Afryka skłania do myślenia o Europie. Dzieciaki, które zapełniają nawet najuboższe ulice (dużo powiedziane - dróżki między slumsami) uświadamiają, że o ile ten kontynent ma przyszłość, nasz – co także widać – już jej nie ma. Bez dzieci, bez mocy płodności, zaakceptowania płodności jako znaku Bożego błogosławieństwa – zwyczajnie nas nie będzie. A dokładniej już nas nie ma, a nasza śmierć jest rozłożona na raty.

*
Muzułmanie są jak armia. Dżalabija służy jako znak rozpoznawczy, ale i jako mundur. Siła tej religii leży w jej strukturze. Muzułmanin jest członkiem Armii Boga. Religijność jest tu często na poziomie wojskowej dyscypliny. Pięć razy dziennie trzeba się modlić, nie po to, by nawiązywać relację z Bogiem, ale po to, by wypełniać obowiązek. A jednocześnie na wiele się pozwala, by wspomnieć tylko wielożeństwo… Dyscyplina służy walce, modlitwa przypomina o obowiązkach, post ćwiczy wolę.
*
Powroty do domu. Po dwudziestu, trzydziestu latach całe rodziny wracają tam, skąd wyruszyli ich rodzice, a czasem dziadkowie. Kilometrami ciągną się zbiorowiska sprzętów, materiałów. Dorobek życia leży na kupach w piachu pustyni. Łóżka, blachy, rowery, garnki, a nawet kawałki bram czy ogrodzeń. Ludzie czekają wiele dni, czasem tygodni, by to, co zebrali na ziemi wygnania, załadować na ciężarówki. Siedzą całymi rodzinami na pustyni i czekają. Pieniądze oddali już na drogę. Nie mają nawet pieniędzy na wodę czy jedzenie. Są wściekli na władzę, ale też pełni nadziei. Czekają…

A potem jeszcze cztery dni, może tydzień drogi i trafią do swojej ziemi obiecanej. Tak o niej myślą. Niemała część z nich nigdy jej nie widziała, ale wierzy, że tam będzie u siebie.
Tam jednak wcale na nich nie czekają. A oni sami będą musieli wszystko zaczynać od nowa. Zbudować domy, odnaleźć się, przyzwyczaić do nowych kolorów, do życia już nie na pustyni, ale w zielonych przestrzeniach. Tam jest drożej, trudniej. Niektórzy już zatem powrócili. Ale dla tych, których spotkaliśmy, których widzieliśmy na przedmieściach Chartumu, dla setek tysięcy ludzi „powrót” na Południe to źródło nadziei. Oni w nią wierzą, jak Mojżesz w swoją ziemię obiecaną.
Piękne twarze. Kobiety zwrócone ku swoim dzieciom. Dziewczęta niosące swoje rodzeństwo. Chłopcy śmiejący się do aparatu. Mocne, zdecydowane twarze, z lekkim smutkiem, ale też z wielką widoczną nadzieją na nowe lepsze życie.
*
Siła życia. To niesamowite, ale tu na tej pustyni, w obozach rodzi się masa dzieci. Z każdego rogu spoglądają roześmiane twarze. Małżeństwa mają po siedmioro, ośmioro dzieci. Nie boją się, bo przyjmują je jako błogosławieństwo. A my wysychamy. Ze strachu, sytości, głupoty. Dlatego oni będą, gdy nas już nie będzie.

*
Patrząc na całe rodziny cierpliwie czekające na drogę w nieznane, aż ciarki chodzą po plecach. Człowiek uświadamia sobie, że to przecież przypadek (Boża Opatrzność) sprawia, że jestem obserwatorem, sprawozdawcą, fotografem; a oni - mężczyźni, kobiety i ich dzieci są tutaj. Przecież to przypadek, że to nie ja, moja żona i dzieci siedzimy tutaj na pustyni i czekamy na transport w nieznane.
To rodzi świadomość daru. Ale i zobowiązania. Jeśli Bóg dał mi tak wiele możliwości: życia w pokoju, bezpieczeństwie, dobrobycie – to nie po to, bym zachował to dla siebie, ale bym potrafił się dzielić. Własność, relatywny dobrobyt nie są, nie mogą być dla mnie, ale dla innych. Jeśli tak nie jest, skończę jak bogacz z ewangelicznej przypowieści. Odrzucony przez Boga, bo nie dostrzegłem Go tam, gdzie był obecny…
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

