W jutrzejszym "Tygodniku Powszechnym" ukaże się historia Wacława Hajduka, który po wojnie wstąpił w szeregi Polskiej Partii Robotniczej i został zatrudniony w Departamencie II Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zajmującym się walką z "antypaństwowymi elementami". Przez Partię i UB uznany za "politycznie pewnego" – a jednak, ten na pozór lojalny pracownik organów bezpieczeństwa, okazuje się zdrajcą... Dlaczego?
- Czy przestał wierzyć w nowy system, gdy w swej pracy, na Koszykowej, ujrzał rzeczywiste – brutalne i krwawe – oblicze systemu? – zastanawia się Bartłomiej Noszczak, opisuje tragiczne losy ubeka, który ściąga na siebie śmiertelne niebezpieczeństwo, by pomóc prymasowi Wyszyńskiemu w walce z totalitaryzmem.
Jakiekolwiek by nie były motywacje Hajduka, swój "Rubikon" przekracza on w sierpniu 1948 r.: wtedy po raz pierwszy wynosi z Koszykowej tajny dokument, ściśle tajny. Na tym Hajduk nie poprzestaje. W styczniu 1949 r. spisuje dwie notatki. Pierwsza zawiera m.in. tajne dane o liczbie funkcjonariuszy UB w kraju, wielkości sieci konfidentów, skali zwykłych i poufnych rozkazów wydawanych przez UB i nazwiska wysokich rangą funkcjonariuszy Departamentu II. W drugiej notatce streszcza informacje pochodzące z – przeczytanej w pracy – instrukcji o budowaniu sieci agenturalnej. Tymczasem Urząd Bezpieczeństwa namierza "kreta" w swoich szeregach.
30 marca 1950 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazuje go na karę śmierci, utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych na zawsze oraz przepadek całego mienia. Przy wymiarze kary sąd kieruje się "bardzo dużym napięciem złej woli" Hajduka, jego nienawiścią do ustroju Polski Ludowej, wreszcie zdradą swojej klasy społecznej i partii komunistycznej. Minister bezpieczeństwa Stanisław Radkiewicz wydaje rozkaz, aby wszyscy funkcjonariusze MBP zostali poinformowani o skazaniu Hajduka na śmierć – dla przestrogi, jaka zemsta ze strony resortu czeka każdego "zdrajcę".
Historia obeszła się z Hajdukiem okrutnie: nie trafił na jej karty. Choć od pewnego czasu polscy historycy przypuszczali, że istniał jakiś funkcjonariusz UB, który usiłował dotrzeć do Prymasa Wyszyńskiego, to nawet jego tożsamość pozostawała nieznana.
Jaro/onet.pl

