Pierwszą, i niestety wciąż żywą, manifestacją „(złego) ducha Soboru” był wielki atak na katolickie rozumienie małżeństwa i jego celów. Rozpoczął się on jeszcze w trakcie trwania Soboru Watykańskiego II. Część Ojców soborowych uznała mianowicie, że życiową koniecznością jest zmiana tradycyjnego nauczania Kościoła w sprawie antykoncepcji i dopuszczenie jej stosowania przez katolików. Debata ta zaczęła się w roku 1963, kiedy decyzję o powołaniu komisji naukowej, która zająć się miała tym problemem, powołał Jan XXIII. Niewiele później w katolickich periodykach teologicznych rozgorzała dyskusja na temat tego, czy pracujące w Kongo Belgijskim zakonnice (które niezwykle często padały ofiarą gwałtu) mogą stosować pigułkę antykoncepcyjną. Za takim rozwiązaniem opowiedziało się wielu ówczesnych teologów moralnych (choćby bp Pietro Palazzini czy o. Francesco Hürt SJ), także tacy, którzy później odważnie bronili nauczania papieskiego. Uznali oni, że w tej sytuacji zastosowanie pigułki w przypadku kobiet zagrożonych gwałtem jest usprawiedliwione ze względu na „dobro osoby zagrożonej przemocą”, a także ze względu na „zasadę konfliktu dwóch rodzajów zła”1. Bardzo szybko tego samego rodzaju argumenty zaczęto stosować w odniesieniu do osób świeckich i małżonków. Stopniowo opinie te przenikały do opinii publicznej i budziły nadzieję na to, że Kościół może zmienić swoje nauczanie w tej kwestii.
I
Tego typu opinie wzmacniane były także przez Ojców soborowych, z których część zupełnie otwarcie opowiadała się za zmianą katolickiego nauczania w sprawie antykoncepcji. Opinie tego rodzaju przedstawiali między innymi kard. Suenens i kard. Léger z Montrealu. I wiele wskazywało na to, że Ojcowie Soborowi mogliby takie rozwiązanie przegłosować, szczególnie że wielu ekspertów, także tych zasiadających w komisji zwołanej przez Jana XXIII, także opowiadało się za taką zamianą. W takiej sytuacji Paweł VI zastrzegł, że sprawa regulacji narodzin zostaje wyjęta z przestrzeni obrad soborowych i zarezerwowana dla niego samego. Specjalnymi decyzjami papież wymusił (dosłownie) także na Ojcach Soborowych wprowadzenie do tekstu soborowego potępienia sztucznej antykoncepcji, zmiany w ustaleniach dotyczących celów małżeństwa i wreszcie wprowadzenie do tekstu, wciąż usuwanych, odnośników do encykliki Piusa XI Casti Connubii2.
Dzięki tym poprawkom w dokumentach soborowych znaleźć można niezwykle mocne potwierdzenie tego, jakie jest stanowisko Kościoła wobec regulacji poczęć. I – choć na jego omówienie przyjdzie czas potem – warto je zacytować w całości. „Małżeństwo i miłość małżeńska z natury swej skierowane są ku płodzeniu i wychowywaniu potomstwa. Dzieci też są najcenniejszym darem małżeństwa i rodzicom przynoszą najwięcej dobra. Bóg sam to powiedział: «Nie jest dobrze człowiekowi być samemu» (Rdz 2,18), i «uczynił człowieka od początku jako mężczyznę i niewiastę» (Mt 19,14), chcąc dać mu pewne specjalne uczestnictwo w swoim własnym dziele stwórczym, pobłogosławił mężczyźnie i kobiecie mówiąc: «bądźcie płodni i rozmnażajcie się» (Rdz 1,28). Dlatego prawdziwy szacunek dla miłości małżeńskiej i cały sens życia rodzinnego zmierzają do tego, żeby małżonkowie nie zapoznając pozostałych celów małżeństwa, skłonni byli mężnie współdziałać z miłością Stwórcy i Zbawiciela, który przez nich wciąż powiększa i wzbogaca swoją rodzinę. Małżonkowie wiedzą, że w spełnianiu obowiązku, jakim jest przekazywanie życia i wychowywanie, obowiązku, który trzeba uważać za główną ich misję, są współpracownikami miłości Boga – Stwórcy i jakby jej wyrazicielami. Przeto mają wypełniać zadanie swoje w poczuciu ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności oraz z szacunkiem pełnym uległości wobec Boga; zgodną radą i wspólnym wysiłkiem wyrobią sobie słuszny pogląd w tej sprawie, uwzględniając zarówno swoje własne dobro, jak i dobro dzieci czy to już urodzonych, czy przewidywanych i rozeznając też warunki czasu oraz sytuacji życiowej tak materialnej, jak i duchowej; a w końcu, licząc się z dobrem wspólnoty rodzinnej, społeczeństwa i samego Kościoła. Pogląd ten winni małżonkowie ustalać ostatecznie wobec Boga. Niech chrześcijańscy małżonkowie będą świadomi, że w swoim sposobie działania nie mogą postępować wedle własnego kaprysu, lecz że zawsze kierować się mają sumieniem, dostosowanym do prawa Bożego, posłuszni Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła, który wykłada to prawo autentycznie, w świetle Ewangelii. Boskie prawo ukazuje pełne znaczenie miłości małżeńskiej, chroni ją i pobudza do prawdziwie ludzkiego jej udoskonalenia. Tak więc małżonkowie chrześcijańscy, ufając Bożej Opatrzności i wyrabiając w sobie ducha ofiary, przynoszą chwałę Stwórcy i zdążają do doskonałości w Chrystusie, kiedy w poczuciu szlachetnej, ludzkiej i chrześcijańskiej odpowiedzialności pełnią zadanie rodzenia potomstwa. Spośród małżonków, co w ten sposób czynią zadość powierzonemu im przez Boga zadaniu, szczególnie trzeba wspomnieć o tych, którzy wedle roztropnego wspólnego zamysłu podejmują się wielkodusznie wychować należycie także liczniejsze potomstwo”3 – zapisano w Konstytucji Duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spes.
II
Jasne i oczywiste dla każdego zapisy soborowe były jednak od samego początku podważane. Zwolennicy „ducha Soboru” rozsiewali plotki na temat tego, że Paweł VI ma zamiar zmienić nauczanie, że przekonali go eksperci i że chce ulżyć biednym katolikom. Nadzieje te wzmocnione zostały jeszcze przez decyzję komisji teologicznej, która w 1966 roku oznajmiła, że antykoncepcja jest dopuszczalna w katolickich małżeństwach, i że w związku z tym – jeśli małżonkowie mentalnie są otwarci na prokreację – to mogą odstąpić od wymogu każdorazowej otwartości na płodność w przypadku aktów seksualnych. Tekst ten spotkał się z aplauzem niemałej części mediów, a także środowisk katolickich, i choć nie był on wyrazem nauczania papieskiego, błyskawicznie zaczął być wcielany w życie. Teologowie moraliści, biskupi, ale także zwykli spowiednicy zaczęli przekonywać wiernych, że „duch Soboru” wymusi na papieżu zmianę nauczania, i że jest tylko kwestią czasu, kiedy to się stanie. Na zapowiedzianą wcześniej encyklikę Humanae vitae oczekiwano więc z rosnącym przekonaniem, że potwierdzi ona „nowy kierunek”, który nota bene był całkowicie sprzeczny z tym, co na ten temat napisał Sobór.
Gdy zatem Paweł VI jasno i zdecydowanie przypomniał dotychczasowe nauczanie Kościoła4 wybuchł gigantyczny skandal. Już w dniu opublikowania encykliki pojawiły się pierwsze protesty teologów moralnych. Wierni i duchowni zaczęli się barykadować w kościołach, domagając się zniesienia podtrzymanego przez Pawła VI zakazu antykoncepcji. Niemiecki episkopat, po krótkim zastanowieniu, wydał dokument, w którym przekonywał, że encyklika nie jest nieomylna, i dlatego wierni i duszpasterze mogą zachować swobodę w jej interpretacji i przyjęciu. Podobne stanowisko zajęły także episkopaty Holandii, Austrii, Francji Belgii, Kanady, a także niektórzy biskupi amerykańscy. W efekcie hierarchowie uznali, że Rzym nie jest im do niczego potrzebny, i że mogą oni sprawować swoją posługę całkowicie niezależnie od Biskupa Rzymu. Były to decyzje całkowicie niezgodne z literą Soboru Watykańskiego II, ale usprawiedliwiano je – a jakże – „soborowym duchem”. Zwolennicy tego rodzaju myślenia oznajmiali także, jak choćby kard. Julius Döpfner z Monachium, że „zorientują się, jak można przyjść z pomocą wiernym”. Słowa takie, jak słusznie wskazał Romano Amerio, oznaczały w dużym skrócie, że „według kardynała wierni wymagali ochrony przed encykliką, która jest aktem wrogim w stosunku do ludzkości”5.

Odpowiedzią Pawła VI na jawne zerwanie z nim więzi były napomnienia, pokorne uwagi, prośby o posłuszeństwo, i znoszenie kolejnych ostrych ciosów. „Szczególnie bolesna dla Pawła VI musiała okazać się postawa kardynała Suenensa, prymasa Belgii. Dostojnik ten był wielkim przyjacielem papieża, do tego stopnia, że Ojciec Święty, wykonując gest bez precedensu, zaprosił go do wspólnego błogosławieństwa z okien papieskich apartamentów, tłumów zgromadzonych na placu św. Piotra. Suenens zademonstrował od początku ślepy opór względem Humanae vitae, który nazywał dokumentem «sprzecznym z zasadą kolegialności». W Belgii utrzymywał na stanowisku odpowiedzialnego za duszpasterstwo rodzin w całym kraju, duchownego, który publicznie zajął stanowisko przeciwne papieskiej encyklice. Kiedy w marcu 1969 roku Suenens udał się do Rzymu, papież wręczył mu osobisty list ze skargą na autorytaryzm zarządzania przezeń kościołem belgijskim. Kardynał nie tylko uznał za stosowne się bronić, ale także przeszedł do ataku, twierdząc, że nuncjusz w Belgii go szpieguje. Paweł VI odpowiedział z całą pokorą: «Tak, proszę się za mnie modlić, ponieważ z powodu moich braków Kościół jest źle zarządzany». Suenens nadal trwał w swoim zacietrzewieniu i w wywiadzie opublikowanym w maju oskarżył papieża o to, że nie stosuje się do zasady kolegialności, określonej przez Sobór, z powodu swej przesadnej koncepcji papieskiego autorytetu”6 – opisuje tamte czasy José Orlandis.
Realna schizma episkopatów w wielu krajach zachodnich była mocno wspierana także przez teologów. Wielu z nich otwarcie kwestionowało nieomylność papieską i nauczanie w tej kwestii. 30 lipca 1968 roku na łamach „New York Timesa” prawie 300 teologów „katolickich” (cudzysłów jest tu jak najbardziej właściwy) opublikowało wielką deklarację, w której potępili encyklikę i wyrazili przekonanie, że nie jest ona wyrazem nieomylnego nauczania Kościoła. Jak to zwykle bywa, w takich dokumentach pojawiły się także standardowe, choć absolutnie nieprawdziwe, odwołania do Vaticanum II (czyli do jego ducha). „Wiele pozytywnych wartości w odniesieniu do małżeństwa znalazło swój wyraz w encyklice Pawła VI. Niemniej nie podzielamy przyjętej eklezjologii, jak i metodologii, jaką posłużył się Paweł VI w skonstruowaniu i promulgowaniu dokumentu. Nie są one zbieżne z autentyczną samoświadomością Kościoła, według tego, co wyraziły i zaproponowały dokumenty Soboru Watykańskiego II” – napisali autorzy „Deklaracji Currana”, którzy o Vaticanum II mówili bez odwołania do konkretnych dokumentów, które zaprzeczyłyby ich opinii. Dalej teologowie potępili papieża za pominięcie opinii „wielu katolickich par”, świadectwa Kościołów i wspólnot odłączonych, „etycznego wkładu współczesnej nauki” (to już zupełna porażka, bowiem nauka może mieć wkład naukowy, ale nie moralny), a także za samo uznanie, że papież ma władzę. A na koniec podkreślili, że odrzucają wnioski encykliki. „Przyjęło się powszechnie w Kościele przeświadczenie, że katolicy mogą odstąpić od nauczania Magisterium, które nie jest nieomylne, o ile istnieją uzasadnione ku temu przesłanki. Toteż jako teologowie katoliccy, świadomi naszej powinności, jak i ograniczeń, stwierdzamy, iż małżonkowie mogą w odpowiedzialny sposób przyjąć, kierując się sumieniem, fakt, iż antykoncepcja przy użyciu sztucznych środków w podobnych okolicznościach jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz konieczna, by wziąć w obronę i rozwijać wartość oraz świętość małżeństwa”7 – przekonywali teologowie. I w zasadzie tego typu opinia zaczęła dominować na wielu katolickich uczelniach, w konfesjonałach i w nauczaniu płynącym z ambon, co oznacza, że znacząca część wiernych nie otrzymywała od pasterzy autentycznego nauczania Kościoła, gdyż niemała część z nich w istocie była poza wspólnotą wiary.
III
Konsekwencje tych decyzji były o wiele głębsze niż tylko odrzucenie nauczania o antykoncepcji i cicha, ale niemniej realna schizma, ale także pogłębiające się odchodzenie wielu katolików, zarówno duchownych, jak i świeckich od nauczania Kościoła. „Odrzucenie nauczania zawartego w Humanae vitae odciska się piętnem także na innych kwestiach. Oznaczać ono może bowiem przyzwolenie nie tylko na antykoncepcję, ale również na aborcję, zapłodnienie in vitro, badania na ludzkich zarodkach. Ale trzeba też mieć świadomość, że podważenie nauczania o małżeństwie, o miłości, o jej celach podważa również myślenie o Kościele. Święty Paweł pisze przecież wprost, że to, co odnosi się do małżonków, odnosi się również do relacji Chrystusa i Kościoła. Niemówienie o tym, milczenie w kwestii natury miłości oznacza, że przestajemy być świadkami Chrystusa i być może skazujemy wielu ludzi na piekło. I nic tu nie pomoże fakt, że nasi kanadyjscy biskupi chętnie wypowiadają się na temat ekologii czy pomocy ubogim. Bo to jest umywanie rąk od własnej odpowiedzialności za losy innych, za ich wieczne przeznaczenie. Kanadyjscy katolicy nie mogą się bowiem dowiedzieć z kazań, że antykoncepcja, aborcja czy eutanazja są grzechem”8 – wskazywał John H. Weston. I nie są to tylko narzekania działacza pro-life, ale kanadyjska rzeczywistość. W tym kraju przy akceptacji episkopatu zalegalizowano aborcję do dziewiątego miesiąca ciąży. A premier, który takie prawo wprowadził w życie, miał piękny katolicki pogrzeb w katedrze. Z podobnym „poszerzaniem” sprzeciwu wobec Humanae vitae można się było zetknąć także w innych Kościołach. W Niemczech Episkopat opowiedział się za uczestnictwem poradni kościelnych w systemie aborcyjnym i wydawaniem przez nie „licencji na zabijanie”, to znaczy zaświadczeń, dzięki którym dziecko mogło być zabite. Dopiero ostra i jednoznaczna interwencja Jana Pawła II (w latach 90.) doprowadziła Kościół do wycofania się z tego działania.
Główna linia frontu między stanowiskiem katolickim a stanowiskiem „ducha Soboru” przebiegała jednak nie na poziomie episkopatów (które jednak przynajmniej oficjalnie zmuszane były do głoszenia sprzeciwu wobec aborcji), a wśród teologów, księży i katolików świeckich. To właśnie spośród tych trzech grup wywodzili się twórcy organizacji „katolickich”, które odwołując się do „ducha Soboru”, angażowały się w prawną legalizację zabijania nienarodzonych. W 1974 roku jezuita Joseph F. O’Rourke założył amerykańską organizację „Catholics for Free Choice”. Jej głównym celem była walka o to, by Kościół zmienił swój stosunek do zabijania nienarodzonych. Akurat w tej sprawie władze zakonne zareagowały błyskawicznie, bowiem już miesiąc po założeniu grupy O’Rourke został wydalony z zakonu. Sama organizacja jednak kontynuowała swoje działania, skutecznie udając „katolicki głos” w sprawie aborcji. W 1984 roku – właśnie za sprawą działania tej grupy – kilkudziesięciu teologów (w tym siostry zakonne i księża) opublikowali w „New York Timesie” oświadczenie, w którym sprzeciwili się stanowisku Kościoła w sprawie aborcji. W tym przypadku jednak stanowisko Watykanu było o wiele mocniejsze i część sióstr zakonnych i księży zostało pozbawionych prawa do wykładania teologii, a nawet wydalonych z zakonów. Podobne stanowisko zajęli również „katolicy” skupieni w niemieckiej i austriackiej organizacji „My jesteśmy Kościołem”, którzy od dawna nie tylko próbują wymusić na Stolicy Apostolskiej zmianę nauczania, ale też wprowadzają w błąd wielu katolików, udając, że można odrzucać nauczanie papieskie i pozostawać dobrym katolikiem.
W budowaniu takiej fałszywej opinii rzesze katolików utwierdzają także rozmaici medialni teologowie. Hans Küng nieustannie przekonuje, że po Soborze Watykańskim II katolik nie ma obowiązku być przeciwko aborcji czy antykoncepcji, i że gdy tylko w przeszłość odejdą konserwatywni papieże, Kościół natychmiast zmieni swoje stanowisko9. Podobne „mądrości” głosił także najwytrwalszy krytyk Humanae vitae w Stanach Zjednoczonych Charles Curran, który krytykował Kościół nie tylko za sprzeciw wobec antykoncepcji czy aborcji, ale także eutanazji, zapłodnienia in vitro czy oceny moralnej aktów homoseksualnych. I – co dopiero jest szokujące – bardzo długo, choć było całkowicie jasne dla każdego nieuprzedzonego obserwatora, że głosi on poglądy niekatolickie w większości spraw, to aż do 1987 roku pozostawał on pracownikiem katolickiej instytucji i miał misję kanoniczną, która miała gwarantować, że będzie on głosił poglądy Kościoła. Procedurę potępienia jego poglądów rozpoczęto dopiero w latach 80., gdy na Stolicy Piotrowej zasiadł Jan Paweł II, a na urzędzie prefekta Kongregacji Nauki Wiary kard. Joseph Ratzinger. Wcześniej nikomu nie przeszkadzało to, co głosił duchowny. Szokować może także to, że choć Curranowi zakazano wykładania teologii katolickiej i potępiono jego poglądy, to nigdy nie zabroniono mu sprawowania funkcji kapłańskich, publikowania, wypowiedzi publicznych czy nauczania w instytucjach niekatolickich10. W praktyce oznaczało to, że przełożeni Currana godzili się na to, by przesłonięty godnością i autorytetem kapłańskim duchowny głosił dalej poglądy całkowicie niezgodne z nauczaniem Kościoła i skazujące wielu katolików na potępienie.
Skutki takiej tolerancji dla herezji nauczanej na katolickich uczelniach i głoszonej z ambon kościołów były błyskawiczne. Już w latach 70. większość amerykańskich czy kanadyjskich (ale także niemieckich, holenderskich czy belgijskich) katolików straciło wiarę w to, że Kościół ma jakikolwiek autorytet w sprawach moralnych (a i innych także). W 1963 roku 70 procent katolików wierzyło, że Ojciec Święty wywodzi swój autorytet w nauczaniu od Chrystusa przez św. Piotra, a w 1974 roku taką samą opinię wyrażało 42 procent amerykańskich katolików. W 1999 roku przeprowadzono badania, z których wynikało, że 80 procent amerykańskich katolików jest zdania, że można być dobrym katolikiem i lekceważyć sobie nauczanie Kościoła w sprawie „kontroli urodzeń” (czyli aborcji i antykoncepcji)11. Badania te pokazują całkowicie jednoznacznie, że przeciwnicy nauczania Kościoła w kwestii regulacji poczęć przyczynili się nie tylko do upadku moralności, ale także do wyraźnego odejścia wielu katolików od wiary w zdefiniowany przez Sobór Watykański I dogmat o nieomylności papieskiej w sprawach wiary i moralności, a także od prawdy o tym, że katolik jest winny posłuszeństwo papieskiemu nauczaniu także wtedy, gdy jest to nauczanie zwyczajne, a nie ex cathedra12. Miejsce tej prawdy zastępuje jednak – wyprowadzane z „ducha Soboru” – przekonanie, że to „lud Boży” jest nieomylny w sprawach moralności, a papież ma jedynie dostosować się do niego.
Opłakane skutki tego działania widzimy w chwili obecnej. W Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Niemczech – katoliccy politycy, ale także zwyczajni katolicy otwarcie odrzucają nauczenie Kościoła, powołując się przy tym na to, że chcą pozostawać w zgodzie z „duchem Soboru”. Wystarczy przypomnieć choćby wypowiedzi prezydenta Bronisława Komorowskiego, który przekonywał, że jako katolik posoborowy wspiera on i popiera zapłodnienie in vitro. Słowa te, i trzeba to powiedzieć zupełnie jasno, w istocie dowodzą, że prezydent nauczanie Kościoła odrzuca, a żeby to ukryć posługuje się terminologią „ducha Soboru”. Jest to przy tym o tyle nierozsądne, że metoda zapłodnienia pozaustrojowego została zastosowana w odniesieniu do ludzi dopiero kilkanaście lat po Soborze, a zatem potępienie jej jest jak najbardziej posoborowe.
IV
W Polsce, od początku lat 90., możemy obserwować podobne zjawiska. To wtedy niezwykle mocno, przy okazji dyskusji o aborcji, ujawnili się zwolennicy „ducha Soboru”, którzy przekonywali (trzeba przyznać, że zazwyczaj nieco ostrożniej niż ich zachodni koledzy), że katolik może nie być zwolennikiem zakazu aborcji i ma prawo pozostawiać ten problem decyzji samej kobiety. Takie stanowisko zajmowali w Polsce choćby Józefa Hennelowa i Andrzej Wielowieyski, który przygotował – jeszcze jako poseł – projekt, w którym dopuszczał możliwość zabicia dziecka ze względów społecznych13. „Prawo matki i dziecka powinny być równorzędne, ale strach przed sankcją nie może determinować tak ważnej i delikatnej kwestii, jaką jest macierzyństwo. Nie wchodzę już w to, że karany jest lekarz wykonujący aborcję, a nie kobieta, bo jej współczujemy. To zupełny faryzeizm: przecież i tak skupia się wszystko na kobietach. Kościół nie ma racji, negując decyzję kobiety. Chcemy szanować życie ludzkie, żeby dzieci się rodziły i żeby kobiety chciały je wychowywać. Jednak zakazami i próbami karania tego nie osiągniemy. 2000-letnia tradycja chrześcijańska, którą się słusznie szczycimy, broniła nienarodzonych, choć teologowie zastanawiali się, czy embrion jest człowiekiem, czy staje się nim dopiero po kilku tygodniach. Aby embrion stał się dzieckiem, potrzebne jest donoszenie ciąży, wola matki. Ale na pewno jest to życie ludzkie. Pytanie tylko, jak je skutecznie bronić?”14 – oznajmiał Wielowieyski, który nigdy nie został jasno przywołany do porządku i zawsze spokojnie przyjmował Komunię Świętą.
Dalsza część tego wywiadu doskonale pokazuje, w jakim kierunku zmierza myśl zwolenników „ducha Soboru”, którzy są w stanie zaakceptować nawet zabijanie dzieci, ale nie są w stanie zaakceptować języka, w którym mówi się prawdę o „zabiegu”. „Jestem przeciwko nazywaniu aborcji morderstwem dzieci. Taki język to tylko obrzucanie błotem bliźnich. Gdyby aborcję wykonywano pod przymusem, to byłoby to morderstwo. Ale jeśli dzieje się to za zgodą kobiety, mówmy raczej o przerwaniu życia, którego ona nie chce lub nie potrafi z siebie dać. To jest zawsze nieszczęście, ale nie morderstwo” – przekonuje Wielowieyski. A dalej wyraża nadzieję na zmianę tego nauczania15 i ostro krytykuje Jana Pawła II. „Kościół wpadł w ten sposób w pułapkę biologizmu. Był to też zresztą wynik «rewolucji seksualnej», która wtedy szokowała. Oczywiście, Jan Paweł II miał piękną wizję seksualności człowieka: kochamy się i mamy szansę dawania życia, współdziałając ze Stwórcą. Prezerwatywa kłóciła się z tym pięknym wyobrażeniem. Warto wizję papieża przekazywać ludziom, ale nie można dopuszczać do tego, by wynikały z niej nieszczęścia, takie jak zakażenie AIDS, konflikty małżeńskie czy niepożądane ciąże, bo Kościół sprzeciwia się prezerwatywom. Nie można też skazywać ludzi na bezdzietność, bo in vitro to rzekomo niegodna metoda poczęcia”16 – podkreśla publicysta i polityk, którego teksty – choć niezgodne z nauczaniem Kościoła – chętnie widziano w jezuickim „Przeglądzie Powszechnym”, gdzie także przekonywał, że aborcja jest dopuszczalnym rozwiązaniem, i katolicy powinni przestać się nią zajmować.

Nieco inne stanowisko zajmowali inni polscy wyznawcy „ducha Soboru” skupieni wokół „Tygodnika Powszechnego”. Oni zazwyczaj nie kwestionowali nauczania Kościoła w sprawie aborcji (co najwyżej z lekka je rozmywali), chętnie za to przekonywali, że zakaz antykoncepcji powinien się zmienić. Ojciec Jacek Prusak na przykład przekonywał, że papieskie nauczanie w sprawie antykoncepcji nie powinno być traktowane jako ostateczne, bowiem nie zostało ono przyjęte przez Lud Boży (jezuita dyskretnie przy tym pomija, że nie zostało ono przez niego przyjęte, bowiem nieliczni chcieli je przekazywać, wielu za to – także duchownych – robiło wszystko, by recepcję nauczania papieskiego uniemożliwić), który popadł w „milczącą schizmę”. „A jeśli tak wygląda recepcja «Humanae vitae», to czy nie jest to znak dla Kościoła rozumianego jako cały Lud Boży, że «doświadczenie» większości świeckich (laicorum experientia) powinno być uznane za oznakę rozwoju doktryny o antykoncepcji. Tylko cały Kościół zachowany w jedności wiary jest uchroniony od błędu (por. Lumen gentium, nr 25). Czterdzieści lat po ukazaniu się «Humanae vitae» wciąż trzeba zadawać to pytanie. Założenie, że Bóg nie przykazuje niczego, co byłoby niemożliwe, nie wyklucza bowiem stosowania rozumu. Wiara wbrew rozsądkowi nie należy do depozytu katolickiego nauczania, więc musi istnieć jakieś wyjście z obecnego impasu”17 – przekonuje na łamach „Tygodnika Powszechnego” jezuita o. Jacek Prusak.
Tego typu argumentacja przenosi podmiot nieomylności z „następców świętego Piotra” na Lud Boży (nawet jeśli pozostaje on od Papieży oddzielony swoją wiarą). A to w istocie oznacza odrzucenie nauczania Soboru Watykańskiego I, który jednoznacznie przypominał, że „gdy biskup Rzymu przemawia ex cathedra, to znaczy, gdy wykonując urząd pasterza i nauczyciela wszystkich chrześcijan, na mocy swego najwyższego apostolskiego autorytetu określa naukę dotyczącą wiary lub moralności obowiązującą cały Kościół, dzięki opiece Bożej obiecanej mu w [osobie] św. Piotra, wyróżnia się tą nieomylnością, w jaką boski Zbawiciel zechciał wyposażyć swój Kościół dla definiowania nauki wiary lub moralności”. Nieomylność jest zatem obiecana nie całemu Kościołowi, ale Kościołowi pozostającemu pod przewodem biskupa Rzymu, któremu to obiecana jest „nieomylność w sprawach wiary i moralności”18.
Inną argumentację przeciwko zakazowi antykoncepcji wysuwa Artur Sporniak, który próbuje przekonywać, że ostatecznie decyzję o tym, czy małżeństwo ma prawo ubezpładniać sztucznie akt seksualny, powinno podjąć ono samo. „Nikt nie ma prawa nakładać ciężarów nie do uniesienia. Nie wolno domagać się heroizmu, gdy miłość jeszcze do niego nie dojrzała. Tylko małżonkowie mają możliwość, prawo i zarazem obowiązek oceniać swoją miłość. Kościół może jedynie podsuwać odpowiednie pytania, formułować kryteria pomagające znajdować odpowiedź w konkretnych sytuacjach, nie jest jednak w stanie zastąpić sumień dwojga kochających się ludzi”19 – przekonuje Sporniak. W innym tekście, byle tylko usprawiedliwić możliwość stosowania prezerwatyw, ucieka się do argumentacji – najdelikatniej rzecz ujmując absurdalnej. Próbuje w nim wykazać, że bez stosowania prezerwatyw małżonkowie byliby skazani na brak urzeczywistniania miłości małżeńskiej. „Spróbujmy zanalizować następujące postępowanie: małżeństwo, które w sumieniu rozeznało, że poczęcie z ważnych powodów nie jest wskazane, czyni wszystko, co możliwe, by rozpoznać okresy niepłodne, i dodatkowo zabezpiecza się używaniem prezerwatywy. Czy ich postępowanie możemy nazwać bezbożnym? Jeżeli współżyją w okresie rzeczywistej niepłodności, wolą Boga jest, by dziecko się nie poczęło. Zgodne jest to także z odczytaną w sumieniu wolą Boga co do płodności małżeństwa. Prezerwatywa więc niczego tutaj nie zmienia. Wątpliwości mogą dotyczyć tylko tych ewentualnych stosunków seksualnych, które bez prezerwatywy byłyby rzeczywiście płodne. W takiej sytuacji mamy do czynienia ze wspomnianym konfliktem: w okresie płodnym Bóg chce poczęcia, co jest sprzeczne z wolą Bożą odczytaną w sumieniu. Niestety, małżonkowie nie potrafią z góry przewidzieć, które akty seksualne związane będą z taką dysharmonią. Trudno ich oskarżać, że czynią siebie arbitrami czy właścicielami zdolności do prokreacji, właśnie ze względu na ich troskę o rozeznanie i dostosowanie się do okresów niepłodnych. Mimo to, zgodnie z odczytanym przez nas argumentem z bezbożności, narażają się na działanie przeciwne Bogu. Czy jedynym rozwiązaniem takiej sytuacji jest całkowita rezygnacja ze współżycia? Małżonkowie byliby wówczas zmuszeni zrezygnować bez swojej winy z tego, do czego zostali powołani w sakramencie małżeństwa («będą oboje jednym ciałem»; Mt 19,5). Mamy więc do czynienia z dysharmonią na jeszcze wyższym poziomie. Czy rzeczywiście Bóg tego chce, skoro pobłogosławił ich oblubieńczą miłość?”20 – oznajmia Sporniak. W innych swoich tekstach niemal zwyczajowo podważa on nieomylność nauczania papieskiego w tej sprawie i sugeruje, że w związku z tym można liczyć na jej zmianę. Dyskretnie jednak pomijają, że katolik winien jest posłuszeństwo nawet zwyczajnemu nauczaniu biskupa Rzymu.
Argumentacja, którą tu za autorami „Tygodnika Powszechnego” przytaczam, nie jest niczym nowym. Podobnych tekstów można znaleźć wiele w rozmaitych zachodnich periodykach. Jeśli coś zaskakuje to tylko godna lepszej sprawy konsekwencja w powtarzaniu tych samych bzdur, które już dawno zostały zweryfikowane przez życie. To ono pokazało, że zgoda na antykoncepcję jest pierwszym krokiem do destrukcji życia religijnego chrześcijan. Dziwne jest to, że metropolita krakowski, który jest przecież uczniem Jana Pawła II, toleruje sytuację, w której tygodnik w nazwie mający termin katolicki systematycznie podważa nauczanie Kościoła i utwierdza w swoich (na szczęście nielicznych) czytelnikach opinie ewidentnie niekatolickie.
Na koniec trudno nie wskazać na jeszcze jeden element „ducha Soboru” w kwestii planowania rodziny, który obecny jest nawet wśród wielu prawdziwie ortodoksyjnych duchownych i świeckich. Otóż wielu nauczycieli naturalnego planowania rodziny, metody akceptowanej przez Kościół katolicki, koncentruje się wyłącznie na wyjaśnianiu, że jest to dopuszczalna metoda unikania poczęcia. Nieliczni natomiast specjaliści przypominają katolikom, że Paweł VI w encyklice Humanae vitae pozwolił wierzącym nie tylko unikać poczęcia, ale także wezwał ich do wielkodusznego przyjmowania dzieci, które także jest przejawem odpowiedzialnego rodzicielstwa. Ten element jednak systematycznie eliminowany jest z duszpasterstwa i myślenia katolickiego. W niezwykle dramatycznej formie przestrzegał przed taką sytuacją kard. Alfredo Ottaviani, wskazując, że przesadne, jednostronne skupienie na relacji małżeńskiej i zgoda na – nawet ograniczoną po katolicku kontrolę narodzin – będzie skutkować zniszczeniem katolickiej specyfiki rodziny. „Nie jestem zadowolony z występującego w tekście stwierdzenia, iż para małżeńska może sama decydować, ile dzieci pragnie mieć. Nigdy w Kościele nie słyszano o tym. Sam byłem jedenastym dzieckiem spośród dwanaściorga rodzeństwa. Mój ojciec był robotnikiem, ale moi rodzice nigdy nie czuli strachu z powodu dużej liczby dzieci, ponieważ ufali oni Opatrzności”21 – wskazał kard. Ottaviani. W tych krótkich słowach zawarta jest istota tego, co stało się z katolikami pod wpływem mentalności „ducha Soboru”. Nieustanne dyskusje nad NPR, antykoncepcją, koniecznością planowania rodziny (a niestety takie fragmenty znajdują się także w tekstach soborowych czy nauczaniu Pawła VI) sprawiają wrażenie, jakby katolicy bardziej wierzyli sobie niż Panu Bogu, i jakby modlitwa „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”, kierowana była nie do Boga, ale do nas samych, którzy musimy się o siebie zatroszczyć. To zastąpienie zaufania Opatrzności wiarą we własne możliwości jest największym triumfem „ducha Soboru”. Triumfem, który niezwykle głęboko dotknął życie katolickie i naznaczył je piętnem niewiary.
V
Odpowiedzią na ten głęboki duchowy kryzys wywołany przez „ducha Soboru” i „ducha planowania rodziny” są teksty Soborowe i nauczanie papieskie. W cytowanym już fragmencie Gaudium et spes zawarte jest jasne stanowisko, które przypomina, że postawą katolika jest uznanie, że najważniejszą misją małżeństwa jest zrodzenie i wychowanie potomstwa, że w misji tej trzeba mężnie i wielkodusznie przełamywać własny egoizm i poddawać się Bożemu prowadzeniu, a nie tylko własnym decyzjom. Nie brak także niezwykle mocnego przypomnienia, że szczególny szacunek należy się tym małżeństwom, które „wedle roztropnego wspólnego zamysłu podejmują się wielkodusznie wychować należycie także liczniejsze potomstwo”22. W tekście tym nie ma mowy o tym, że to małżonkowie mają decydować samodzielnie, ile chcą mieć dzieci, ale że mają oni uczciwie i wielkodusznie szukać odpowiedzi na pytanie, ile Bóg chce od nich dzieci. Próżno też szukać absolutnej apologii decyzji i wyboru ludzkiego, mamy tu natomiast do czynienia z silnym przypomnieniem o konieczności szukania woli Bożej.
Chrześcijanie powinni budować przestrzeń akceptacji dla dzieci, zaufania Bożej Opatrzności, otwarcia na życie. Nie są to postawy proste, bowiem wszyscy jesteśmy dziećmi swoich czasów. Niemniej jednak ale tylko w ten sposób możemy przełamać impas, stopniowy upadek Kościołów zarówno w krajach Europy Zachodniej, jak i w Polsce. Jeśli gdzieś rozpoczyna się kryzys eklezjalny, to jego pierwszym symptomem jest spadek dzietności katolików. Pierwszą zaś oznaką odrodzenia będzie sytuacja, w której rodzina katolicka będzie znaczyło (statystycznie, bo nie zawsze jest to możliwe także z przyczyn obiektywnych) tyle, co rodzina wielodzietna. Wielodzietność to realne zaufanie Bożej Opatrzności, do którego tak mocno wzywa nas Sobór. Autentycznie soborowe nie są zatem dyskusje nad antykoncepcją, ale odważne przyjęcie misji, jaką jest dla małżonków rodzenie i wychowywanie dzieci.
Przypisy
1 R. Skrzypczak, Papież w świecie lateksowej dowolności albo o tym jak owce chciały zagryźć swojego pasterza, „Fronda” 54/2010, s. 52-53.
2 R.M. Wiltgen SVD, Ren wpada do Tybru. Historia Soboru Watykańskiego II, tłum. A. Słowik, Dębogóra 2010, s. 346-353.
3 Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym. Gaudium et spes, par. 50, cyt. za: Sobór Watykański II. Konstytucje. Dekrety. Deklaracje, Poznań bdw., s. 579.
6 J. Orlandis, Kościół katolicki w drugiej połowie XX wieku, tłum. P. Skibiński, Radom 2007, s. 109.
7 R. Skrzypczak, dz. cyt., s. 69-70.
8 Kanada trącąca lewicą. Z Johnem H. Westonem rozmawia Tomasz P. Terlikowski, „Fronda” 57/2010, s. 130.
9 Towards a „Continual Reform of the Church”: Interview with Hans Küng: http://www.beliefnet.com/Faiths/Christianity/2004/03/Towards-A-Continual-Reform-Of-The-Church-Interview-With-Hans-Kung.aspx.
10 G. Weigel, Świadek nadziei. Biografia Jana Pawła II, Kraków 2000, s. 663.
11 Truth & Consequence. A Look Behind The Vatican Ban on Contraception, Washington 2008, s. 7.
12 „Biskupom nauczającym w łączności z papieżem należy się od wszystkich cześć jako świadkom boskiej i katolickiej prawdy, wierni zaś winni zgadzać się ze zdaniem swego biskupa w sprawach wiary i obyczajów, wyrażonym w imieniu Chrystusa, i trwać przy nim w religijnej uległości. Tę zaś zbożną uległość woli i rozumu w sposób szczególny okazywać należy autentycznemu urzędowi nauczycielskiemu Biskupa Rzymskiego nawet wtedy, gdy nie przemawia on ex cathedra, trzeba mianowicie ze czcią uznawać jego najwyższy urząd nauczycielski i do orzeczeń przez niego wypowiedzianych stosować się szczerze, zgodnie z jego myślą i wolą, która ujawnia się szczególnie przez charakter dokumentów bądź przez częste podawanie tej samej nauki, bądź przez sam sposób jej wyrażania” – zapisali Ojcowie soborowi w Konstytucji Dogmatycznej o Kościele Lumen Gentium par. 25.
13 „Mój projekt dopuszczał aborcję pod warunkiem stworzenia powszechnego, obowiązkowego systemu poradnictwa. Konsultacje miały pomóc kobietom, przekonać je do utrzymania ciąży, ułatwić im pomoc czy ewentualnie adopcję, ale zostawiając im możliwość wyboru. Decyzja kobiety byłaby kluczowa. Sądzę, że to jedyne sensowne rozwiązanie, mało tego: jest to rozwiązanie katolickie, szanujące wolną wolę człowieka” – przyznawał sam Wielowieyski w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Kościół, aborcja, mur. Z Andrzejem Wielowieyskim rozmawiają Jan Turnau i Katarzyna Wiśniewska, „Gazeta Wyborcza”, 2 września 2010.
14 Tamże.
15 „Wszyscy na to czekamy. Wielu czołowych myślicieli Kościoła pragnie złagodzenia stanowiska Kościoła w sprawie antykoncepcji. Już od czasu soboru. Jest wielką i zawstydzającą pomyłką, że jeszcze do tego nie doszło. I to po wielu pozytywnych sygnałach, począwszy od uznania, że «metody naturalne» zapobiegania ciąży są moralnie dopuszczalne. A czym niby różni się kulturowo i psychicznie naturalna regulacja od innych metod? W kwestii antykoncepcji nie widzę dziś jednak światełka w tunelu, dlatego za kard. Martinim z Mediolanu, który dobrze widział ten problem, powtórzę, że można się tylko modlić” – podkreśla Wielowieyski. Tamże.
16 Tamże.
17 J. Prusak SJ, Milcząca schizma, „Tygodnik Powszechny”, 15 lipca 2008.
18 Konstytucja Dogmatyczna o Kościele Chrystusowym Pastor aeternus, par. 36. Cyt. za: Dokumenty Soborów Powszechnych, t. IV: Lateran V, Trydent, Watykan I, red. A. Baron, H. Pietras SJ, Kraków 2005, s. 925-926.
19 A. Sporniak, Seks, miłość i antykoncepcja, „Tygodnik Powszechny”, 22 (2812) 2003.
20 A. Sporniak, Bóg, biologia i trudne sytuacje, „Tygodnik Powszechny”, 28 (2818) 2003.
21 R.M. Wiltgen SVD, dz. cyt., s. 348.
22 Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym. Gaudium et spes, par. 50.

