Statystyki wykazują, że wskaźnik dzietności w Ameryce wynosi około dwóch dzieci na kobietę, nie wystarczy to do zapewniania stabilności społeczeństwa. Mimo to badacze Paul Murtaugh i Michael Schlax podtrzymują swoje stanowisko. Ich zdaniem posiadanie dzieci to jedna z najbardziej destrukcyjnych rzeczy jaką można "zrobić planecie Ziemi".

W pracy zatytułowanej "Reprodukcja i węglowe prawa jednostek" stawiają oni tezę, że każda osoba jest odpowiedzialna za wydzielanie dwutlenku węgla przez swego potomka. "Ze względu na wysoce konsumpcyjny styl życia Amerykanów, dzieci dodają ogromne ilości dwutlenku węgla do atmosfery, używają także więcej wody i generują więcej odpadków" - piszą. Zdaniem badaczy, negatywne skutki jakie przynoszą dla środowiska mali Amerykanie są pięć razy większe od szkód jakie przynoszą dzieci z Chin.

Tezy działaczy ekologicznych zostały poparte także przez innych naukowców. W zeszłym miesiącu, brytyjski periodyk medyczny "British Medical Journal", opublikował artykuł mówiący o tym, że ograniczanie ilości dzieci jest analogiczne do ograniczania dodatkowych źródeł ogrzewania czy samochodów o zwiększonej ilości wydzielanych spalin.

Anty-dziecięca propaganda wzmogła się także w mediach, a zwłaszcza w internecie na stronach "Happily Childfree", "Childfree.net", "The Childfree Community" i "The Child Free Life". A Kilka dni temu w magazynie "Maclean`s", pojawił się artykuł promujący ideę bezdzietności, omawiający książkę francuskiej autorki Corinne Maier, "Żadnych dzieci: 40 dobrych powodów by nie posiadać dzieci". Autorka staje w obronie kobiet, które przyznają, że ze względu na brak potomstwa są poddawane presji i społecznemu ostracyzmowi. Brak dzieci najczęściej jest postrzegany jako defekt. Francuzka krytykuje jeden z amerykańskich mitów religii obywatelskiej, jakoby posiadanie licznego potomstwa było aktem patriotycznym. "Każde dziecko urodzone w rozwiniętym kraju to ekologiczna katastrofa dla całej planety" - pisze.

 

JaLu/Lifesitenews.com

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »