O ekonomii nieczęsto pisze się z perspektywy moralnej i teologicznej. A nawet jeśli, to głównie po to, by udowodnić, że etyka (ewentualnie teologia moralna, nauka społeczna Kościoła czy szerzej Tradycja) wspiera jedną z dróg myślenia o gospodarce (równie często dowodzi się przy tym, że wspiera ona keynesizm albo libertarianizm, państwo opiekuńcze lub państwo minimum). O wiele rzadziej natomiast zdarza się, by ktoś zdecydował się przeanalizować ideę wolnego rynku, wolności gospodarczej z perspektywy starej sprawdzonej katolickiej teologii. Tego zadania podjął się – w wydanej przez wydawnictwo Fronda pracy „Pożarci” – William T. Cavanaugh.

I nie ma co ukrywać, że zrobił to świetnie. Rozważania teologa czyta się błyskawicznie, podpowiadane rozwiązania brzmią interesująco, a ekonomia (a może jeszcze bardziej teologia celów doczesnych) robi wrażenie mocno przemyślanej. A jakby tego było mało część z rozwiązań podpowiadanych przez Cavanaugha daje się zastosować w normalnym, codziennym życiu. Z pozytywnymi skutkami.

Fundamenty

Fundamentalnym założeniem, z którego wychodzi Cavanaugh jest przekonanie, że każde ludzkie działanie (w tym także działanie ekonomiczne czy gospodarcze) musi być oceniane z perspektywy celu. I nie inaczej jest z wolnym rynkiem. Jego ocena, a szerzej ocena jego działania czy miejsca, w jakim zajmuje w nim człowiek, musi być dokonywana z perspektywy celów ostatecznych człowieka.  Dopiero z tej perspektywy widać bowiem, co jest, a co nie jest prawdziwą wolnością, co służy człowiekowi, a co nie, i wreszcie na czym polega prawdziwa wolność, także gospodarcza.

Tym nadrzędnym celem ludzkiego życia, celem, który wyznaczać ma także ocenę działań gospodarczych, pozostaje „powrót do Boga”. „Wolność jest zatem – wskazuje Cavanaugh – po prostu przejawem działania Bożej łaski w nas. Wolność jest schronieniem się w woli Bożej, ponieważ tylko Bóg daje wolność”. Co z tego wynika w praktyce? Otóż tyle, że nie każde zrealizowane pragnienie dowodzi naszej rzeczywistej wolności. Część z nich to tylko pragnienia pozorne, które raczej oddalają nas od celów, niż do nich przybliżają. Nie jest także dowodem na prawdziwą wolność (czyli wolność ku) swoboda obrotu gospodarczego. „Żeby ocenić, czy dana wymiana jest czy nie jest wolna, trzeba wiedzieć czy wola kontrahentów jest skierowana ku dobru. Wymaga to konkretnego sformułowania, nie jedynie formalnie, rzeczywistego celu – telos – osoby ludzkiej. Jeśli nie ma obiektywnie pożądanych celów, a jednostce nakazuje się kierować w swoich wyborach celami osobistymi, dobrem staje się wybór sam w sobie”. Brak reguł pozwalających ocenić pragnienia sprawia także, że poruszenia woli stają się czysto arbitralne, a w sporach gospodarczych czy ekonomicznych nie ma innej zasady wartościowania, niż ocena brutalnej siły.

Wszystkie te rozważania nie skłaniają jednak Cavanaugha do uznania, że państwo powinno zacząć kierować ludzkimi motywacjami czy pragnieniami, czy ograniczać zasadę wolnego rynku. A wręcz przeciwnie. Amerykański teolog skłania się raczej do wezwania Kościołów do „wcielania w życie zasad wolnej ekonomii”, czyli takiej działalności gospodarczej, która „jest zgodna z prawdziwym przeznaczeniem człowieka”. „Należy – podkreśla Cavanaugh – promować takie praktyki biznesowe, które sprzyjają utrzymywaniu prawdziwych związków między kapitałem, pracą i społecznościami lokalnymi oraz rozpoznaniu rzeczywistego dobra na płaszczyźnie społecznej”.

Uzależnieni od konsumowania

Podobną metodę oceny zjawisk stosuje Cavanaugh w odniesieniu do konsumpcjonizmu. Amerykańskiego teologa interesuje zatem nie tyle szczegółowy opis zjawiska (choć i on pojawia się w jego książce), ile jego ocena z perspektywy wieczności. I podobnie, jak w przypadku wolnego rynku ocena ta nie wypada szczególnie pozytywnie. Ale powodem nie jest potępienie samego bycia konsumentem („każdy musi nim być, aby żyć” – wskazuje teolog), ale oderwanie współczesnego stylu życia od tradycyjnej antropologii, zniszczenie realnych więzi społecznych, które niegdyś tworzone były także w przestrzeni gospodarczej.

Konsumpcjonizm odrywa nas bowiem od przedmiotów i przenosi w świat czystego pragnienia, które w momencie gdy jest realizowane umiera. Nowy komputer, golarka z większą ilością ostrz czy większy telewizor nie są nam realnie potrzebne. Konieczne jest jednak zaspokojenie pragnienia. I to ono staje w centrum, przedmioty zaś (a szerzej cały świat materialny) stają się nieistotne. Konsumpcjonizm opiera się, jak podkreśla Cavanaugh, na skrajnie indywidualistycznym myśleniu, w którym celem życia człowieka jest dokonywanie – na własną odpowiedzialność, osobistych decyzji (konsumenckich). W chrześcijaństwie jednak nie ma nic takiego, jak czysto osobiste decyzje. Każda z nich ma wpływ na innych. I nie inaczej jest z decyzjami konsumenckimi. Każda z nich powinna być oceniana nie tylko z perspektywy mojego zadowolenia, ale także z perspektywy dobra innych, szczególnie najsłabszych. „Stosunek do dóbr materialnych – przypomina Cavanaugh – został ściśle związany z imperatywem konkretnej solidarności z bliźnimi”.

Przekładając te refleksje na język konkretów Cavanaugh proponuje, aby po pierwsze szukać miejsc, w których można kupić przedmioty czy produkty, o których pochodzeniu mamy jakieś pojęcie (a wcale nie jest to takie proste). Najprościej zrobić to korzystając z usług niewielkich dostawców, a niekiedy producentów. Tam gdzie jest to możliwe warto też zmienić własny stosunek do rzeczy o samemu zacząć je wytwarzać. „… nawet tak proste działania, jak wypiek własnego chleba czy tworzenie własnej muzyki mogą istotnie przyczynić się do zmiany postrzegania świata materialnego. Tworzenie rzeczy sprawia bowiem, że twórca docenia pracę włożoną w produkcję tego, co konsumuje. Tworzy się poczucie, że nie jesteśmy jedynie obserwatorami życia (…), ale aktywnymi i kreatywnymi uczestnikami świata materialnego. Możemy wówczas, jak powiedział Jan Paweł II docenić nasze autentyczne powołanie do udziału w dziele stwórczym Boga” – zauważa Cavanaugh.

Herezja globalizacji

Mocnym elementem „Pożartych” jest także polemika ze zjawiskiem globalizacji. Według Cavanaugha idea ta jest w istocie chrześcijańską herezją (a dokładniej parodią chrześcijańskiej idei katolickości). „Można (…) patrzeć na globalizację jako na zeświecczoną wersję katolicyzmu, pragnienie ogólnoświatowej wspólnoty, która może mieć swoje korzenie w chrześcijańskim pragnieniu niesienia Dobrej Nowiny całemu światu i zjednoczenia wszystkich ludzi w jedno” – podkreśla teolog, ale zaznacza jednocześnie, że globalizacja w istocie uniemożliwia prawdziwą powszechność czy uniwersalność. A powód jest dość oczywisty. Globalizacja, w odróżnieniu od katolicyzmu, oznacza homogeniczne patrzenie na świat, które uniemożliwia w istocie różnorodność. „Kosmopolita sięga wzrokiem daleko i uznaje, że partykularyzm pozostaje w zasadniczym konflikcie z powszechnością. To, co partykularne, zostaje w ten sposób pozbawione swego znaczenia wiecznego” – wskazuje.

Z katolicyzmem jest inaczej. „Katolickość Kościoła nie jest osiągana przez kosmopolityczne oderwanie od partykularności, przez (rozumiany etymologicznie) „zmysł katolicki” zglobalizowanego podmiotu. „Katolickość” oznacza raczej gromadzenie niż rozpraszanie, zjednoczenie wielu przez związanie ich z lokalną wspólnotą eucharystyczną. Osoba staje się tym bardziej katolicką, powszechną, im bardziej jest związany z partykularną wspólnotą chrześcijan zgromadzonych wokół ołtarza”. I dokładnie tak samo powinno wyglądać budowanie globalnej uniwersalności, katolickości w przestrzeni publicznej i gospodarczej.

Eucharystia jako wzór

Całość myślenia Cavanaugha zakorzeniona jest także w teologii Eucharystii. To ona wyznacza odpowiednie spojrzenie na rzeczywistość, ona pozwala na pogłębione spojrzenie na ekonomię, gospodarkę, rzeczywistość materialną i szerzej świat. Eucharystia wyznacza bowiem zupełnie odmienne spojrzenie, niż to które proponuje świat. „Akt konsumpcji jest tu (…) odwrócony: zamiast po prostu przyjąć Ciało Chrystusa, sami jesteśmy przez nie przyjmowani. (…) W wizji chrześcijańskiej nie tylko wyodrębniamy się jako ludzie spośród reszty stworzenia – nabywając, konsumując i pozbywając się rzeczy. W Eucharystii to my jesteśmy włączani w większą całość. Małe jednostkowe „ja” przestaje się koncentrować na sobie, a zostaje włączone w kontekst znacznie szerszej wspólnoty uczestnictwa w życiu duchowym. Jednocześnie nie traci swojej odrębności jako unikalna osoba, ponieważ każdy członek jest ważny i potrzebny do funkcjonowania ciała” – wskazuje teolog. I można powiedzieć, że w jakimś stopniu jest to istota jego spojrzenia także na ekonomię i gospodarkę.

W. T. Cavanaugh, Pożarci. Gospodarka a powołanie chrześcijańskie, tłum. K. Jasiński, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2010.

Tomasz P. Terlikowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »