Mayo – miasteczko uchodźców. Pustynia, piasek i morze śmieci. A pośród nich miasto ze szmat, papierów, plastiku, opon, gliny. Wszystko to zanurzone we wszechobecnym piachu i glinie. Jakieś takie poszarzałe. A pośród nich masa ludzi. Dzieciaki, takie jak moje: dwu, trzy, czteroletnie. Biegają z rodzeństwem, bawią się kółkiem, oponą, grają w piłkę albo biegną za samochodem. Dziesiątki, setki dzieciaków. One są bogactwem tego kraju, tego ludu.

Jak się je zobaczy, spotka się z nimi, to tym bardziej denerwują opinie Kazimiery Szczuki (ale i innych fachowców od depopulacji), że Afryka potrzebuje prezerwatyw. Ona potrzebuje jedzenia, pomocy, edukacji, pokoju, ale prezerwatyw akurat nie. Od Europy oni nie oczekują „planowania rodziny”, ale realnej pomocy. Nie gumy, a jedzenia i szkół. I jako, że to my, Europejczycy, najpierw ich skolonizowaliśmy, a potem zostawiliśmy samym sobie – w procesie dekolonizacji – to właśnie my winniśmy im pomóc. Ale pomoc to nie depopulacja, nie likwidacja, tylko stworzenie możliwości rozwoju. Dzieci są ich bogactwem, a nie zagrożeniem. Są Bożym błogosławieństwem dla tego kontynentu.
Ale my wciąż chcemy im narzucić nasze myślenie, nasze fobie, naszą europejską głupotę. I chcemy niszczyć to, co jest bogactwem tego kontynentu.

*
Mayo uświadamia też szczególnie mocno, że Bóg musi istnieć. Bez Niego nie ma sprawiedliwości. Cierpienie dzieci, nierówność, brak sprawiedliwości – to wszystko będzie wieczne, jeśli nie ma Boga. Mocno przypominał to Benedykt XVI w „Spe salvi”. Ale tu ludziom nie trzeba o tym mówić. Oni to czują. I są otwarci na Boga, bo Bóg jest ich mocą.
A do mnie wciąż powraca pytanie: jak pomóc tym ludziom? Jak ofiarować, nie niszcząc? Jak nieść Chrystusa, choć jest się obcym?
*
Przeraża również fakt, że oburzenie, zgorszenie biedą, ubóstwem, rozpaczą, umieralnością dzieci owocuje jedynie przekonaniem, że tych dzieci być nie powinno. Jedyne, co mamy im do zaproponowania, to aborcja i antykoncepcja, które mają ograniczyć cierpienie przez zredukowanie ilości cierpiących. Dzielenie się tym, co mamy, nie przychodzi nam do głowy, zamiast tego chcemy likwidować cierpiących, tak żeby zapewnić sobie złudny spokój sumienia. Kultura sytości staje się w ten sposób kulturą bezpłodności i nicości.

*
Kościół w Sudanie nie ma wiele wspólnego (w znaczeniu społecznym) z tym Kościołem, który znamy z Polski. Tu bycie księdzem nie jest awansem społeczno-finansowym. Bieda na plebaniach aż trzeszczy. Wielu duchownym nie starcza na życie. Budynki kościelne i plebanie są naprawdę ubogie.
Nadzieją na lepsze jutro jest dla wielu z nich wyjazd do Europy, znalezienie sponsorów, czasem biskupstwo (poziom życia hierarchów jest wyższy niż księży). Samo kapłaństwo jest jednak służbą. Niewdzięczną, źle opłacaną. A dotyczy to także misjonarzy, których wysyła się często na najgorsze placówki, bo i tak sobie poradzą. Tym większa im chwała!
*
Czekamy na rozmówcę. Michaela Semita. Oglądamy w jego domu „proroka” T. B. Joshuę (tego, co miał przewidzieć katastrofę smoleńską).
- Kto to jest? – pytam żonę Michaela.
- Man of God – odpowiada z całkowitą pewnością.
- To protestant? – pytam dalej.
- Tak – brzmi odpowiedź.
Ta rozmowa uświadamia, że nasze podziały są dla nich mniej ważne. Liczy się to, czy ktoś głosi Boga czy nie. A także to, czy robi to w sposób akceptowalny dla Afrykańczyków.
Inna rzecz, że akurat nigeryjski ("oni to umieją robić interesy nawet na religii" – mówi mi z podziwem jeden z księży) „prorok” może nie jest najlepszym przykładem inkulturacji. To raczej próba zrobienia gigantycznego biznesu na Ewangelii. Na naszych oczach dokonuje się także kolejne proroctwo. – Wielka kobieta walczy o życie w USA. Módlcie się, a za tydzień zobaczycie efekt… - przypomina program telewizyjny. A potem odpowiedź, że „wielka kobieta zmarła”, i że chodziło o byłą żonę Johna Edwardsa. Do takich „proroctw” to wystarczy dobry research!

*
Ponadrasowa solidarność ojców. Gdy Michael mówi o swoich dzieciach (ma chłopca i dziewczynkę), otwarcie mówi, że to dla niego znak Bożego błogosławieństwa. I widać w jego oczach, że to prawda. Gdy ja opowiadam o swoich dzieciach, on uzupełnia, że jego żona urodziła jeszcze bliźniaki, ale nie przeżyły. I wtedy wyraźnie smutnieje.
Rozmowa z Michaelem dostarcza mi także najmocniejszej apologii chrześcijaństwa, jaką kiedykolwiek słyszałem. Pytany o to, czy muzułmanie przechodzą na chrześcijaństwo, odpowiedział:
- Oczywiście. Ale dla nich oznacza to śmierć. Rodzina ma obowiązek zabić odstępcę.
- To dlaczego wybierają chrześcijaństwo?
- Bo w islamie liczy się tylko liczba, to, żeby było ich jak najwięcej, a nie liczy się wiara. Człowiek jest tam tylko numerem, a nie jednostką – odpowiedział.
I trudno jego słów nie zadedykować wszystkim dialogistom.
*
Dla nich wynotowuję także inną historię. O ukrzyżowanym przez muzułmanów katechiście! To tyle o religii pokoju i miłości.
Tomasz P. Terlikowski
CDN.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

