z warszawskiego Ursynowa, gdzie samorząd zmusił psychologów, którzy dotychczas odradzali posłanie sześciolatków do szkół, aby przekonywali rodziców do wysyłania dzieci do pierwszej klasy. Nasza strona jest potrzebna, chociażby po to, żeby takie sprawy upubliczniać.
TE: Ważny jest temat dotyczący traktowania rodziców i rodziny przez państwo. Widzimy, że tutaj są duże braki. Tego doświadczamy na własnej skórze.
KE: W Polsce nie ma lobbingu na rzecz rodziców. Rodzice są tak szeroką grupą społeczną, wykonującą tak ogromną i ważną pracę dla państwa, a są przez władze traktowani po macoszemu.
Co można zmienić, żeby stworzyć coś na kształt takiego lobby?
KE: W tej chwili mamy kontakt z dużą grupą rodziców, powstaje Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców. Czekamy na jego rejestrację. Zbieramy też podpisy pod projektem wycofania reformy. Tak naprawdę zobaczymy co się będzie działo. To nie jest tak, że my coś możemy sami stworzyć, zorganizować, bo to nieprawda. Jeśli jest jakiś potencjał społeczny, jakaś wola ludzi, żeby coś robić, to będzie się to działo.
Rozmawiał Jakub Lubelski
[video:http://www.youtube.com/watch?v=OHum6GYYfEo]
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

