Nie byłem w stanie przeczytać tekstu, który został w ten sposób zatytułowany. Zapewne dotyczył on kosztów wychowania i utrzymania dziecka. Tyle, że już sam tytuł był na tyle obrzydliwy, że odechciało mi się czytać dalej. Sugerował on bowiem, że dziecko jest pasożytem, z którym trzeba sobie jakoś poradzić, i który odbiera nam nasze kochane pieniążki.
Miał on jednak jedną, za to zasadniczą zaletę. Ujawnił mianowicie źródła myślenia i działania redaktorów „Gazety Wyborczej” i ich filozofię. A jest ona niezmiernie prosta. Liczy się przyjemność i kasa, a wszystko i wszyscy, którzy nam je odbierają, są zagrożeniem, pasożytem, czymś z czym trzeba sobie jakoś poradzić (najlepiej nie skazując się na posiadanie dziecka).
Ja mam piątkę dzieci i nigdy nie pomyślalem o tym, że ssą one kasę. Owszem czasem brakuje nam pieniędzy, czasem musimy o nie walczyć, ale przecież pieniądze są po coś a dokładnej dla kogoś. A nie po to, żeby je mieć. Do grobu ich nie zabiorę.
Nie ukrywam, że dzieci „kosztują”, i to nie tylko w wymiarze finansowym, ale także osobistym. Polskie państwo zaś nie robi nic, by – w wymiarze finansowym – docenić tych, którzy w nie i w naszą przyszłość inwestują właśnie przez posiadanie dzieci. Jest nawet przeciwnie. Ono nas dobija kolejnymi podatkami, opłatami i haraczami. Jeśli ktoś więc ssie kasę, to nie dzieci, ale władza i państwo, które uznało, że aby samo siebie wyżywić, może zarżnąć rodziny i pozbawić nas demograficznej przyszłości. I tak właśnie należałoby zatytułować tekst o rodzinnach. "Państwo ssie kasę z rodziców". Tyle, że wtedy nie byłoby tak bardzo antyrodzinnie i antynatalistycznie...
Tomasz P. Terlikowski
