Ostatni dzień. „Żal odjeżdżać”. Słońce, ale i lekki wiaterek, czyli pogoda niemal idealna. A w Polsce plucha, śnieg i zima w pełni. I tylko dzieci i Małgosi brakuje. Błogosławiony jest też dystans do spraw krajowych. Spór Tuska i Kaczyńskiego traci smak, gdy człowiek spojrzy na obozy dla uchodźców, posłucha człowieka, który opowiada, że na wojnie stracił ojca, matkę i całe rodzeństwo.
*
Elżbieta jest sierotą. Ciężko chora kobieta, może na AIDS, może na gruźlicę, przyniosła ją do bezdzietnej staruszki. I poprosiła: „popilnuj jej chwilę, ja zaraz wrócę”. I nigdy więcej nie wróciła. „Babcia” się więc nią zajęła, a dokładniej pobiegła po pomoc do sióstr salezjanek. Dziewczynka wyglądała wtedy jak noworodek. Maleńka, zagłodzone. Siostry ją odkarmiły. Teraz ma może cztery lata.
Jest fantastyczną dziewczynką. Nie wiem, co do mnie mówi, ona też mnie nie rozumie, bo zna tylko arabski. Ale świetnie się bawimy. Hopak siupaj, wio koniku – wszystkie znane mi zabawy przerobione. I przy każdej gromki śmiech dzieciaczka. Wreszcie rozsiada się na kolanach i ani myśli zejść. Rysujemy, podaję jej wodę i karmię. Instynkt ojcowski odzywa się we mnie szczególnie mocno. Trudny jest moment rozstania, ale Elżbieta pozostanie ze mną na zawsze.
*
Szkoła kombonianów w Mandela (ma tu żyć ponad pół miliona ludzi, a w szczytowym momencie jego historii miało ich być półtora miliona). Wokoło chaty ze szmat i patyków. Tysiące takich szałasów. Bogatsi budują już sobie chaty z suszonej gliny. Wstawiają bramy. A między tymi domami, jednymi i drugimi, setki dzieci. Grają w piłkę, ganiają za nami, śmieją się. Większe opiekują się mniejszymi. Roześmiane bogactwo tego miejsca. Gdzieś dalej kobiety. To na nich opiera się tu życie… One pracują w domu, zajmują się wszystkim.

To miejsce bez tych dzieci, bez wnoszonego przez nie życia i radości byłoby jeszcze bardziej okrutne. Dzieci – w szkole, na ulicach, w szkolnych, niebieskich mundurkach – rozświetlają tę żółto-czerwoną rzeczywistość, wnoszą w nią kolory i śmiech. Ich nieobecność to śmierć. Tu w całej mocy widać, co oznaczało starotestamentowe błogosławieństwo płodności. I tu otwiera się nóż w kieszeni, gdy pomyśli się o tych bojownikach praw człowieka, którzy chcą dawać Afrykańczykom tylko gumki i pigułki. Oni chcą zabić ten kraj, odebrać mu jego bogactwo.
*
Wciąż mijamy ludzi przygotowanych do wyjazdu. Tysiące rodzin koczuje na pustyni. Spakowali wszystko, nawet połamane fotele. Tam, gdzie jadą, nie ma nic. Życie jest jeszcze droższe niż w Chartumie. Ale dla nich ziemia ojców jest już „ziemią obiecaną”. Nadzieja, radość, oczekiwanie jest w ich oczach. Wiara w lepsze jutro dodaje sił.
A człowiek z zewnątrz, biały realista z goryczą spogląda na to wszystko. Ziemia obiecana to przecież często nowe obozy, tylko w nowym miejscu. Bez pracy, bez zarobków, z cenami kilkukrotnie wyższymi niż w Chartumie.

Referendum, które ma być początkiem nowego ludu, nawet jeśli zostanie wygrane (teraz już wiem, że zostało wygrane) wcale nie musi oznaczać raju. Gdy zabraknie muzułmanów, którzy teraz jednoczą czarnych, oni sami mogą wziąć się za łby. O władzę, o pieniądze, o ropę czy z jakichś zadawnionych plemiennych powodów. Tu, w Afryce, tak niemal zawsze kończą się wielkie nadzieje. Oby tym razem tak nie było.
*
A w uszach brzmią mi nieustannie słowa Ewangelii. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili”. A co ja uczyniłem dla nich? Czy ich los jest dla mnie ważny? Czy nie skończę tłumacząc się: „Panie, kiedyś widziałem Cię…”
*
Jeden z najmocniejszych obrazów, jaki we mnie pozostał. Siostra Teresa pokazuje nam łuskę po pocisku karabinowym. I opowiada, że tą łuską dziewczynka karmiła swojego młodszego braciszka. Nabierała w nią mleka i po odrobince mu dawała. Siła miłości, która potrafi nawet narzędzie mordu przekształcić w narzędzie ratowania życia. Bóg tam był. Bóg działał w tej dziewczynce.
*

Ojcem dla sierot i dla wdów opiekunem
jest Bóg w swym świętym mieszkaniu.
Bóg przygotowuje dom dla opuszczonych,
a jeńców prowadzi ku pomyślności;
na ziemi zeschłej zostają tylko oporni (Ps. 68, 6-7).
W Sudanie te słowa z dzisiejszej Liturgii Godzin to źródło nadziei. Prawdziwej, ale i jedynej nadziei.
*
Jeszcze nie wyjechałem, a już mi brakuje tych uśmiechniętych twarzy, migających oczu, trąbiących samochodów, słońca…
Czas się pakować.
*
Afryka wciąga… Jest inna, wcale nie idealna, czasem wkurzająca w swojej obojętności wobec obowiązków, zadań, zasad. Ale jest w niej – przynajmniej tu, w Sudanie – moc, siła życia. Oni chcą żyć, bawić się, rodzić, a niekoniecznie wytrwale pracować. Zachód ich jeszcze nie przeniknął. I jest w tym coś urzekającego.

W Sudanie urzeka też kolor. Pustynia ma w sobie coś głęboko chrześcijańskiego. Dopiero tu można zrozumieć język Biblii – tak często skupiony na wodzie, wilgoci czy suszy.
*
Ten pobyt był też bardzo adwentowy. Człowiek patrząc na te obozy, tych wędrujących ludzi uświadamia sobie, w jakiej sytuacji byli Maryja i Józefa. Żłóbek nie był wygodnym miejscem, ale takim ówczesnym obozem dla uchodźców. Kilka szmat, zwierzęta – w takich warunkach urodził się Zbawiciel świata… W takich warunkach tu codziennie rodzą się dzieci. I umierają…
*
Odprawa skończona. Żegnaj Sudanie!
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

