Czy w Polsce może mieć miejsce tak liczna manifestacja za życiem i w obronie tradycyjnego modelu rodziny jak w niedzielę, w stolicy Francji? Powtórzymy Paryż?
Jest potrzeba mobilizacji normalnych ludzi, albo można powiedzieć inaczej – ludzi sumienia w obronie rodziny. Czy najlepszym sposobem takiej mobilizacji są liczne manifestacje? Być może tak. Jednak ja specjalizuję się w innych formach. Chodzi o to, aby wyraźnie w swoich środowiskach, również wobec posłów, którzy stanowią prawo, dawać w bezpośrednich kontaktach wyraz swoim poglądom. Stawać w obronie prawdy. Dużą rolę mogą odegrać lokalne środowiska w okręgach wyborczych. Lepiej jest zrobić w kilkudziesięciu miejscach spotkania z posłami. Tak mi się wydaje.
We Francji szli obok siebie chrześcijanie, Żydzi i muzułmanie dopominać się swoich praw. Czy taki marsz w porozumieniu z innymi ma szansę?
Możliwych jest wiele rzeczy. Pamiętam marsz 100 tys. osób w obronie życia na ulicach Warszawy w 1996 r. W Hiszpanii było wiele milionowych marszy za życiem, a sytuacja polityczna i społeczna jest fatalna i choć marsze są liczne to akceptacja dla aborcji jest powszechna. Liczne marsze niekoniecznie przekładają się na skuteczną sytuację polityczną i społeczną. Raczej ważne jest budowanie struktur lokalnych i działania, które spowodują zmianę opinii publicznej, gdy chodzi o szacunek dla życia. W obronie rodziny również bardzo potrzebne są wystąpienia środowisk lokalnych wobec posłów. Aby politycy, którzy głosują z tym, że małżeństwo to związek trzech pań i dwóch panów, czy dwóch panów i kota – nie mówili później, że są za tradycyjną rodziną i są katolikami. Posłów, którzy głosują w Sejmie anty rodzinnie, należy konfrontować z wyborcami. To powinien być nasz cel.
Czyli bardziej praca pozytywistyczna niż duży marsz?
Tak i budowanie mocnych środowisk lokalnych, które będą rozliczały posłów.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski
