Przeciętny mieszkaniec Zachodu chętnie wykreśla dziś Najwyższego i wiele kluczowych problemów duchowych ze swojego życia. Co ciekawe, nie jest równie chętny, aby z kulturalnego krajobrazu usunąć Diabła. W filmie "Parnassus" Terry’ego Gilliama występuje jeden z ulubionych bohaterów z przeszłości. Szatan, grany przez fenomenalnego Toma Waitsa, pojawia się samotnie, bez towarzystwa anioła, czy samego Boga, którego dzieło mógłby niszczyć. Książę Ciemności, występujący pod imieniem Mr Nick, przekonuje tytułową postać filmu, Doktora Parnassusa, że jeśli ten wygra z nim zakład, obdarzy go nieśmiertelnością. Tą obietnicą zapoczątkowuje serię układów, z których wywiązuje się wzorcowo. Cena, jaką musi zapłacić starzec, jest jednak za każdym razem bardzo wysoka. Jak choćby obietnica oddania Złemu każdego dziecka, które urodzi się byłemu quasi-buddyjskiemu mnichowi.

Zadziwiająca jest łatwość, z jaką Parnassus, mimo kolejnych niepowodzeń, idzie za namową nonszalancko uśmiechającego się Diabła. Mimo faktu, że zarówno nieśmiertelność, jak i przywrócenie młodości, czy zapewnienie względów pięknej kobiety, w okrutny sposób obracają się przeciwko bohaterowi, ten z wyjątkową naiwnością ufa, że w końcu uzyska od swego wiecznego towarzysza upragnione szczęście. A Mr Nick chętnie podsuwa mu kolejne propozycje zakładów i nagród, jakie mężczyzna mógłby uzyskać.

Nawet Imaginarium – świat istniejący dzięki wyobraźni Parnassusa, spełniający życzenia klientów niby to teatru, niby cyrku, prowadzonego przez głównego bohatera – nie jest w rzeczywistości królestwem człowieka, a Diabła. Filmowy szwarccharakter jako jedyny nie musi przekroczyć cudownego lustra, by się w nim znaleźć, zaś jego wyobrażenia są silniejsze, niż odwiedzających cudowną krainę, nie mówiąc już o samym czarodzieju. I to tu, gdy Mr Nick spełnia swoją ostatnią przysięgę, zostaje zamknięty Parnassus, by w szaleńczym śnie błąkać się po pustkowiach własnej wyobraźni.

Nieszczęśliwy bohater, jak współczesny człowiek, stara się pokonać swego przeciwnika w pojedynkę. Co prawda pomagają mu jego kompani, jednak ich losem kupczy wedle własnego widzi mi się. A właściwie wedle dowolnych sugestii Diabła. Dla osiągnięcia celu jest skłonny narazić także innych na wieczną niewolę u Księcia Ciemności, jak choćby wtedy, gdy zakłada się z nim, kto szybciej zdobędzie pięć dusz.

Konsekwencje są przewidywalne dla każdego chrześcijanina. Czy uwolnienie Parnassusa z jego własnego Imaginarium i nęcenie wizją ponownego spotkania z dawno nie widzianą córką może zakończyć się inaczej, niż powrotem na obraną kilkaset lat wcześniej drogę do bycia zabawką w rękach Diabła? Zwłaszcza, że ten jest wyjątkowo radosny do samego końca filmu.

Trudno powiedzieć, czy reżyser Terry Gilliam, jedyny Amerykanin wśród brytyjskich prześmiewców spod szyldu grupy Monty Pythona, zdaje sobie sprawę, jak chrześcijańskie w swoim przesłaniu dzieło stworzył. Wizja Diabła, zarazem luzackiego i bezwzględnego, pokazuje, że igranie z nim nigdy nie kończy się dobrze.

Stefan Sękowski

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »