Licząca 20 lat katolicka agencja antyaborcyjna Centro Tepeyac pozwała w ubiegłym tygodniu okręg Montgomery za ustanowienie prawa, które nakazywało organizacji umieszczenie znaków informujących o tym, żeTepeyac Women's Center nie pracują licencjonowani i wykwalifikowani lekarze, a okręgowa izba lekarska zaleca pacjentom korzystanie z usług innej (proaborcyjnej zresztą) placówki medycznej. Niezastosowanie się do nakazu miało kosztować działaczy pro-life 500 dolarów.
Podobny pozew złożyła przeciw miastu Baltimore archidiecezja Baltimore. Powodem była nakaz informowania o tym, że w diecezjalnych centrach pomocy osobom ciężarnym, nie da się wykonać aborcji. Działacze pro-life przekonują, że organizacje aborcyjne, takie jak Planned Parenthood nie muszą stawiać żadnych znaków przed swoimi siedzibami. - Rząd nie może tworzyć specjalnych zasad tylko dlatego, że ludzie chcą rozmawiać o swoich wyborach związanych z ciążą. To jest ograniczanie wolności słowa. Dlaczego nikt nie zmusza aborcjonistów, by ci informowali o tym, co naprawdę czeka kobiety w ich centrach? - wskazuje Mark Rienzi, profesor prawa z University of America..
Ł.A/ Washington Times
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

