Premier Donald Tusk, w odpowiedzi na pytania dziennikarzy po czwartkowym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego, oznajmił, że zamierza porozmawiać z Edmundem Klichem, akredytowanym przy komisji badającej okoliczności katastrofy pod Smoleńskiem. - Uważam, że jego zadanie polega przede wszystkim na tym, aby pilnować Rosjan w czasie postępowania, a nie żeby być w studiach telewizyjnych – ocenił premier. Chodzi o ostatnie wypowiedzi eksperta dla mediów, w których ujawnił on, że na kilka minut przed katastrofą prezydenckiego TU-154 do kabiny pilotów wszedł dowódca Sił Powietrznych gen. Andrzej Błasik i został tam do końca, a także, że załoga samolotu wiedziała, że schodzi na wysokość 20 metrów.

Premier wyjaśnił, dlaczego Klich został akredytowany przy MAK. - Przede wszystkim jest od lat szefem cywilnej komisji do badania wypadków lotniczych. Od pierwszych godzin był w Smoleńsku, potem w Moskwie. Coś co nie (było) bez znaczenia przy tych emocjach wokół katastrofy - został też szefem tej komisji za rządów moich poprzedników, co ma znaczenie dla poczucia, że to postępowanie jest ze strony polskiej traktowane bardzo serio i równocześnie neutralnie – powiedział. - Sprawiał wrażenie człowieka, który w sposób dojrzały przestrzega przed formułowaniem przedwczesnych wniosków – dodał premier.

Premier przyznał, że przestrzegał Klicha przed "przesadną wylewnością" wobec mediów.  - Kilku moich rad nie posłuchał. Uważam, że jego zadanie polega przede wszystkim na tym, aby pilnować - mówiąc wprost - Rosjan w czasie postępowania - i to robi bardzo rzetelnie, a nie żeby być w studiach telewizyjnych" - dodał premier. Szef rządu podkreślił, że nie ma żadnych wątpliwości "co do fachowości i pełnego zaangażowania" Edmunda Klicha. - A jeśli chodzi o sposób postępowania z mediami, to podejrzewam, że tutaj brak doświadczenia daje o sobie znać – ocenił. – I już bardzo wyraźnie przedstawię mu mój pogląd w tej sprawie to znaczy: rzadziej, precyzyjniej" - zapowiedział. Akredytowany, zdaniem premiera "nie ma złej woli", tylko nie zna świata mediów.

Z kolei Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla hiszpańskiej agencji prasowej EFE zaprzeczył, jakoby prezydent Lech Kaczyński mógł zachowywać się w samolocie lecącym do Smoleńska "w sposób samobójczy lub irracjonalny". Zdecydowanie odrzucił spekulacje, jakoby jego brat polecił pilotom lądować mimo ostrzeżeń kontrolerów lotu i złej pogody. W jego ocenie prawdziwym problemem jest to, że "rząd niewiele wie o tym, co się stało". - Każde niepodległe państwo, które straciło swego prezydenta i dziesiątki osób z najwyższego szczebla politycznego, chciałoby przeprowadzić własne śledztwo, i są po temu podstawy prawne" – podkreślił prezes PiS-u.

O lansowanym m.in. przez "Gazetę Wyborczą" porównaniu lotu do Smoleńska z lotem do Tbilisi w 2008 roku, kiedy to prezydent polecił pilotowi lądować w Tbilisi mimo zaleceń wieży, a ostatecznie samolot wylądował w Azerbejdżanie, Jarosław Kaczyński powiedział "Te dwa przypadki nie mają ze sobą nic wspólnego". W Gruzji „nie było żadnego zagrożenia związanego z lądowaniem i zresztą inne samoloty już tam lądowały", natomiast w Smoleńsku "podejmowano bardzo ryzykowne decyzje, jeśli wierzyć środkom masowego przekazu".

Jak pisze agencja EFE, prezes PiS przerwał wywiad, by pojechać do leżącej w szpitalu matki, która niedawno dowiedziała się o śmierci jednego z synów. - Wygląda na to, że mimo wiadomości o moim bracie wyzdrowieje, ale wszystko w rękach Boga – wyjaśnił.

MJ/Interia.pl/Dziennik.pl

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »