Internetowe aukcje obfitują w rozmaite, czasem bardzo dziwne okazje. Na portalach typu eBay czy naszym rodzimym Allegro można znaleźć na przykład takie „rozmaitości”, jak używany silos pocisków nuklearnych czy przedmioty (rzekomo) zawierające DNA gwiazd. Wirtualne sklepy obfitują też w wiele „gadżetów” związanych z seksem, jak na przykład sztuczną błonę dziewiczą.
Niektórzy prześcigają się w gotowości sprzedania tego, co normalnemu człowiekowi raczej nie przyszło by do głowy. Pewna młoda dama wystawiła na przykład na aukcji swoje dziewictwo, a inna próbowała kupczyć... swoją nocą poślubną.
Właściwie jakoś mocno nie szokują mnie tego typu oferty. W końcu kupczenie swoim ciałem ma się świetnie od lat. Ostatnio nawet eufeministycznie nazywa się je sponsoringiem – to w końcu lepiej brzmi niż prostytucja. Czy kogoś zdziwi zatem fakt, że pewna Amerykanka postawiła sprzedać na eBay swoją... duszę?
Zamiast jednak odżegnywać kobietę od czci i wiary, można by się nieco bliżej przyjrzeć temu zjawisku. Czy nie jest to w pewnym sensie swoisty znak czasów? Dziś, kiedy właściwie wszystko jest na sprzedaż, ktoś w końcu musiał wpaść na taki absurdalny pomysł.
Ale, jak poinformował dzisiejszy „Fakt”, oferta Amerykanki to nie żaden żart, ani chęć wyłudzenia pieniędzy, ale rozpaczliwe wołanie o pomoc. Lori N. wystawiła swoją duszę na aukcji, bowiem bardzo chciałaby, aby ktoś ją uratował. Kobieta czuje się, jakby już nie miała duszy.
Jej sielankowe życie pisarki skończyło się pięć lat temu, kiedy uległa poważnemu wypadkowi samochodowemu. Jechała jako pasażerka w aucie, w które uderzył pijany kierowca. Kobieta doznała udaru, a następnie przez trzy tygodnie była w śpiączce. W wyniku wypadku miała połamane biodra, miednicę, nogi, obojczyk, mostek i żebra. Amputowano jej także jedną pierś.
Kobieta czuje się wrakiem człowieka. Chce jednak, by ktoś ją uratował, dlatego wystawiła swoją duszę na sprzedaż. Cena wywoławcza? Dwa tysiące dolarów. Jak na razie nikt nie wyraził gotowości kupna, ale ponoć liczba zainteresowanych stale rośnie.
Muszę przyznać, że to dość nietypowy sposób wołania o pomoc. Oczywiście, nie neguję tego, że Amerykance należy współczuć cierpienia, przez które przeszła. Ale „sprzedaż” duszy wcale jej nie uratuje. Raczej należałoby się zgłosić z tym „duchowym wrakiem” w zupełnie inne miejsce. Wprawdzie, nikt tam nie kupuje, ani nie sprzedaje, wszystko jest za darmo, ale raczej potrafią stawiać na nogi.
Marta Brzezińska

