Przy śniadaniu zabawna rozmowa. Tłumaczymy naszym gospodarzom, że ludy słowiańskie są podzielone religijnie. Rosjanie są prawosławni, Polacy i Słowacy w większości katoliccy, a Czesi to ateiści, i w ogóle nie wierzą, że Bóg istnieje. I to wprawiło afrykańskich księży w widoczne, nawet nie skrywane, rozbawienie. – Oni nie wierzą, że Bóg istnieje??? Hehe! – komentowali. Ta ich postawa jest mi jakoś bliska. Też nie rozumiem, jak patrząc na świat stworzony, na wszystko, co nas otacza, można nie wierzyć, nie wiedzieć, że Ktoś go stworzył. Jak można nie dostrzec Stwórcy w stworzeniu.
„To bowiem, co o Bogu można poznać, jawne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty - wiekuista Jego potęga oraz bóstwo - stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić od winy” (Rz 1 19-20) – pisał św. Paweł. A dla mnie te słowa są tak oczywiste, że aż trudno z nimi dyskutować. Dla Afrykańczyków zresztą również i w tym są mi oni szczególnie bliscy.
*
Dziwne uczucie. Jedziemy na niedzielną mszę do kaplicy ojców kombonianów w gigantycznym korku. W Chartumie niedziela jest normalnym dniem pracy. Chrześcijańskie dzieci, jeśli chodzą do państwowych szkół, muszą być w tym dniu w szkole. I nic ich z tego nie zwalnia.
*
Niedzielna msza w kaplicy ojców kombonianów. To w zasadzie nie jest kaplica, a śliczny, niewielki kościółek w samym centrum Chartumu. Odprawia czarny kombonianin. Msza – w zasadzie europejska, ale śpiewy niesamowite. Mocne, pełne życia. Twarze rozmodlone, dłonie wzniesione do Boga. Uśmiech, ale i przymknięte oczy.

Psalm i czytanie z księgi Izajasza o wyzwoleniu głodnych, spragnionych brzmią tu szczególnie mocno. Psalm wyśpiewywany jest zaś z taką siłą, jakiej nie spotka się w Polsce. Może dlatego, że oni wiedzą, co znaczy, że tylko w Bogu jest nadzieja. My zaś pokładamy ją zbyt często w pieniądzach, szpitalach, bankach czy systemach emerytalnych!
*
Źródłem konfliktu w Sudanie nie jest sam islam. On jest tylko wygodnym narzędziem walki z chrześcijanami czy mieszkańcami Południa. Istotą konfliktu jest arabski rasizm. – Oni nas nie traktują jak ludzi, ale jak niewolników, jak towar – tłumaczył nam ojciec Santino Morokomomo, sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Sudanu (ten, któremu chcieliśmy wcisnąć dolara, ale na szczęście nam nie wyszło). – Dla nich Afrykańczycy nie są równi. I to nawet wówczas, gdy są muzułmanami – dodaje, wskazując na Darfurczyków, którzy wyznają islam. A mimo to wciąż się ich prześladuje, oni nie awansują. Walka toczy się zatem nie tyle o islamizację, ile o arabizację Sudanu. Sudan ma być nie tylko krajem islamskim, ale również arabskim.
I arabizacja idzie pełnym torem. Dzieci uczone są po arabsku, historia Sudanu zaczyna się od przybycia Arabów (choć to wierutna bzdura). Dzieci chrześcijańskie są uczone i ubierane tak, by wyglądały jak arabskie.

Cała historia Południowego Sudanu naznaczona jest arabskim rasizmem. Arabowie od zawsze porywali i handlowali czarnymi. Traktowali ich jak towar. – I to się nie zmieniło – zapewnia ojciec Santino. – Oficjalnie niewolnictwa już nie ma, ale wciąż - choćby w diecezji Wau - porywa się ludzi (głównie kobiety i dziewczynki). W ten sposób walczy się z Południem, ale także dostarcza „świeże” żony czy służące dla arabskich panów. Chłopcy zaś często wcielani są do armii, by potem mogli walczyć ze swoimi braćmi, ze swoim ludem.
Nie ma też przejścia ze świata czarnych do świata Arabów. – Przyjąłeś islam, to dobrze. Ale od tego nie stajesz się Arabem. Nadal jesteś człowiekiem drugiej kategorii. Przyczyn trzeba szukać w samym islamie, który jest – w znacznym stopniu – religią plemienną, arabską. Arabowie, język arabski – pozostają w centrum tej religii. Nie ma możliwości inkulturacji, ale raczej arabizacji innych kultur. Wyjątkiem jest Persja (Iran, ale warto wskazać, że on jest szyicki) i Turcja. Gdzie indziej wraz z islamem przychodzą Arabowie. I dzięki islamowi stają wyżej niż inni.
*
Paruzyjne nastroje znikają, gdy pojedzie się do Afryki. Europa niewątpliwie się kończy. Nie mamy przyszłości, czeka nas zagłada. Demografia czy islamizacja to tylko narzędzia Bożej sprawiedliwości. Za te miliony, setki milionów zamordowanych nienarodzonych musimy ponieść karę. I poniesiemy. Za pięćdziesiąt, może sto lat Europy nie będzie. A przynajmniej nie będzie takiej Europy, jaką znamy. Coś pewnie będzie na jej miejscu. Może Zjednoczone Emiraty Europejskie, a może coś innego. Ale karę poniesiemy.

Uznanie jednak, że za grzechy, winy ludzi Zachodu odpowiadać mają choćby Afrykańczycy, jest pychą i europocentryzmem. Nas nie będzie, ale dlaczego ma nie być ich? Ich epoka właśnie się zaczyna. Oni przyjęli Chrystusa i mogą wejść – stopniowo – w erę własnej Christianitas. Inną od naszej, bo afrykańską. Teraz to oni mają pokazać, co znaczy być chrześcijanami. „Kościół jest katolicki – pisał Jan Paweł II w encyklice „Slavorum Apostoli” – także dlatego, że potrafi w każdym środowisku strzeżoną przez siebie Prawdę objawioną, nieskażoną w Boskiej treści, przedstawić w taki sposób, by mogła spotkać się ze szlachetnymi myślami i słusznymi oczekiwaniami każdego człowieka i wszystkich ludów. Całe zresztą dziedzictwo dobra, które każde pokolenie (...) przekazuje potomnym, stanowi barwną i nieskończoną ilość kamyków, które składają się na żywą mozaikę Pantokratora, który pojawi się w pełnym blasku w czasie ponownego przyjścia”.
Ta moja (czyli wcześniejsza od cytatu z papieża) opinia nie oznacza wcale idealizacji Afryki czy Azji. Chrześcijaństwo tu jest szczere, ale wciąż się zakorzenia. Ma czas na wzrost i rozwój. Na takim etapie jak oni teraz byliśmy w V, może VI czy VII wieku po Chrystusie (a już chciałem napisać naszej ery). Wzrost, rozwój potrzebuje czasu. Odebranie im go to przejaw naszej europejskiej pychy. Choć oczywiście to Pan decyduje, kiedy przyjdzie.
Co pozostaje nam, Europejczykom? Przekazać to, co mamy dalej! Opowiedzieć, wyjaśnić - metafizykę, teologię, antropologię, koncepcję praw człowieka, tym, którzy zrobią z niej właściwy użytek. A zatem trzeba brać się do roboty. Czy misje są teraz obowiązkiem? Czy trzeba wyruszać w drogę jak Abraham? To pytanie do mnie!
*
Piesza wycieczka po Chartumie to spore przeżycie. Pasy, przepuszczanie pieszych – to rzeczy w Chartumie nieznane. Przebiegamy między sznurami samochodów, jak żabki w jednej z pierwszych gier komputerowych mojego dzieciństwa. I żeby nie było wątpliwości, dokładnie jak w tej grze, samochody na nasz widok bynajmniej nie zwalniają.
Nieznane są tu również chodniki. Jest owszem coś w rodzaju piaszczystego (tu zresztą wszystko jest piaszczyste) pobocza (może metrowego), ale po nim też jeżdżą samochody. Jednym słowem wesoło.
Tomasz P. Terlikowski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

