Według szacunków GUS w 2035 roku Polaków będzie mniej o 2 miliony. Widoczny od 2006 roku przyrost naturalny powoli odchodzi w przeszłość. Obecnie mamy do czynienia z coraz większymi problemami demograficznymi.
W 2009 roku najniższy wskaźnik dzietności zanotowano we wschodniej Polsce. Zdaniem Waldemara Urbanika z Wyższej Szkoły TWP w Szczecinie zmniejszenie przyrostu na Podlasiu czy Lubelszczyźnie to wynik trudnego rynku pracy, emigracji zarobkowej, braku perspektyw. – Ściana wschodnia chyba najmniej skorzystała z profitów obecności Polski w UE – dodaje socjolog.
– Młodzi z tego terenu najpierw przyjeżdżają do Białegostoku studiować, a potem najlepsi wyjeżdżają do Warszawy – tłumaczy z kolei Radosław Oryszczyszyn, socjolog z Uniwersytetu Białostockiego.
Statystycznie na jedną kobietę na wsi wciąż przypada więcej urodzeń niż w mieście, szybciej wszakże przybywa noworodków w miastach (w 2002 r. 41,3 tys. więcej niż na prowincji, a w 2009 r. już 75,5 tys.). Jednak tendencja ta się odwraca. – Od kilku lat obserwujemy przemieszczanie do wielkich miast obecnych 30-latków – mówi prof. Ryszard Cichocki, socjolog z UAM. – Proces wytwarzania PKB przenosi się do metropolii. To trend europejski, tylko u nas przyszedł z opóźnieniem – dodaje.
Regiony z dodatnim wskaźnikiem przyrostu naturalnego to oprócz tradycyjnie dzietnego małopolskiego (+0,30) zamożne tereny: pomorskie (+0,39), mazowieckie (+0,33) i wielkopolskie (+0,28). Szczególnie dużą dynamikę wzrostu urodzin notowały w ostatniej dekadzie Pomorze i Wielkopolska.
żar/Rp.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

