- Pamiętam takie spotkania, takie przekazy wtedy w Moskwie: proszę państwa, proszę się dobrze zastanowić, bo w Polsce nie będzie już szans na otwieranie trumien. Bo takie są procedury, takie są przepisy sanitarne - relacjonuje Racewicz. Wdowa po śp. Pawle Janeczku nie pamięta dokładnie czy mówiła o tym ówczesna minister zdrowia Ewa Kopacz, minister Arabski czy któryś z polskich konsuli. Jest pewna, że takie zdanie padło. - I teraz, kiedy słyszymy, że przecież nikt nam nie zabraniał otwierania trumien w Polsce czuję się okłamana - tłumaczy dziennikarka.
- W pierwszym tomie akt znajdują się zeznania pana porucznika z wieży kontroli lotów na Okęciu. O 8.42 dostał sygnał od pilotów z JAKA, że TU- 154M spadł. Wiedzieliśmy o tym minutę po zdarzeniu. Dlaczego mówiono więc, że samolot spadł o 8.56. Chcę wierzyć, że to tylko czyjeś roztargnienie, zaniedbanie. (…) Nie znam się na mechanice, ale destrukcja tego samolotu, nie zgadza się z siłami, które tam działały. On spadł z kilku metrów. Byłam tam. Wygląda jak ściśnięta puszka po coli - mówi Joanna Racewicz.
Dziennikarka podkreśla, że ewentualna decyzja, co do ekshumacji mężna, jest bardzo trudna. - Tak naprawdę nie do przeżycia. (…) A z drugiej strony, ja też pewnie kiedyś będę leżeć w tym grobie. I chciałabym mieć pewność, że będę leżeć obok swojego męża, a nie jakiegoś innego człowieka. (…) - mówi Racewicz.
Rosyjskie dokumenty zaprzeczają również rzeczywistości. Dziennikarka tłumaczy, że nic się w nich nie zgadza. - Ani grupa krwi, ani żadne przebyte choroby. Opisali, że miał otwarte złamania, a nie miał. Że miał rozedmę płuc… Coś z nerkami, coś z wątrobą. A Paweł był wysportowanym mężczyzną, biegał w maratonach. (…) W dokumentach rosyjskich to mężczyzna schorowany o grupie krwi ARh+. (…) - mówi Joanna Racewicz.
AM/Wprost/Wirtualna Polska

