Lubelska Kuria Metropolitalna, której podlegał ks. Psujek, wystosowała w związku z tragiczną śmiercią podejrzanego o pedofilię kapłana bardzo ważne oświadczenie. Wicekanclerz, ks. Krzysztof Mikołajczuk zaapelował w nim, by „mając na uwadze godność osób zaangażowanych w ostatnim czasie w podmiotowej sprawie, trudną sytuację rodziny zmarłego, przyjaciół i osób powierzonych jego duszpasterskiej trosce, wydających o nim pozytywne świadectwo życia i pracy duszpasterskiej”, nie wydawać „osądów mogących bezpowrotnie pozbawić zmarłego dobrego imienia”.

 

Poprzedzając ten apel, ks. Mikołajczuk przypomniał, że lubelska Kuria Metropolitalna od początku deklarowała współpracę z wymiarem sprawiedliwości oraz udostępniała Prokuraturze w Lublinie wszelkie potrzebne dokumenty. Wskazał także fakt, że ks. Psujek został zawieszony w pełnieniu wszelkich posług o charakterze duszpasterskim, w związku z postawionymi mu wcześniej zarzutami.

 

Mimo tego apelu oraz braku niezbitych dowodów, by nieżyjącego już księdza uznać winnym stawianych mu zarzutów, ks. Psujek jest już (jedynie mocą arbitralnych osądów medialnych) uznany za przestępcę, o którym pisze się nie inaczej, jak tylko „Bogusław P.”. O ile jestem w stanie w jakiś sposób zrozumieć niektóre tytuły prasowe (czego innego można by się po nich spodziewać), to szczerze zdumiona jestem felietonem pani Moniki Sajkowskiej, dyrektorki Fundacji Dzieci Niczyje, której zdaniem troska o dobre imię oskarżonemu księdzu już się nie należy. „W swoim oświadczeniu lubelska kuria kieruje się troską o dobre imię księdza. Nie osądzajmy go, bo nie przyznał się do winy - apeluje. A ofiary? Jeśli ci młodzi ludzie zostali jako mali chłopcy wykorzystani seksualnie przez księdza, to jego samobójstwo i umorzenie postępowania mogą być dla nich równoznaczne z utratą szansy na zagojenie się traumy dzieciństwa. Chociaż pozostaje margines niepewności, to wobec bardzo wysokiego prawdopodobieństwa krzywdy doświadczonej przed laty, ale trwającej do dziś, chciałoby się usłyszeć w apelu lubelskiej kurii głos troski o ofiary duszpasterza. Bardzo go brakuje” - napisała na portalu Natemat.pl, przytaczając garść cytatów z książki Diane J. Shea, Effects of Sexual Abuse by Catholic Priests on Adults Victimized as Children, tak, jakby chciała poprzeć swoją tezę naukowymi argumentami.

 

Chociaż pozostaje margines niepewności...”. Do prawdy, kuriozalne. Absolutnie, nie zamierzam stawać w pozycji adwokata oskarżonego o pedofilię księdza – jeśli rzeczywiście dopuścił się zarzucanych mu czynów, to należy to potępić i nie ma mowy o jego „dobrym imieniu”. Ale pozostaje jeszcze wątpliwa kwestia – owe „jeśli”. Jasne, wiele poszlak wskazuje na to, że mógł on wykorzystywać seksualnie nieletnich – w końcu trzy niezależne od siebie osoby oskarżyły go o niedopuszczalne czyny. W końcu targnął się na własne życie kilka dni po tym, jak usłyszał zarzuty. Ale z drugiej strony - „zarówno wobec instytucji wymiaru sprawiedliwości, jak i przed swoimi zwierzchnikami nie przyznał się do winy, wyraźnie oświadczając, że zarzucane mu czyny nigdy nie miały miejsca”. Jasne, można powiedzieć, że winny rzadko kiedy przyznaje się do zarzucanej mi winy. Ale pozostaje przecież kolejna wątpliwość – nie znamy treści listu, jaki pozostawił nieżyjący już kapłan. Nie wiemy także, dlaczego jeden z poszkodowanych zgłosił się do organów ścigania dopiero po latach, kiedy dowiedział się z mediów, że ten sam ksiądz został oskarżony o molestowanie 11-letniego ministranta z Niemiec. - W tym miejscu trzeba także koniecznie dodać, że nie znamy treści pożegnalnego listu, a z tego, co wiem kapłan ten do niczego się nie przyznał. Dlatego nie można z góry zakładać, że był winny. Nie można wydawać tutaj fałszywych sądów i oskarżeń i występować w roli sądu. Z informacji podawanych w mediach nie można w obecnej chwili mieć pewności, co do tego, jak na prawdę było – mówił w rozmowie z portalem Fronda.pl ks. Tomasz Stępień.

 

Pani Sajkowska, ferując swoje ostre wyroki zapewne kierowała się dobrem dzieci (tutaj, choć to pewnie wzbudzi oburzenie muszę dodać: RZEKOMO poszkodowanych dzieci), ale nie zmienia to faktu, że trzeba mieć także na uwadze dobro RZEKOMO wykorzystującego je księdza. Przecież on już nie może się bronić. Pozostaje więc tylko słowo przeciw słowu. Słowo nieżyjącego, domniemanego sprawcy i słowa domniemanych ofiar. Plus wytworzona przez łakome na takie „kąski” media otoczka złego Kościoła, który chowa w swoich szeregach potworów wykorzystujących dzieci.

 

Już starożytna zasada głosiła, że należy wysłuchać obu stron („audiatur et altera pars”). W tym wypadku to już niemożliwe, ale przecież pozostał jeszcze list pożegnalny ks. Psujka i proces poszukiwania dowodów. Jeśli operuje się tak ciężkimi oskarżeniami, nawet w przypadku tak straszliwej zbrodni, jaką jest wykorzystywanie seksualne nieletnich, trzeba mieć niezbite dowody, nie zaś lawirować na „marginesach niepewności”.

 

Marta Brzezińska