Nie mam wątpliwości, że Polska jak Stany Zjednoczone, wedle znakomitej książki Gerthrude Himmelfarb, choć jest jednym państwem, to mieści w sobie dwa narody. Po jednej stronie – i to już mój opis, a nie analizy amerykańskiej neokonserwatystki – stoją ci, którzy chcą budować społeczeństwo inkluzywne, przyjmujące każdego, bez względu na stan jego zdrowia, wygląd czy szanse na długie i przyjemne życie, a po drugiej ci, którzy wykluczają część ludzi z życia, uznają, że na pewnym etapie można ich wyeliminować, a później spokojnie pozbawić godności i zdepersonalizować i zdehumanizować. Po jednej są ci, którzy uznają, że każdy człowiek ma prawo do życia, a po drugiej ci, którzy uznają, że aby mieć prawo do życia trzeba mieć pewne arbitralnie wybrane cechy. I wreszcie jedni chcą budować społeczeństwo dla wszystkich, a drudzy uznają, że wstęp do niego mają tylko ci, których społeczeństwo uznaje za godnych wstępu.
Doskonałym kryterium przynależności do jednego lub drugiego narodu jest stosunek do dziecka, które przyszło na świat w Szpitalu Bielańskim. Po jednej stronie są ci, którzy wciąż jeszcze (choć przecież ono się już narodziło) mówią o nim, jako o płodzie, jako o przeszkodzie dla kolejnej ciąży, jako o przedmiocie, a po drugiej ci, którzy widzą w nim dziecko, tak okaleczone, owszem niepełnosprawne, ale jednak dziecko, żywego człowieka, który – tak jak my wszyscy – powinien być przyjęty, zaakceptowany i pokochany. Stan zdrowia nie może go wykluczać z człowieczeństwa, wiek zaś z prawa do życia. Nie ma między tymi dwoma stronami kompromisu, bowiem prezentują one zupełnie odmienne wizje nie tylko społeczeństwa, ale przede wszystkim człowieczeństwa. Nie jest to również spór między chrześcijanami a niewierzącymi, bo w istocie to jest spór o to, czy człowieczeństwo w ogóle cokolwiek znaczy, czy też nie ma ono znaczenia moralnego.
Ten spór, wbrew temu o czym chce się nas przekonać, nie dotyczy przy tym tylko nienarodzonych. Jeśli bowiem prawo do życia przyznajemy na podstawie wyglądu i stanu zdrowia, to w istocie można zadać pytanie, czy należy leczyć ludzi straszliwie okaleczonych podczas wypadku samochodowego? Albo takich, którym rak zniszczyć połowę twarzy? Oni także wyglądają – tak jak dzieciątko urodzone w Szpitalu Bielańskim – dla zwyczajnego człowieka dość przerażająco. Tyle, że nikt przy zdrowych zmysłach nie odbiera im (jeszcze?) prawa do życia. Jeśli jednak pogodzimy się z tym, że dzieci – tylko dlatego, że ludzie kiedy się na nie patrzą są przerażeni – można zabijać w łonach matek, to prędzej czy później dojdziemy do wniosku, że można zabijać także takich, którzy są już poza nimi, ale też ich widok napełnia niesmakiem, niezadowoleniem, albo przeszkadza w realizacji planów silniejszym (jednym z argumentów za tym, że dziecko ze Szpitala Bielańskiego trzeba było zabić miało być to, że matka dzięki temu szybciej będzie mogła zajść w ciążę). I trzeha mieć tego świadomość. Wybór narodu, w którym chcemy żyć należy do nas.
Tomasz P. Terlikowski
