Jaki potencjał mają kandydatury byłego piłkarza Wisły Kraków – Macieja Żurawskiego, który wystartuje z listy SLD oraz pływaczki Otylii Jędrzejczak, startującej z ramienia Platformy Obywatelskiej, mogliśmy obejrzeć w państwowej TVP.

Czy politycy PO i SLD będą mogli w profesjonalny sposób troszczyć się o bezpieczeństwo narodowe naszego kraju na arenie europejskiej, czy raczej staną się „słupami”, którzy będą posłusznie naciskać przyciski pod dyktando swoich mocodawców?

Chyba nikt nie powinien mieć złudzeń, że wśród kandydatów na polityków najbardziej poszukiwani są kompletni ignoranci, których jedynym atutem jest znana twarz, mająca ułatwić zbieranie głosów. W kwestiach merytorycznych – celebryci kompromitują się brakiem znajomości postawowych faktów, związanych z funkcją, którą nie daj Boże, będą wykonywać przez kolejną kadencję.

Na pytanie prowadzącej dziennikarki: „Czy Polska powinna pogłębiać porozumienie z Kioto?”, Maciej Żurawski poprosił: „Czy mogłaby Pani wyjaśnić bardziej, co z tym Kioto?”, a Otylia Jędrzejczak wyznała z rozbrarającą szczerością: „Po prostu nie znałam stwierdzenia z Kioto”. Gdy pani redaktor grzecznie wyjaśniła, z ust sportowców popłynął taki bełkot, że nie nadaje się on do cytowania.

Celebryci nie tylko nie mieli zielonego pojęcia, jaka będzie ich funkcja w Parlamencie Europejskim, jakie stanowisko prezentuje w danej sprawie polski rząd, czy opozycja, a także jaką rolę pełni instytucja, do której zdecydowali się kandydować. Oni po prostu nie wiedzieli o co chodzi, ale najgorszym jest, że mając tego pełną świadomość, chcieli jeszcze na zadany temat poważnie dyskutować.

W polityce nie ma już żadnego wstydu, do tego wyborcy zdążyli się przyzwyczaić. Miejmy nadzieję, że po tej specyficznej prezentacji kandydatów, bo chyba nie można nazwać debatą spotkania dwojga dyletantów, którzy nie mają ze sobą o czym rozmawić, wielu spadną jeszcze łuski z oczu.

Przecież kwestie energetyczne są kluczowe dla polskiej racji stanu, a w Parlamencie Europejskim, tworzone jest ponad 90 proc. prawa, które jest następnie implementowane do prawa poszczególnych państw narodowych. Uchwalane dyrektywy decydują nieraz o losie całych gałęzi przemysłu, o wzroście gospodarczym, o miejscach pracy. Czy ktokolwiek z biura politycznego, poinformował sportowców, jaka odpowiedzialność na nich ciąży?

Ich kandydatury są przecież kuriozalne. Powinni przecież rozumieć, że mijają się z powołaniem, tak jak Janusz Palikot nigdy nie zagra w Wiśle Kraków, a Ryszard Kalisz nie zostanie mistrzem świata w pływaniu.

Naturalnie wysuwanie tego typu kandydatur przez partie jest kalkulowane. Kandydat – celbryta jest rozpoznawalny. Zatrudniając go można oszczędzić na kampanii wyborczej, bo jego wypromowanie jest tańsze niż przysłowiowego człowieka znikąd. Pewne niedogodności można wypudrować, wyciąć i rozmaitymi zabiegami piarowskimi zatuszować. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że nawet ta metoda, musiała się wymknąć spod kontroli.

Zastanawiające są także motywacje samych kandydatów. Przecież muszą być świadomi swoich ograniczeń, a mimo to pchają się do polityki z premedytacją. Czy którykolwiek z nich zastanowił się, co tak naprawdę zrobi w Parlamencie Europejskim dla dobra wspólnego, dla swoich rodaków, dla ojczyzny? Jeśli ich jedyną motywacją są ich osobiste, doraźne korzyści, powinni to głośno powiedzieć, a nie mamić swoich potencjalnych wyborców. To przecież nieuczciwe. Jak oszukiwanie na boisku, czy na pływalni. 

Tomasz Teluk