Jest to fragment opisu prawdziwego przypadku opętania Marianne, studentki z Nowego Jorku, której rodzice byli katolikami pochodzenia polskiego. Bohaterka tej historii ma tendencję do pychy i izolacji, objawy jasnowidzenia. Dziewczyna dialoguje z duchem, którego nazywa „Człowiekiem”, wychodzi też z kościoła co ma aspekt symboliczny), kiedy ten jej radzi („Jeśli tego nie lubisz, wiesz, że nie musisz tego znosić”). Wejście w nią duchów wspomina ona jako przyjemny „ślub z nicością”, podczas którego „powiedziała «tak» potędze, która nie uznałaby odpowiedzi «nie»”. Tak właśnie wygląda opętanie!
Egzrorcysta opisuje, że jego podopieczna „Wspomina teraz czyli z dystansu kilku lat po wyzwoleniu z opętania (przypis red. Fronda.pl) - że kolejny wielki krok na drodze do zmiany – jak to określała – „stylu życia wewnętrznego” dotyczył praktyk religijnych i wiary. Wykonała ten krok świadomie, mając u boku Człowieka, i to jakby w dwóch etapach.
Pierwszy raz stało się to w Niedzielę Palmową. Wieczorem przechodziła obok kościoła, w którym odprawiano mszę. Światła palące się wewnątrz zaintrygowały ją. Dzisiaj wspomina to jako rodzaj wyzwania. Weszła do środka i stanęła pośród ludzi modlących się nie opodal wejścia. Nagle poczuła taki sam niesmak i dezaprobatę, jak w odniesieniu do swych rodziców i nauczycieli. Kiedy odwracała się, by wyjść, stojący obok niej Człowiek także się odwrócił. Nie zauważyła go wcześniej.
— Masz już dość, moja droga? – zagadnął cicho, żartobliwie. Zobaczyła w półmroku jego uśmiech i odpowiedziała mu tym samym. Stwierdził:
— Uśmiech Królestwa należy teraz do ciebie.
Kiedy wychodzili, dodał:
— Jeśli tego nie lubisz, wiesz, że nie musisz tego znosić.
I oboje się uśmiechnęli. To było wszystko.
(…) Na ile sobie przypomina, dalszy jej rozwój również składał się z dwóch etapów. Pierwszy przeszedł bardzo szybko. Osiągnęła wówczas całkowitą niezależność. Nie troszczyła się o nikogo ani o nic, o ile nie było to niezbędne dla zaspokojenia jej potrzeb bytowych lub pragnień. Nie musiała już decydować, czy postępuje słusznie, czy też nie; czy życie jest dobre, czy złe; czy należy z nim zerwać, czy też je kontynuować; czy coś lubi, czy też nie; czy jest lubiana, czy wprost przeciwnie; czy ma wypełnić to, do czego się zobowiązała, czy się ma też od tego wymigać. Drugi etap był o wiele trudniejszy i przebiegał skokami. Zaczął się od tego, iż niemal popadła w samouwielbienie. Zakończył „ślubem z nicością” i pełnią „nagiego światła”. Kilka lat później, podczas egzorcyzmów, stało się jasne, że tymi słowami określała totalne podporządkowanie się złemu duchowi.
Zaczęła dogłębnie i skrupulatnie badać swoją percepcję. Początkowo była zafascynowana swoją umiejętnością postrzegania: doznania były tak zadziwiająco świeże, iż miała wrażenie, że płyną z najbardziej pierwotnego źródła – z niej samej. Widziała siebie jako geniusza, zdolnego postrzegać wszystko pojedynczo, bez zbędnych wątpliwości. Towarzystwo innych uważała za męczące i destruktywne. Rozmowa z kimś innym osłabiała ostrość jej percepcji; współdziałanie z kimś innym oznaczałoby, że musi przywdziać cudze szatki i nie być już w pełni sobą; jakikolwiek związek uczuciowy z drugą osobą oznaczałby, że każde jej uczucie będzie względne, gdyż zmusi ją do brania pod uwagę partnera. Ideałem, jak sądziła, byłaby sytuacja, w której każdy w pełni odczuwałby to, co czuje; absolutne myślał to, co myśli; pragnął totalnie tego, czego pragnie. Koncentracja na sobie sięgała zenitu.
Zanim osiągnęła stan absolutnego odosobnienia, każda rozmowa czy posiłek z innymi osobami, a nawet wysłuchanie wykładu czy ćwiczenia w pracowni, utrudniały jej powrót do „przestrzeni wewnętrznej i pojedynczego widzenia”. Wracała z „dwoistą wizją”, była zagubiona, zakłopotana i niepewna. Musiała potem całymi dniami „robić swoje” – chadzać do parku (to robiła niemal codziennie), siedzieć w swym mieszkaniu, zapisywać całe stronice i prawie natychmiast je drzeć nigdy ich nie czytając, godzinami siedzieć lub stać nieruchomo – aż w pełni zanurzyła się w sobie. I nagle cichł cały zgiełk. W obecności swego wewnętrznego „ja” znów była naga. I absolutna. I bezpieczna. Nie przeszkadzały jej już ani nie drażniły „złe wpływy” innych.
W miarę jak coraz bardziej panowała nad swoim wyizolowaniem uświadamiała sobie, że to „Ja”, którego szukała, leżało „poza i pod” – tak to określała – światem jej akcji i reakcji psychofizycznych. Poza zasięgiem nie kończącego się rytmu odpowiedzi, zapisów jej pamięci, trajkotania koleżanek i ogłuszających monologów poszczególnych osób. Powoli stawała się coraz wrażliwsza i z coraz większą nadzieją czekała na to „Ja”, owinięte w półprzejrzyste cienie. Wierzyła, że będzie ono niezależne od rozpraszającego ją świata zewnętrznego i jej wewnętrznej sceny psychicznej, wiecznie zdanej na łaskę tego świata i nieustannie przez niego druzgotanej. Wewnątrz „Ja” nie było miejsca na niespokojny ruch szczegółów. Zaczęła wierzyć, że jeśli zapobiegnie ingerencji „złych wpływów” innych, osiągnie „doskonałość osobowości”.
(…) Niejasno przypomina sobie, że wówczas nadal była prowadzona przez Człowieka; widywała go regularnie; słuchała jego słów; wykonywała jego polecenia. Nie można jednak wydobyć od niej nic konkretnego na temat tych instrukcji, Nawet dzisiaj każda próba ich odtworzenia wywołuje u Marianne paniczny lęk, który na chwilę paraliżuje jej umysł. Tak jakby w zakamarkach jej psychiki zachowały się szczątki wpływu Człowieka i każdy powrót do dni opętania na nowo otwierał ranę.
Któregoś dnia w Bryant Park to jej borykanie się ze sobą znalazło swój kres. Weszła tam ostrożnie, czując „strumienie” wszystkich tam obecnych, gotowa uciec, jeśli jakaś przeszkoda stanie jej na drodze. On siedział na ławce, nie robiąc nic szczególnego, patrząc obojętnie w przestrzeń. Marianne usiadła na drugim końcu tej samej ławki i bezmyślnie gapiła się na rozgrywające się dookoła niej sceny. W świetle porannego słońca, pod oczyszczonym przez lekki wietrzyk niebem, brzęczał ruch uliczny, świadczący o wadze, jaką inne istoty ludzkie przywiązywały do swej codziennej pracy. Uczniowie i pracownicy biurowi mijali się, idąc w przeciwnych kierunkach. Gołębie się dożywiały. Trudno byłoby o spokojniejszy obrazek z życia miasta.
Nagle, w jednej chwili, jakieś potworne ciśnienie osaczyło Marianne ze wszystkich stron, niczym sieć. Zadygotała. I wówczas jakaś niewidzialna ręka ściągnęła tę sieć tak, że sznury przeniknęły przez każdy cal jej ciała i zewnętrznego „Ja”: zaciskając się coraz mocniej. „Jakby ta sieć kurczyła się, zbierając i prasując wszystkie cząsteczki mej jaźni”.
Marianne już nie widziała ani nie czuła słońca ani wiatru. Zewnętrzny świat stał się płaskim malowidłem, ani ciepłym, ani zimnym, ani też wyrazistym. Wszystkie ruchy ludzi, zwierząt i pojazdów postrzegała jako wyraziste schematy, pozbawione głębi i odpowiadających im dźwięków. Z całej tej sceny uszło nagle jej znaczenie.
Tylko wewnątrz niej coś się działo. „Sieć, niczym ostra, wszechogarniająca ręka, zaciskała się coraz bardziej, zwężając moją świadomość. To ciśnienie z każdą chwilą otwierało najtajniejsze zakamarki mojej jaźni, sprawiając, że mówiłam: tak, tak, tak potędze, która nie uznałaby odpowiedzi nie”.
l nikt z tych, którzy widzieli dziewczynę, siedzącą bez ruchu i wygrzewającą się na słońcu, nie przypuszczał nawet, że ma do czynienia z opętaniem.
Niespodziewanie nacisk zelżał. Sieć się już zacisnęła. Marianne była uwięziona, ale bezpieczna. (…) To była ta „równowaga”, której tak łaknęła. „Wreszcie znalazłam swoje miejsce” – pomyślała.
Fragmenty rozdziału „Przyjaciel Zio i Uśmiechnięty” z książki Malachiego Martina, Zakładnicy Diabła. Autentyczne przypadki opętania i egzorcyzmów, przeł. J. Irzykowski, Exter, Gdańsk 1993, s. 73–79.
oprac.MP
