Dzisiejsze kino akcji ma więcej wspólnego z szumem informacyjnym, zwanym potocznie reklamami, o płynie do mycia włosów czy proszku do prania, niż z klasyką gatunku. Charakterystyczny dla naszych czasów bohater to spożywający koktajl z kiełków „Pan Ładny” wycięty rodem z „Życia na gorąco”. Oczywiście życie „Pana Ładnego” musi być emanacją, niespełnionych marzeń widzów, więc bohater ten zamieszkuje luksusowe apartamenty, za sushi płaci kartą kredytową, a rozbija się tylko najładniejszymi samochodami. Pamiętać, jednak należy, iż tak apartamenty, jak i auta mogą być ładne – ale nigdy ładniejsze od głównego bohatera. „Pan Ładny” musi być najładniejszy. W tej roli oczywiście występuje znany (z tego, że jest znany) uczestnik talk-show albo narzeczony gwiazdki pop. I to w zasadzie cała konstrukcja fabularna współczesnego kina. Sceny strzelanin i wysadzanych budynków (w zasadzie całych dzielnic) są tylko po to, aby było co pokazać w trailerze. Czasem to one grają główną rolę, więc fabułę upycha się na siłę, by dodać coś do morza wybuchów i zniszczeń. „Pan Ładny” dużo mówi na ekranie – nawet bardzo dużo, a najczęściej są to truizmy, których jedynym celem jest wprowadzenie młodzieży z collegu w rodzaj egzaltacji kończącej się stwierdzeniem: „ale to słodkie” [czy Eastwood mówił dużo? Nie] W ten sposób zwyczajne gadulstwo przekuto w model gry aktorskiej obowiązujący w całym kinie. Oczywiście do tego dochodzą bardzo ekspresyjne miny [Czy Clint Eastwood robił miny? Otóż nie robił. Nawet więcej – twarz Eastwooda jest tak kamienna, że przy niej to góra Rushmore mogłaby zagrać Jasia Fasolę]. Gdybym chciał słuchać referatów w wykonaniu głównego bohatera to nie szedłbym do kina, a na wykład prof. Roszkowskiego. Wiele postaci współczesnego kina akcji pod względem mimiki bardziej pasuje do roli ulicznego mima a nie kogoś, kto przestraszy uzbrojonych po zęby przeciwników [chociaż mim potrafi mieć coś z psychopaty]. Paradoksalnie technologicznie produkcja filmowa osiągnęła bardzo wysoki pułap. Jesteśmy w stanie nakręcić każdy kaprys reżysera i producenta, budżety zwiększają się z roku na rok, osiągające astronomiczne kwoty – a brakuje najważniejszego, czyli pomysłu. Nie ma koncepcji ani na bohatera, ani na scenariusz, a ten jawny upadek jakości filmów stara się przykryć ładną buźką i efektami specjalnymi. W tym zalewie postnowoczesnego chłamu i upadku głównego bohatera filmów akcji pojawia się enigmatyczny „Driver”. Wygląda na to, że facet przezimował ostatnie 30 lat w hibernacji, a teraz wciska pedał gazu do oporu, aby rozjechać współczesne kanony obowiązujące w kinie.

Bohater filmu „Drive” jest bezimiennym twardzielem o kamiennej twarzy, od swej profesji zwanym po prostu „Kierowcą”. W dzień pracuje na warsztacie samochodowym dorabiając jako kaskader, aby w nocy wsiadać za kółko na zlecenie przestępczego półświatka. W tym „fachu” nie ma sobie równych. To reprezentant gatunku na wymarciu – gość z zasadami. Mając własny kodeks wartości, musi stanąć do walki w obronie tego co kocha. A wyruszając na taką krucjatę nie brakuje mu bezwzględności. W filmie dostajemy zatem to co stanowiło fundament „klasyków” kina akcji – postać uosabiającą mit amerykańskiego twardziela. Nie tylko sam „Kierowca” grany przez Ryana Goslinga stanowi o „powrocie” do filmowych korzeni. Choć ten oczywiście jest niczym żywcem wycięty z lat 80'. Z wykałaczką w kącikach ust – niczym Cobra, z gadatliwością Eastwooda i w jaskrawej kurtce ze złotym skorpionem na plecach – wzorem gangów Electric Eliminators z „The Warriors” („Wojownicy” – pol. tytuł) czy tytułowych „The Wanderers” („Włóczęgi” - pol. tytuł). Muzycznym tłem krucjaty bohatera jest tworząca carpenterowski klimat elektronika Kavinskiego i Cliffa Martineza. Twórcy nie zostali dobrani przez przypadek – ich utwory są pełne mrocznych elektronicznych dźwięków pamiętających pierwsze cyfrowe syntezatory - a przypominających soundtracki takich obrazów jak chociażby „Ucieczka z Nowego Yorku”. Przy całej laudacji i nawiązywaniu do kina gatunkowego reżyser mógł wpaść w pułapkę tworząc zwyczajną kalkę. Nicolas Winding Refn uniknął sztampy i wykazał się wielkim kunsztem. Udało mu się stworzyć autorski obraz, który może zarazem wylądować na półce koło największych produkcji.

Film nie jest pozycją dla tych, którzy oczekują wielu scen akcji i ciągłego epatowanie efektami specjalnymi. Pościgi nie są tutaj przedstawione jako lukrowana gra wideo. To nie „Szybcy i wściekli”, więc publika która do kina wyrusza prosto z solarki może czuć się po prostu znużona. Refn stawia na prawdziwość i pompuje w widza adrenalinę nie za pomocą komputera a autentycznymi pościgami na szosie. Tytułowa „Jazda” to dla Refna coś więcej niż mechaniczna praca tłoków i wyziew spalin. Niczym „Bulitt” czy „Znikający punkt” sadza widza do samochodu by ten dopiero tam poczuł pełnie wolności. Pietyzm scen, slow-motion, kadry – to w jaki sposób Refn przekuł na ekran dobrany temat świadczy o najwyższej klasie. „Drive” potrafi przywitać nas spectrum mrocznego nocnego L.A ujętego niczym industrialne miasto w „Blade Runnerze”. Wita nas różowa czcionka prosto z lat 80, która ociera się o kicz i ucieczka ulicami szemranego miasta. Gdy „Kierowca” poznaję Irene, otrzymujemy solidne preludium, wyważone tempo, którego nie powstydziłby się sam Sergio Leone. Dzisiejsza publika nie jest do tego przyzwyczajona – zaraz powinna być akcja i wybuchy. Refn w bezkompromisowy sposób zignorował takie obowiązujące zasady i postawił na pełnie filmu. Wiele scen zostało nakręconych z pietyzmem i smakiem uzupełnianym charakterystyczną ścieżka dźwiękowa – to wszystko staję się ucztą dla zmysłów, choć z pewnością podpada pod efekciarstwo. Natomiast takie „szpanowanie” warsztatem nie jest niczym złym. Gdy inny reżyser właśnie stricte w scenach akcji postawiłby na efektowność – tam Refn kolejny raz zaskakuje i stawia na zachowawczą klasyczną formę. Tam gdzie inni na siłę przyspieszają obraz, by doprowadzić widza do epilepsji – Refn wciska opcję slow-motion. Ryan Gosling zagrał bardzo przekonująco. „Kierowca” potrafi uśpić kamiennym spokojem, porwać odwagą, by zaraz udowodnić, iż między odwagą a szaleństwem granica zaciera się bez większego trudu. Klasyczna postać – bez gadulstwa, bazooki w bagażniku i fikołków Le Parkour. Po takich kreacjach, jak rola Nicolasa Cage w „Ghost Rider”, który zamiast whisky nasypuje sobie do szklanicy... lentilki – zwątpiłem, czy w ogóle jeszcze ktoś w kinie odegra „klasycznego twardziela” (przy okazji podpowiadam ciekawy temat na rozprawę naukową „Jakie były najgorsze filmy ostatnich lat i dlaczego w każdym zagrał Nicolas Cage?”). Refn sięga również po noirowskie rozłożenie akcentów, w których oś fabuły jest tylko powodem do pokazania charakteru postaci z różnych perspektyw.

Fabuła filmu nie jest wielce skomplikowana. Okazuję się, iż w dzisiejszych czasach wystarczy zrobić „klasyczny” film, taki jakich kilkanaście lat temu było na pęczki w wypożyczalniach wideo – i zostać za to okrzyknięty nawet geniuszem, zgarniając nagrodę na festiwalu w Cannes (wiele laurów na takim "patencie" zdobył nie kto inny, a Quentin Tarantino). Refn nakręcił film w bardzo ciekawy sposób, aktorzy zagrali bardzo dobrze - ale nie oszukujmy się, na planie „Drive” nikt prochu nie wymyślił. Zresztą nawiązania do kina gatunkowego pokazują, iż twórcy tego nie kryją. Autor zrobił taki film jak z lat 80' i wbił, tak widzów, jak i krytyków w fotele. To najlepsze podsumowanie tego w jakiej „erze” kina żyć nam przyszło. Ludzie zmęczeni zalewem chłamu tylko czekali na taką produkcję. Snake Plissken, Marion Cobretti, Frank Bulitt, Brudny Harry i Kierowca – miażdżą dzisiejszą konkurencję. Nie oszukujmy się – dla nich to tak naprawdę żadna konkurencja. W dzisiejszych czasach, zgniłych zniewieściałymi postaciami bez charakteru „Kierowca” zdaję się przywracać zapomniany już mit amerykańskiego twardziela. „Drive” z tego powodu to dla mnie coś więcej niż film. To przełomowy moment. Oby obraz ten stał się katalizatorem na odrzucenie kiepskiego pseudo-kina i powrotu do tego, na czym każdy z nas się wychował.
Michał Bruszewski


